Gdy błędy stają się regułą

„Program powszechnego wywłaszczenia”, „przekręt wszech czasów”, „największa pralnia Europy” – to najczęściej padające określenia, gdy mowa o kończącym właśnie swój żywot programie NFI. Bilans ponaddziesięcioletniej działalności Narodowych Funduszy Inwestycyjnych mówi sam za siebie: blisko trzykrotny spadek aktywów NFI, likwidacja lub upadłość co najmniej 20 proc. spółek portfelowych włączonych do funduszy, utrata pracy przez ponad 300 tys. pracowników byłych przedsiębiorstw państwowych, wywłaszczenie społeczeństwa z majątku, który ulotnił się wraz z dematerializacją, nomen omen, świadectw udziałowych. Żeby było śmieszniej, cały ten mechanizm malwersacji sfinansowali… sami obywatele.
Dziś, kiedy Narodowe Fundusze Inwestycyjne powoli kończą działalność, nikt już nie ma wątpliwości, że to najbardziej spektakularne przedsięwzięcie prywatyzacyjne okresu transformacji zakończyło się – z punktu widzenia Polski i Polaków – równie spektakularną klapą. Rozważane jest powołanie komisji śledczej, by ustalić, jak doszło do tego, że zmarnowano ogromny majątek narodowy, a społeczeństwo jeszcze za to zapłaciło. Obywatele bowiem, wcale o tym nie wiedząc, sponsorowali program w sposób pośredni – poprzez fakt, że Skarb Państwa i fundusze co miesiąc płaciły po 1,4-4,7 mln USD każdej z 15 firm zarządzających NFI (co łącznie sięgnęło 15-20 proc. wartości aktywów funduszy!), i bezpośrednio – każdy z 29 mln odbiorców świadectw udziałowych NFI zapłacił za nie po 20 zł (łącznie 520 mln zł). Teraz, gdy kurtyna opada, słychać okrzyki: Autor! Autor!

Luminarze transformacji
Autorem koncepcji był Janusz Lewandowski, obecnie europoseł i prominentny polityk Platformy Obywatelskiej, w początkach lat 90. działacz Kongresu Liberalno-Demokratycznego i jego następczyni – Unii Wolności, minister przekształceń własnościowych w rządzie Bieleckiego i Suchockiej. Idea masowej prywatyzacji narodziła się, jak sam mówi, „pod koniec lat 80. w kręgach doradców >Solidarności<", a więc w tych samych gremiach, które potem zasiadły przy Okrągłym Stole.
Dla każdego, kto chociaż trochę orientuje się w otaczającej rzeczywistości, było oczywiste, że u progu transformacji ustrojowej podstawowym, absolutnie pierwszorzędnym problemem jest własność, czyli odpowiedź na pytanie, kto zawładnie ogromnym majątkiem narodowym. Tymczasem trzeba ze zdumieniem skonstatować, że temat ten nie pojawił się w debacie publicznej, gdy wprowadzano plan Balcerowicza. Skoro już w 1988 r. doradcy „Solidarności” mieli koncepcję powszechnej prywatyzacji, dlaczego zwlekali z jej ujawnieniem? Czy liczyli na to, że można będzie jej uniknąć? Że uda się sprzedać wszystko, zanim społeczeństwo polskie upomni się o swój udział?
Jeśli tak było w istocie, to plany te pokrzyżowali Porozumienie Centrum i prezydent Wałęsa, rzucając w kampanii prezydenckiej 1990 r. hasła „100 milionów dla każdego” i „puszczenia złodziei w skarpetkach”. Dało to początek idei powszechnego uwłaszczenia, której notabene Wałęsa potem nie realizował, aż do momentu, gdy przyszło mu walczyć o reelekcję. Niemniej hasło uwłaszczenia żyło już odtąd własnym życiem, zyskując coraz większą popularność. Charakterystyczne, że dopiero wtedy środowiska neoliberalne wyciągnęły asa z rękawa w postaci tzw. programu powszechnej prywatyzacji, traktując go jako przeciwieństwo powszechnego uwłaszczenia, antidotum na „powszechne rozdawnictwo”, czyli – w ich pojęciu – „mniejsze zło”. W zamierzeniach luminarzy kapitalizmu Polacy mieli być w swoim państwie nie społeczeństwem właścicieli, lecz pracowników najemnych – takie credo wyłożył z trybuny sejmowej minister Lewandowski.

Społeczna kontra
Pamiętamy referendum uwłaszczeniowe z 1996 roku, gdy środowiska neoliberalne i postkomunistyczne zorganizowały w mediach prawdziwą kampanię dezinformacji, aby zniechęcić ludzi do udziału w głosowaniu. Chodziło o to, żeby do urn poszła mniej niż połowa uprawnionych. Ustawa o referendum z 1995 r. została tak przemyślnie skonstruowana, żeby przy frekwencji poniżej 50 proc. wynik głosowania nie był dla rządu wiążący. Zrobiono z niej, niewątpliwie z rozmysłem, swego rodzaju gilotynę do ścinania radykalnych nastrojów społeczeństwa, dając fory tym, którzy dobrem wspólnym się nie interesują i nie podejmują działań w kierunku zmiany status quo.
Mimo kampanii oszczerstw 18 lutego 1996 roku 32,4 proc. dorosłych Polaków udało się do urn i jak jeden mąż (94,5 proc.) zagłosowało za powszechnym uwłaszczeniem. W odpowiedzi rządowo-medialny establishment nabrał wody w usta i wynik taktycznie przemilczał, skupiając się na fakcie zbyt niskiej frekwencji. Tego samego dnia rząd zorganizował własne referendum, tym razem prywatyzacyjne. Polacy w większości poparli instytucję bonu prywatyzacyjnego, poparli wykorzystanie majątku narodowego do wzmocnienia funduszy emerytalnych, zgodzili się też na zaspokojenie z tego majątku roszczeń emerytów i budżetówki związanych z orzeczeniem Trybunału Konstytucyjnego. Tylko na jedno pytanie ogromna większość głosujących (72,5 proc.) odpowiedziała: NIE! Chodziło o zgodę na objęcie programem NFI kolejnych przedsiębiorstw państwowych… No proszę, program NFI dopiero ruszał, a w każdym razie jeszcze nie zdążył się skompromitować, a Polacy już wiedzieli, czym to pachnie! Wyniki obu referendów pokazują jasno, że program NFI wdrażany był pod prąd oczekiwań społecznych, które koncentrowały się na powszechnym uwłaszczeniu, i od początku miał złą opinię.

Model Lewandowskiego, prototyp Kaczmarka
Projekt NFI, na zlecenie ministra Lewandowskiego, przełożyła na język prawny angielska firma S.G. Warburg, pełniąca rolę doradcy ministra przekształceń własnościowych. Za wzorzec posłużyły jej brytyjskie doświadczenia prywatyzacyjne z czasów Margaret Thatcher, które – nawiasem mówiąc – z rzeczywistością postpeerelowską niewiele miały wspólnego. W założeniu program miał upowszechnić dostęp społeczeństwa do własności i zapewnić profesjonalne zarządzanie majątkiem. W odbiorze społecznym był od swego zarania „skokiem na kasę” i „złodziejską prywatyzacją w wersji hurtowej”.
Sejm uchwalił ustawę o NFI 30 kwietnia 1993 roku, m.in. dzięki głosom UD i ZChN, za co ta ostatnia partia na trwałe musiała zejść ze sceny politycznej. Realizacją ustawy zajął się następny rząd, utworzony przez koalicję SLD – PSL, w którym ministrem przekształceń własnościowych został Wiesław Kaczmarek (SLD).
Model przedstawiał się następująco: powstaje 15 Narodowych Funduszy Inwestycyjnych. Akcje spółek uczestniczących w programie zostają losowo rozdzielone pomiędzy fundusze, tak aby każda spółka miała wśród udziałowców jeden fundusz wiodący (33 proc. akcji) i czternaście mniejszościowych (1,95 proc.). Reszta akcji spółek portfelowych zostaje rozdzielona pomiędzy Skarb Państwa (25 proc.) i pracowników (15 proc.). Pomiędzy statutowe organy NFI – radę nadzorczą i zarząd – zostaje wmontowany pozakodeksowy podmiot – firma zarządzająca majątkiem NFI, opłacana przez fundusz i Skarb Państwa. Wszyscy dorośli Polacy za niewielką opłatą otrzymują świadectwa udziałowe NFI. Świadectwa te zostają zamienione na akcje NFI, ale nie konkretnego, lecz po jednej akcji każdego z piętnastu funduszy. Akcje NFI trafiają na giełdę i odtąd można nimi obracać.
Program zakończył się, jak wiadomo, całkowitym fiaskiem. Obywatele nie uzyskali nic, Skarb Państwa stracił, część spółek portfelowych przepadła, a jedynymi beneficjentami programu okazali się firmy zarządzające i kręcący się wokół NFI aferzyści. Dziś eksminister Lewandowski twierdzi, że nie można było inaczej. Czy rzeczywiście?

Błąd na błędzie
W programie ostatecznie wzięło udział 512 przedsiębiorstw państwowych przekształconych w spółki prawa handlowego. Sto spółek o strategicznym znaczeniu dla gospodarki w ostatniej chwili wycofał z programu premier Pawlak.
Zaczęto od tego, że majątek objęty programem został nierzetelnie wyceniony, w myśl panującej wówczas zasady, że „przedsiębiorstwo jest tyle warte, ile ktoś chce za nie zapłacić”.
– Skoro wycena 10 proc. majątku narodowego zawiera się w liczbie 70 bln zł, tj. ok. 3 mld dolarów, to należałoby wysnuć wniosek, że cały majątek ogólnonarodowy mógłby być wyceniony tym samym systemem na mniej więcej 30 mld zł. Wydaje się to ogromnym nieporozumieniem, mamy bowiem informację, że handel nadgraniczny w jednym tylko roku daje obrót wartości ok. 13 mld dolarów. Długi polskie sięgają 40 mld dolarów, a program budowy autostrad będzie kosztował ok. 9 mld dolarów. Stawia to, jak sądzę, pod dużym znakiem zapytania prawidłowość wyceny majątku ogólnonarodowego, a co za tym idzie – i realną wartość majątku przekazywanego społeczeństwu poprzez świadectwa depozytowe – mówił z trybuny sejmowej poseł Bogdan Pęk, wówczas przewodniczący komisji przekształceń własnościowych. I to był pierwszy błąd programu. Zaniżenie wyceny pozwoliło potem firmom zarządzającym odcinać kupony od niegospodarnego rozporządzania powierzonym mieniem, a wszelkiego pokroju „biznesmenom” – spekulować majątkiem, którego wartość rynkowa znacznie przewyższała wartość nominalną akcji.
W jednym z wywiadów udzielonych w tym okresie premier Pawlak wytknął twórcom programu, że koncepcja NFI nie kreuje rzeczywistego właściciela i może doprowadzić do zmarnotrawienia majątku. Za nieśmiałe próby przeciwdziałania okrzyknięty został natychmiast „hamulcowym reform”, a kilka miesięcy później, w atmosferze nagonki organizowanej przez służby specjalne, stracił stanowisko. Prym w szkalowaniu oponentów programu wiodły w owym czasie „Gazeta Wyborcza” i „Rzeczpospolita” oraz tygodnik „Wprost”.
Na przekór dziennikarskim klakierom życie w całej rozciągłości potwierdziło obawy PSL-owskiego szefa rządu. Rozmycie własności to koronny zarzut, jaki dzisiaj stawiany jest NFI. I to był drugi błąd programu. Przejawiało się to w konsekwentnym blokowaniu jakiejkolwiek identyfikacji właściciela z przedmiotem własności: wszystkie NFI otrzymały akcje wszystkich spółek portfelowych, wszyscy posiadacze świadectw udziałowych otrzymali po jednej akcji wszystkich funduszy. Na ten szczególny rys zwrócił uwagę kilka miesięcy temu wiceminister skarbu Paweł Szałamacha.
Trzeci błąd to całkowite rozmycie odpowiedzialności za zarządzanie funduszami.
Powołano 15 Narodowych Funduszy Inwestycyjnych i w każdym z nich siedmioosobową radę nadzorczą. Zamiast jednak powierzyć zarządzanie NFI zarządom, które ponosiłyby odpowiedzialność kodeksową przed radą nadzorczą, ustawa kazała radom wybrać 15 zewnętrznych konsorcjów.

Łatwiej sprzedać niż naprawić
Odtąd te pozakodeksowe, anonimowe dla opinii publicznej instytucje, jakimi były firmy zarządzające, przeważnie kontrolowane przez kapitał zagraniczny, przejęły pełnię władzy nad zarządzanym majątkiem – mogły restrukturyzować spółki portfelowe, dzielić, łączyć, dokapitalizowywać i wprowadzać na giełdę, ale mogły też stawiać je w stan upadłości, sprzedawać, zastawiać, obciążać, drenować z nich pieniądze i inne aktywa. W praktyce wybierały z reguły to drugie, ponieważ po pierwsze – tak było łatwiej, a po drugie – ani ustawa, ani wzory umów o zarządzanie nie zawierały mechanizmu rozliczania firm z wyników restrukturyzacji spółek portfelowych. To był czwarty błąd.
– Umowy o zarządzanie zostały przywiezione w teczkach wprost z Londynu i przełożone ad hoc z angielskiego na polski – twierdzi dr Janusz Szewczak, autor jedynego jak dotąd obszernego opracowania dotyczącego funkcjonowania i wyników programu NFI obejmującego lata 1993-2002. Skądinąd zastanawiające, dlaczego żaden z rządów, żaden z twórców i realizatorów programu, żaden z pełniących funkcje doradcze ekonomistów nie pokusił się o sporządzenie bilansu największego NARODOWEGO, bądź co bądź, programu prywatyzacyjnego.

Dlaczego komisja śledcza
Z sumy błędów wyłania się następujący obraz: niedoszacowany majątek produkcyjny, pozbawiony wyraźnego właściciela, zostaje oddany w zarząd zagranicznych konsorcjów nieodpowiadających za efekty zarządzania, które poprzez pobór wysokich prowizji stopniowo konsumują aktywa NFI…
Posądzanie ministrów Lewandowskiego i Kaczmarka o tak daleko posuniętą niekompetencję urąga naszej i ich inteligencji. Tym bardziej że na temat wad ustawy o NFI i umów o zarządzanie było głośno za sprawą ekspertów i posłów. Jeśli dodać do tego, że Ministerstwo Skarbu przez lata uchylało się od nadzoru nad programem, którego było twórcą, nie interesowało się losem spółek portfelowych (vide historia Tormięsu), w konfliktach pomiędzy organami NFI a firmami zarządzającymi notorycznie brało stronę firm zarządzających (np. odwołanie rady nadzorczej XIII NFI za konflikt z firmą Yamaichi), tolerowało ingerencje obcych ambasad po stronie firm zarządzających, to ciśnie się na usta pytanie: czy aby na pewno można mówić li tylko o „błędach”, skoro błędy były w tym programie regułą?
I jeszcze jedno – czy twórcy programu przez przypadek lub brak wyobraźni wypuścili świadectwa udziałowe jako papiery na okaziciela, przez co już na progu banku trafiały one do obrotu? W ten sposób uczynili z programu NFI jedną wielką pralnię brudnych pieniędzy, dając szansę mafiosom z afery spirytusowej, sprzętowej i innych na przedzierzgnięcie się w porządnych biznesmenów. Cała Polska rozprawiała o tym, kim są i na czyje zlecenie działają panowie, którzy pod bankiem skupują walory. Czyżby spece od gospodarki, mafii, służb specjalnych w rządzie Suchockiej, Pawlaka, Cimoszewicza nie byli w stanie tego przewidzieć?
Skarb Państwa stracił na programie NFI – bagatela – 11 mld zł niezrealizowanych wpływów z prywatyzacji.
Pozostaje powtórzyć za ministrem Szałamachą pytanie: Czy promotorzy programu NFI byli głęboko naiwni, czy do cna nieuczciwi?

Małgorzata Goss
drukuj