Encyklika fundamentem pielgrzymki
Rozumienie spotkania z Ojcem
Świętym Benedyktem XVI nie może nie być oparte na jego encyklice, którą otworzył
swój pontyfikat. Z pewnością takie jest jej
znaczenie.
Stawia aktualne i priorytetowe zadanie dla nowego etapu Kościoła. Oto zatem byliśmy
świadkami i uczestnikami wypełniania tego zadania na polskiej ziemi.
Encyklika "Deus caritas est" to encyklika o miłości, a ściślej mówiąc,
o tym przede wszystkim, że Bóg jest miłością. W tych słowach św. Jana Ewangelisty
kryje się "istota wiary chrześcijańskiej". Chrześcijanie żyją zatem
nie pod pustym niebem czy pod niebem Boga zajętego własnymi sprawami i interesami.
Nie żyjemy pod niebem czyhającym na ludzkie nieposłuszeństwo. Chrześcijański
Bóg interesuje się stworzonym przez siebie człowiekiem. Interesuje się nim życzliwie.
To jest ABC chrześcijaństwa i dlatego pewnie nazbyt często o nim zapominamy.
Po cóż byłaby nowa encyklika na temat Boga jako miłości, gdyby nie było tego
zapomnienia? Zapomnienia jakoś szczególnie tragicznego zarówno dla człowieka,
jak i dla miłującego go Boga. W jakim obszarze dokonuje się najbardziej tragiczne
zapomnienie? Co mówi o tym papieska encyklika?
Zaraz na początku przypomina się, że "wzorem miłości" jest "miłość
między mężczyzną i kobietą, w której to miłości ciało i dusza uczestniczą w sposób
nierozerwalny". Odrzucenie wizerunku Boga jako miłości musi zatem mieć miejsce
najbardziej dotkliwe w jakimś niszczeniu owego "wzoru miłości", którym
jest miłość pomiędzy mężczyzną i kobietą, czyli miłość małżeńska. Nic zatem dziwnego,
iż przeważająca – czy znaczna – część tej encykliki poświęcona jest właśnie tej
miłości. Jej obronie przed rozpowszechnionym błędnym przekonaniem wyrażonym już
przez Fryderyka Nietzschego, a zacytowanym przez Papieża, iż "chrześcijaństwo
jakoby dało erosowi do wypicia truciznę, a chociaż z jej powodu nie umarł, przerodził
się w wadę".
Benedykt XVI odrzuca tę diagnozę rozumienia małżeństwa przez Nietzschego i ukształtowaną
przez niego współczesną nam mentalność. Chrześcijaństwo nie podaje erosowi trucizny.
Eros powinien stanowić istotny element miłości pomiędzy mężczyzną a kobietą.
Nie ma to być jednak element jedyny i nie ma być nadrzędny. Dopiero wtedy eros
staje się siłą pozytywną, gdy włączony zostaje w zaangażowanie także rozumu i
woli człowieka (czyli gdy staje się erosem "oczyszczonym"). Chrześcijańska
koncepcja miłości małżeńskiej łączy zatem to, co nazywamy erosem, i agape. Nawet
boską miłość Benedykt XVI określa "bez wątpienia jako eros, który jednak
jest równocześnie także agape". Znamienne, że Papież wskazuje najpierw na
obecną dzisiaj degradację erosa. Cielesność bowiem "już nie jest zintegrowana
z całą wolnością naszego istnienia (…), lecz jest jakby odrzucona w dziedzinę
czysto biologiczną".
Uderzenie w erosa – uderzenie w obowiązek podciągnięcia go w człowieku na osobowy
poziom – pośrednio jednak uderza w miłość jako agape, czyli miłość jako życzliwość.
Przestaje się ową życzliwość odnosić do tego, co nieraz określa się jako sprawę "tylko
ciała". Tutaj ma rządzić jakiś własny interes, a nie życzliwość.
Oto zatem główne papieskie przesłanie tego pontyfikatu. Podniesienie erosa na
poziom agape. Uznanie ciała za sferę, w której obowiązują prawa miłowania, a
nie używania.
Chociaż o tym nie usłyszeliśmy bezpośrednio podczas tej pielgrzymki, to jednak
z pewnością stanowi to jej fundament.
Marek Czachorowski
