Esbecja w przebraniu

Urząd Ochrony Państwa miał być nową, utworzoną w miejsce peerelowskiej SB służbą specjalną dbającą o bezpieczeństwo demokratycznej III RP. Praktyka okazała się jednak inna. UOP przy okazji tzw. inwigilacji prawicy, zdaniem prezydenta Lecha Kaczyńskiego – „największej afery III RP”, nie przebierając w środkach, zastosował wypróbowane przez reżimową bezpiekę metody ręcznego sterowania demokracją. Do UOP ze starych esbeckich wyg trafił jednak nie tylko pułkownik Lesiak, co tłumaczy takie, a nie inne standardy działania „nowych” służb na początku lat 90. UOP to nie tylko afera inwigilacji prawicy, ale też afera Orlenu – w końcu to UOP kierowany przez Zbigniewa Siemiątkowskiego dopuścił się w 2002 r. bezprawnego zatrzymania prezesa PKN Orlen Andrzeja Modrzejewskiego i – jak się okazuje – do UOP prowadzą także tropy śledztwa w sprawie zabójstwa byłego komendanta policji Marka Papały, którego wyjaśnienie jest kluczem do polskiej mafii.
Ustawa o Urzędzie Ochrony Państwa została uchwalona 6 kwietnia 1990 r. i weszła w życie po miesięcznym vacatio legis 10 maja 1990 roku. Następnego dnia premier Tadeusz Mazowiecki mianował na pierwszego szefa UOP Krzysztofa Kozłowskiego z „Tygodnika Powszechnego”, jego zastępcą został Andrzej Milczanowski. Ustawa nakazywała przeprowadzenie weryfikacji funkcjonariuszy SB z czasu PRL i zwolnienie ze służby tych, którzy szczególnie „zasłużyli” się w umacnianiu jedynie słusznego ustroju, szczególnie na odcinku zwalczania Kościoła i opozycji demokratycznej.

Furtka Kozłowskiego
Krzysztof Kozłowski, późniejszy minister spraw wewnętrznych w rządzie Mazowieckiego, który nadzorował prace komisji weryfikacyjnej, mógł jednak w „szczególnych przypadkach” przyjmować do nowo tworzonego UOP zweryfikowanych negatywnie funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa. Uzasadnieniem „szczególnego przypadku” miała być sytuacja, w której były esbek z uwagi na swoją wiedzę lub doświadczenie byłby nie do zastąpienia przez kogoś innego. Teza o „fachowości” funkcjonariuszy przełożyła się na zapewnienie im dominującej pozycji w UOP, młodzi ludzie z antykomunistycznych środowisk (m.in. z Niezależnego Zrzeszenia Studentów i Ruchu Wolność i Pokój) stanowili w cywilnych służbach specjalnych mniejszość.
W praktyce, jak przypomniał niedawno w „Polskim Radiu online” Leszek Szymowski, była to więc „weryfikacja koncesjonowana” – Kozłowski mógł dzięki „furtce” w ustawie przyjmować, kogo chciał, czyli również „byłych esbeków skompromitowanych operacjami broniącymi pozycji reżimu”. Do UOP przyjmowani byli funkcjonariusze doświadczeni w III i IV Departamencie MSW, który, jak wiadomo, „opiekował się” Kościołem katolickim w PRL, a w latach 80. funkcjonariusze tej komórki porwali i zamordowali ks. Jerzego Popiełuszkę. Z zadowoleniem patrzył na to gen. Czesław Kiszczak, ówczesny przełożony Kozłowskiego, upatrując na pewno w takiej „weryfikacji” jednej z możliwości miękkiego lądowania po 1989 roku.

Płotki na odstrzał
Przez sito komisji weryfikacyjnej nadzorowanej przez Kozłowskiego nie przecisnęli się głównie esbecy, którzy przed 1989 r. pozyskiwali mniej znaczących agentów, m.in. nauczycieli, naukowców, pracowników państwowych przedsiębiorstw. W nowych warunkach, w 1990 r., funkcjonariusze SB prowadzący trzeci garnitur kapusiów nie byli już potrzebni. W UOP znaleźli natomiast zatrudnienie esbecy prowadzący tych najważniejszych spośród działaczy opozycji, którzy poszli na współpracę z bezpieką.

Detektyw – kapitalistyczna we rsja esbeka?
III RP nie okazała się macochą dla negatywnie zweryfikowanych bezpieczniaków. Porozkręcali oni różne interesy, najczęściej agencje detektywistyczne i ochroniarskie, można powiedzieć, że zdominowali tę branżę, wielu z nich przepoczwarzyło się w biznesmenów. Nie było to specjalnie trudne, ani – rzecz prosta – nie świadczyło o jakichś menedżerskich talentach, ponieważ byli uprzywilejowani w uzyskiwaniu zezwoleń na działalność gospodarczą czy koncesji na zakładanie firm ochroniarskich. Zresztą na zasadzie ręka rękę myje, bo koncesje te przyznawało to samo kierowane przez Krzysztofa Kozłowskiego MSW, które, jak zauważa Szymowski, „wcześniej pozbyło się ich ze swoich szeregów i oficjalnie objęło anatemą”.

Przepustka do UOP
UOP w dużej mierze opierał się na pozytywnie zweryfikowanych funkcjonariuszach SB. Jednak przyjęcie do służb wielu negatywnie zweryfikowanych esbeków zupełnie już wypaczyło ideę weryfikacji. Przepustką do UOP często okazywały się „zasługi” w zwalczaniu Kościoła i opozycji, nawet gdy kandydata do nowych służb komisja zweryfikowała negatywnie. Leszek Szymowski opisuje precedensowy przypadek weryfikacji kapitana SB Pawła Moltki, który „jako oficer operacyjny gdańskiej bezpieki – nadzorował rozpracowanie opozycji w stoczni i wokół niej. Decydował o inwigilacji opozycjonistów i ich rodzin, podpisywał wnioski o stosowanie wobec nich środków techniki operacyjnej, nadzorował werbunek agentury w środowiskach „Solidarności”. Opinia komisji weryfikacyjnej była jednoznaczna: Moltka zwalczał opozycję, więc nie może być dla niego miejsca w specsłużbach III RP.(…)Oceniony negatywnie esbek napisał odwołanie, które Kozłowski rozpatrzył pozytywnie. Moltka został oficerem operacyjnym Urzędu Ochrony Państwa”. Podobnie jak Moltka negatywnie został zweryfikowany w 1990 r. Jan Lesiak i podobnie po tym, jak się odwołał, został przez Kozłowskiego przyjęty do UOP – z rekomendacji Jacka Kuronia.
Szanse na służbę w UOP wydawały się też początkowo żadne w przypadku Tadeusza Sułkowskiego, funkcjonariusza krakowskiej sekcji „D”, który realizując zadania dezintegracyjne, napisał na podstawie „Monachomachii” wiersz ośmieszający duchownych i pisał listy do Episkopatu i kurii mające podsycić konflikty w środowisku duchowieństwa. Ostatecznie jednak mimo dyskwalifikującej zdawałoby się działalności w grupie „D” Sułkowski został w UOP archiwistą i z czasem awansował na szefa Archiwum Delegatury UOP w Krakowie. Grupa „D” była samodzielną jednostką w IV Departamencie Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, wyodrębnioną w latach 70.; z działalnością tej grupy historycy wiążą największe akty terroru wobec Kościoła, włącznie z zabójstwem ks. Jerzego Popiełuszki i innych kapłanów. Działania wymierzone w Kościół katolicki były jednak najwyraźniej w UOP premiowane, o czym świadczy przypadek generała Zdzisława Sarewicza, który zajmował się inwigilacją Jana Pawła II, a został szefem Zarządu Wywiadu UOP.

Na straży Ubekistanu
Przy takiej obsadzie trudno się dziwić, że UOP był hamulcowym w odrywaniu Polski od PRL, a kolejni szefowie cywilnych specsłużb: Andrzej Milczanowski, Jerzy Konieczny, Zbigniew Siemiątkowski, torpedowali lustrację. UOP od początku angażował się w walkę polityczną, prowadząc z jednej strony działania wymierzone w partie głoszące hasła dekomunizacji, lustracji etc., z drugiej – nad „swoimi” rozpościerał parasol ochronny, jak choćby przy okazji teczki „Bolka”.
Lech Wałęsa jako urzędujący prezydent w latach 1990-1995, za zgodą ówczesnych szefów UOP Jerzego Koniecznego i Gromosława Czempińskiego oraz ministra spraw wewnętrznych Andrzeja Milczanowskiego, kilkakrotnie sięgał po swoją teczkę, po czym po zakończeniu kadencji jego kancelaria zwróciła do UOP przetrzymywane dokumenty, ale mocno przerzedzone. W grudniu 1996 r. UOP co prawda złożył do prokuratury doniesienie „o domniemanym przetrzymywaniu dokumentów przez Lecha Wałęsę”, nie wiadomo jednak, dlaczego przygotowywanie tego doniesienia trwało aż rok. Śledztwo zostało wszczęte ostatecznie tylko w sprawie „przekroczenia uprawnień i niedopełnienia obowiązków służbowych przez funkcjonariuszy MSW i UOP przy przekazywaniu tajnych dokumentów do Urzędu Prezydenta RP, w następstwie czego doszło do utraty części tych dokumentów”. Zarzuty postawiono dwóm kolejnym szefom UOP (którzy przekazali dokumenty Wałęsie) oraz szefowi MSW, który wyraził na to zgodę, ale była to już musztarda po obiedzie, skoro część zawartości teczki zniknęła.

Z mafią pod rękę
Ani mataczenie przy teczce „Bolka”, ani wcześniejsza inwigilacja prawicy czy nawet bezprawne zatrzymanie cztery lata temu, w ostatnim roku działania UOP, prezesa PKN Orlen Andrzeja Modrzejewskiego, nie było jednak – w obliczu „rewelacji” ujawnionych w związku ze śledztwem w sprawie zabójstwa Marka Papały – szczytem możliwości „fachowców” z SB usadowionych w UOP. Gdy Mazur w związku z podejrzeniem o zlecenie zabójstwa byłego komendanta policji został zatrzymany i przesłuchany w 2002 r., a następnie wypuszczony, w mediach pojawiały się informacje, że zwolniono go na polecenie ówczesnego prokuratora krajowego Karola Napierskiego (ministrem sprawiedliwości była wówczas Barbara Piwnik) i że uniknął zarzutu i aresztu, bo… Urząd Ochrony Państwa zaświadczył, że jest „czysty”.
Udział UOP w kryciu Edwarda Mazura dodatkowo potwierdzają m.in. przypomniane w lipcu br. przez tygodnik „Wprost” zeznania Aleksandra Żagla, świadka zeznającego przed komisją ds. PKN Orlen: „Edek [Edward Mazur](…)handlował zbożami.(…)Z Edkiem spotykaliśmy się na terenie Polski.(…)Poznaliśmy też kilku lub kilkunastu posłów, przeważnie z PSL.(…)Z tymi osobami spotykaliśmy się w Sejmie.(…)W Wiedniu poznaliśmy znajomego Mazura, który był jednym z sekretarzy w ambasadzie polskiej o nazwisku Sarewicz lub Zarewicz. Potem w Polsce dowiedzieliśmy się, że był wysoko w służbach specjalnych”. Żaglowi chodziło pewnie o wcześniej już wspomnianego przeze mnie w związku z „zasługami” na polu inwigilacji Jana Pawła II generała Zdzisława Sarewicza, który najpierw w PRL był szefem I Departamentu MSW, a po „weryfikacji” w 1990 r. został oficerem i szefem Zarządu Wywiadu UOP, a także oficjalnym przedstawicielem UOP w Moskwie. Czy to on pomógł Mazurowi? A jeśli tak, to jaki mógł mieć w tym interes wysoki funkcjonariusz UOP? Układ mógł w każdym razie liczyć na „swoich” w UOP – właśnie jak w wypadku Mazura, którego najpierw zatrzymano, ale natychmiast zwolniono i nie przeszkadzano mu w wyjeździe do USA. Po 1989 r. Mazur rozpoczął wpółpracę ze specsłużbami III RP i – jak pisała prasa – co najmniej w latach 1992-1996 miał być konsultantem kontrwywiadu UOP.

Policja polityczna
UOP najbardziej rozwinął skrzydła po obaleniu rządu Jana Olszewskiego i pogrzebaniu szans na lustrację i dekomunizację elit politycznych. Gdy już definitywnie została zażegnana groźba „deesbekizacji” służb, byli esbecy bez pardonu wzięli sprawy w swoje ręce, by utrzymać status quo. Za czasów ministra Milczanowskiego wydano specjalną instrukcję 0015/92 dotyczącą inwigilacji prawicy i korzystania z technik operacyjnych, takich jak podsłuchy i agentura. W 1993 r. UOP zaangażował się w tłumienie antywałęsowskich wystąpień; specjalny zespół pułkownika UOP Jana Lesiaka opracowywał działania dezinformacyjne i dezintegracyjne wobec prawicowej opozycji, przy pomocy agentów w mediach i rozpuszczanych plotek starano się skompromitować niewygodnych polityków. Zespół Lesiaka za wiedzą ministra Milczanowskiego planował „wykorzystanie osobowych źródeł informacji b. SB w celu infiltracji radykalnych ugrupowań”. W wielu przypadkach w działalności UOP dominowały esbeckie metody działania, co było prostą konsekwencją „koncesjonowanej weryfikacji” nowych służb. Lech Kaczyński, wtedy szef NIK, wcale nie przesadził, mówiąc w 1993 r. ówczesnemu szefowi MSW Andrzejowi Milczanowskiemu, że UOP stał się „policją polityczną”.

Miodowicz udaje Greka
W odtajnionych zeznaniach w prokuraturze w 1998 r. Lech Kaczyński mówił o zamkniętym posiedzeniu rządu Hanny Suchockiej na temat zagrożeń bezpieczeństwa z lata 1993 r., w którym brał on udział jako ówczesny prezes NIK. Szef UOP Jerzy Konieczny w swoim referacie mówił wtedy, że Jarosław Kaczyński „może zagrażać demokratycznemu przebiegowi wyborów”. Według L. Kaczyńskiego, Konieczny nie podał „żadnych konkretnych przykładów działalności mego brata”; nie było też mowy o planach zapobieżenia zagrożeniom ani o tym, jakie czynności już podjęto.
Jak podało w poniedziałek, 23 października br., Radio RMF FM, jednak już wcześniej, w grudniu 1992 r., funkcjonariusze UOP dostali instrukcje, by inwigilować legalnie działające partie polityczne i organizacje społeczne. Ustalenia zapadły na tajnej naradzie kontrwywiadu UOP, w spotkaniu miał uczestniczyć m.in. wiceszef zarządu kontrwywiadu Andrzej Sadłowski, obecnie dyrektor departamentu bezpieczeństwa w banku PKO BP. RMF powołuje się na rozmowę z wieloletnim pracownikiem kontrwywiadu M.B., który potwierdził, że na naradzie mówiono o tym, jak rozpracowywać partie polityczne. „Należało zakładać na takie sprawy procedury operacyjne (…), rejestrować członków i używać wszystkich form i metod, aby uzyskać informacje, czy dana organizacja ewentualnie zagraża, czy nie zagraża”. W spotkaniu nie brał udziału ówczesny szef kontrwywiadu Konstanty Miodowicz, ale za to „prowadzący naradę kilkakrotnie powoływał się na bezpośredni z nim kontakt i zapewniał, że mamy pełne poparcie kierownictwa Urzędu Ochrony Państwa, aby prowadzić tego typu działania”. Nacisk kładziono głównie na pozyskiwanie agentów „jako element najtańszy i najbardziej się sprawdzający. Jeżeli mamy uzyskać wyprzedzający sygnał, że dana organizacja będzie kiedyś zagrażała, to trzeba było mieć informatora w środku” – relacjonował informator radia, były funkcjonariusz kontrwywiadu. Według RMF FM, na tajnej naradzie przedstawiano też plany rozbudowy VIII wydziału, zajmującego się bezpieczeństwem wewnętrznym, co zdecydowanie pachnie już policją polityczną. Konstanty Miodowicz zaprzecza, jakoby miał z aferą cokolwiek wspólnego. „Obecnie, po latach, z powodów politycznych w sposób nikczemny(…)określone środowiska polityczne i ludzie(…)usiłują podważyć ten fragment historii Polski i splugawić tych, którzy w UOP spędzili parę twardych lat” – powiedział Miodowicz, wskazując w tym kontekście na koordynatora służb specjalnych Zbigniewa Wassermanna i ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobrę.

Kogo przygniecie szafa
Według ministra Ziobry, Miodowicz jednak „miał przekroczyć swoje uprawnienia, dekretując polecenie działań operacyjnych na piśmie (…), działań operacyjnych, które miały być nakierowane i nastawione na rozpracowanie środowisk prawicowych”. Zeznania Lecha Kaczyńskiego potwierdzają z kolei, że o podstawianiu nogi przez UOP antywałęsowskiej prawicowej opozycji wiedziała doskonale ówczesna premier Hanna Suchocka, a jak ona, to i oczywiście Jan Maria Rokita, wtedy szef URM, oraz ówczesny szef MSW Andrzej Milczanowski.
„Jest już niemal pewne, iż pułkownik Jan Lesiak nie działał na własną rękę, ale ktoś mu inwigilację prawicy nakazał” – potwierdził w poniedziałek prokurator krajowy Janusz Kaczmarek. Według prokuratora, takie wnioski wynikają z dokumentów znalezionych przez ABW i nie chodzi tylko o archiwalia z tzw. szafy Lesiaka. Czyżby zatem na jednym trupie politycznym w szafie Lesiaka, pewnym niedoszłym premierze, miałoby się nie skończyć?

Julia M. Jaskólska
drukuj