Gdy nie ma grobu…
Współczesna kultura na wszelkie sposoby ucieka od problemu śmierci. O ile tradycja wyznacza pewne ramy zachowań (w niektórych społecznościach bardzo precyzyjnie), sugeruje określone formy ascezy, wyciszenia wtedy, gdy odchodzi osoba dojrzała, spełniona, o tyle w sytuacji, gdy umiera dziecko, stają się one niewystarczalne – zbyt mało pojemne. Albo brakuje form wyrażania straty, albo pojawia się niezrozumienie ze strony najbliższych, które jeszcze bardziej utrudnia powrót do życia. Ból jest zbyt wieki i ma zbyt skomplikowaną strukturę, by można go było zamknąć w standardowych zachowaniach.
Sytuacja jeszcze bardziej komplikuje się, gdy umiera dziecko w wyniku poronienia, ewentualnie zostaje uśmiercone podczas aborcji. Poronienie jest zawsze wielką traumą dla rodziców. Najbardziej bolesną – gdy zdarza się wiele razy. Bywa, że rozpacz, szok poporodowy nie pozwalają na pożegnanie się z niedonoszonym dzieckiem. Często otoczenie taką sytuację bagatelizuje, twierdząc, że „to przecież nie był jeszcze w pełni ukształtowany człowiek”. Inni mówią: „jesteście młodzi, doczekacie się potomka, następnym razem będzie lepiej”. Żal matki jest niezrozumiały, bywa że i źle widziany, gorszący. Każe się jej natychmiast włączyć w nurt życia, kiedy ona potrzebuje czasu, aby poukładać w sobie na nowo potrzaskany świat.
Bardzo podobnie przedstawia się sytuacja – mimo że okoliczności są krańcowo różne – gdy traci życie dziecko uśmiercone podczas aborcji. Środowiska feministyczne uparcie lansują kłamstwo, że zabicie dziecka poczętego to „rozwiązanie” problemu. Tymczasem jest dokładnie odwrotnie. Spotykam kobiety, które po 30-40 latach od tego strasznego wydarzenia przychodzą i mówią, że każdej nocy w szumie wiatru, kroplach deszczu uderzających w parapet okna, słyszą głos płaczącego dziecka, któremu poskąpiły butelki mleka. Sumienie nie pozwala zapomnieć. Stłumiona pamięć powraca.
Doświadczenia pracy z rodzicami w żałobie, opinie psychologów wskazują jasno na konieczność przeżycia całego procesu żałoby, nawet wtedy, gdy od śmierci dziecka minęło wiele lat – łącznie z tak tradycyjnymi zachowaniami jak włączanie do stroju czarnych elementów garderoby, dobrowolnym poddaniem się regułom żałobnej ascezy, wizytami na cmentarzu, pogłębioną modlitwą. Być może będzie na początku boleć, ale jest to konieczne do osiągnięcia równowagi ducha. Poza tym w pierwszej kolejności dziecko powinno otrzymać imię. Ukonkretnia ono małą istotę, której choć nie ma wśród żywych, to jednak wypełniła swoim istnieniem jakąś cząstkę czasu. Łatwiej jest przeżyć żałobę, jeśli jest grób, pomnik, kwiaty, znicze. Problem zaczyna się w momencie, kiedy one nie istnieją. Przez długie dziesięciolecia nie obowiązywały w szpitalach precyzyjne przepisy regulujące kwestię pochówku dzieci zmarłych w wyniku poronienia; nie zawsze rodzice chcieli je zabierać ze sobą, nie wiedzieli, jak się zachować w nowej sytuacji, trauma uniemożliwiała podjęcie właściwej decyzji. Co robiono ze szczątkami okrutnie mordowanych ludzkich istnień podczas aborcji? Prawdę zna chyba tylko personel oddziałów ginekologicznych. Refleksja dochodziła do świadomości rodziców dopiero później. Pozostawał żal i odżywający przy każdej okazji głęboko skrywany ból.
W tym kontekście bardzo cenne są coraz częściej podejmowane inicjatywy budowy symbolicznych pomników, które mogą służyć jako miejsca pamięci dzieci, które nie mają własnych grobów. To tu można zapalić znicz, pomodlić się, poprosić Pana Boga o moc i miłosierdzie. Śmierć jest czymś fizycznie namacalnym, w związku z tym jej akceptacja także domaga się fizycznych znaków, miejsc. Taka jest nasz natura. Potrzebne są zewnętrzne okruchy pamięci. Nie jest to poddawanie się iluzji czy podejmowanie prób „zaczarowania” śmierci. Ona jest nazbyt realna. Człowiek jest tak skonstruowany, że musi respektować wewnętrzne prawidła, które w sobie odkrywa. Poddać się im, podarować sobie czas, dać się ponieść intuicji, która poprowadzi go we właściwe miejsce – to elementy procesu wewnętrznego uzdrowienia, a bywa, że i droga do odnalezienia Pana Boga.
Ks. Paweł Siedlanowski
