Dwie Polski w Polsce?

Gdy umarł mój Ojciec, pisałam mu nekrolog. Mało
czasu, a trzeba napisać krótko o długim i bogatym życiu najbliższego człowieka.
Co było
w nim najważniejsze?
Tak ważne, aby w jednym zdaniu ująć wszystko? Napisałam: "wybitny wydawca
i ekonomista, wzór uczciwości". Jak to było możliwe, w PRL-u przeżyć życie
uczciwie, absolutnie uczciwie, a przy tym tak wiele zrobić "swego"?

Ojciec pochodził z rodziny milionerskiej – tak by dzisiaj się określało, dziadek
był kreatorem europejskiej reklamy, wydawcą, drukarzem, biznesmenem. Ojciec
poszedł w jego ślady. W Powstaniu Warszawskim stracili wszystko, dziadek wygnany
z Warszawy "jak stał" nie był w stanie żyć długo – przygarnięty gdzieś
z tłumem wygnańców, śpiąc na słomie rzuconej na klepisku… Ojciec przeżył
obóz koncentracyjny Sachsenhausen. Doczłapał do "swojej" Warszawy,
wygrzebał z gruzów jedyną ocalałą maszynę drukarską, odnalazł jedynego ocalałego
z Powstania drukarza. Zaczęli drukować… malutkie etykietki. W trzy lata rozwinęli
niezły interes, zatrudniali ludzi, rodziny mogły jeść do syta.
Pewnego dnia, jak co dzień, przyszedł do tej własnej wygrzebanej z gruzów drukarenki.
Zdziwiła go pustka, cisza. Oplombowane wszystkie drzwi. I nagle pojawili się
ONI, w szarych prochowcach, jak z filmu, w kapeluszach, z pistoletami: "Od
dzisiaj to upaństwowione, a ty, obywatelu – tak powiedzieli do ojca – jak nie
chcesz wylądować na Rakowieckiej, to zmiataj stąd, to już nie twoje".
I znowu zaczynał wszystko od początku. W "swojej" Polsce. Jego brat
wyszedł z Powstania cudem ocalony, rozbity nerwowo. Złamał się, zapisał się
do partii, czyli do PZPR… Bratu dobrze się powodziło. Dziwiłam się, dlaczego "wujek" nas
nie odwiedza. W zeszłym roku, w książce dr. Jana Żaryna z IPN-u, znalazłam
ten wątek, odkryłam strzęp tajemnicy mojego ojca, wiele lat po jego śmierci:
prezesem odebranej wtedy przez SB firmy ojca został… jego własny brat, bo
był partyjny. Wcześniej nie znałam tej prawdy o skrywanym bólu ojca.
Ojciec nigdy nie zapisał się do partii. Założył dwa wydawnictwa, jedno techniczne,
drugie wydawało książki artystyczne. Nigdy nie został naczelnym dyrektorem
żadnego z nich. Bo nie był partyjny. Był wybitnym wydawcą, nie umiał żyć bez
swojej pasji – wydawania wspaniałych książek, albumów, które przybliżały Polakom
Polskę, piękno i bogactwo kultury ich kraju. Kiedyś wrócił z pracy wyjątkowo
zdenerwowany. My, dzieci, słyszeliśmy tylko strzępy rozmowy ojca i mamy, bardzo
nerwowe, urywane zdania: – Nie, nie zmuszą mnie, nie zapiszę się do nich! I
mama: – Ale może nie ma wyjścia, jak my dalej będziemy żyć, chłopcy idą na
studia, Ania ciągle choruje, jak damy sobie radę? I ojciec: – Nie, jakoś damy
radę, już bywało gorzej, no, jak tego nie zaakceptujesz, to zostanie tylko
się rozejść… Wieczorem od mamy dowiedziałam się prawdy: do ojca, do biura
w wydawnictwie przyjechał osobiście minister kultury, z rządu za tow. Gierka,
przywiózł ojcu wypisaną legitymację partyjną, tylko wkleić zdjęcie i podpisać
się. Do legitymacji dołączony był… talon na samochód, podwyżka pensji…
Ojciec odmówił. Usłyszał od ministra, oczywiście członka KC PZPR, że wobec
tego nigdy nie będzie mógł zostać naczelnym dyrektorem, że do końca będzie
musiał być tym drugim, że nic nie osiągnie… Ojciec nie podpisał legitymacji.
Jednak pozwolili mu dopracować lata do emerytury. Pozwolili? A kto by udźwignął
tak trudne wydawnictwo bez niego? Gdy odszedł z pracy, w stanie wojennym, wydawnictwo
sprywatyzowano. Jakoś tak się złożyło, że udziały wykupili ci pracownicy, którzy
tworzyli "podstawową organizację partyjną" w wydawnictwie. Inni zapewne
nie mieli pieniędzy…
Opowiadam tyle o ojcu, bo ten "przypadek" znam tak doskonale. Wiem,
że wielu było takich ojców i wiele takich matek. Uczciwych Polaków. Niezłomnych.
Nieuznających przekupstwa, korupcji.

Ograbieni z prawa do prawdy
W 1992 roku, 15 sierpnia, stoimy z kamerami na placu Piłsudskiego w Warszawie,
ot, jak dziennikarze. Podśmiewamy się z rzeczywistości, z napuszonych min
polityków na trybunie, no i z jakiejś dziwnej dla nas uroczystości – oto
ma defilować przed nami, przed stolicą kilka tysięcy staruszek i staruszków,
którzy specjalnie po to przylecieli z całego świata, ba, z Australii i z
Nowej Zelandii… Jacyś dziwaczni… po co to komu? I ruszają: w mundurach,
ze sztandarami, nagle – wyprostowani, jak smreki, z dumnie podniesionymi
czołami… na piersiach mają tyle medali bojowych… Kręci mi się od tego
w głowie: dociera nagle do mnie nie tylko to, kim są ci ludzie – to MOI!
MOI BOHATEROWIE NARODOWI! To im zawdzięczam, że mówię po polsku, ktoś stamtąd,
zza żelaznej kurtyny, ciągle domagał się wolności dla Polski… Ale dociera
do mnie i poczucie krzywdy: co też "oni", bolszewicy, tu, w Polsce,
w tym piekielnym PRL-u zrobili ze mnie! Okradli mnie z prawa do prawdy narodowej,
z prawa do poznania moich własnych korzeni, historii mojej Ojczyzny! Poczułam
się ograbiona z części duszy.
Pognaliśmy z kamerą za nimi, za żołnierzami armii gen. Andersa. Kilka dni i
nocy nagrywaliśmy najdrobniejsze strzępki ich wspomnień – historię szlaków
bojowych, wywózek na Sybir, więzienia w Mińsku czy na Łubiance, Monte Cassino,
Tobruk… A potem – jak chronili każdą najmniejszą nawet pamiątkę po tej prawdziwej
Polsce, aby te skrawki świadczyły o nas i dla nas, dla pokoleń pozbawianych
korzeni, tradycji, historii, wartości narodowych – abyśmy się wynarodowili
łatwiej, abyśmy się skuteczniej sowietyzowali.

Niewygodni muszą odejść
W 1995 roku dostałam w Telewizji Polskiej największy dar od współpracowników,
od 50 wybitnych profesjonalistów z techniki transmisyjnej. Krążyły o nich
nieciekawe legendy, to przecież oni musieli realizować wszelkie partyjne
wiece, pokazówki, turnieje miast, całą tę lipę propagandy komunistycznej.
Obawiałam się, kim się okażą teraz, w tak trudnej transmisji – satelitarnej
transmisji wprost z lasu katyńskiego, gdzie przecież nigdy nikt z nich nie
był! Czy będą uczciwi w przekazie, odpowiedzialni, rzetelni? Co w nich zwycięży
tam, w wielkim stresie?
Na naszym pierwszym "sztabowym" spotkaniu, gdy jako szefowa redakcji
zlecającej tę transmisję powiedziałam: – Panowie, to może jedyna szansa, byśmy
zdążyli tę prawdę o Katyniu pokazać wszystkim Polakom… Może prędko taka szansa
się nie powtórzy… Wtedy zapewnili, że choć nigdy nie pracowali w takiej niepewności
i ryzyku, to dadzą z siebie wszystko, by się udało. I chociaż już niby żyliśmy
w wolnej Polsce, TVP była "polska" raczej pozornie – nie dano nam
ani grosza na wyjazd, na dokumentację: ile metrów kabli będzie trzeba na miejscu,
gdzie ustawić talerz satelitarny ze względu na wysokość katyńskich drzew…
itd. Ryzyko było ogromne. A jednak – ci fantastyczni Polacy z TVP sprawili,
że modlitwy katyńskich wdów, wmurowanie papieskich kamienii węgielnych pod
budowę cmentarzy pomordowanych oficerów i pod kaplicę Miłosierdzia Bożego,
a także – wygłoszony przez księdza prałata Zdzisława Peszkowskiego, cudem ocalonego
z mordu katyńskiego – Apel Pojednania i Przebaczenia, to wszystko mogło obejrzeć
kilkanaście milionów widzów w Polsce i na świecie!
Po powrocie z transmisji katyńskiej nikt nawet nie spotkał się już z "moimi
ludźmi", niezawodnymi pracownikami TVP, choć pisałam dzień w dzień prośby
o to do jakichś dyrektorów i prezesów… Mnie samej odebrano kwartalną premię "za
karę".
I jeszcze taki niby tylko szczegół: jeden z byłych oficerów politycznych LWP,
dziennikarz TVP, w kącie ciemnawego korzytarza bloku przy ul. Woronicza tak
mi powiedział: – Nie myśl, że coś ci się udało, no, może na chwilę, ale nie
damy ci pożyć… ani nie zarobisz… w zawodzie to już wiele nie osiągniesz,
najbliższe wybory wszystko pokażą.
Chodziło oficerowi o wybory prezydenckie w listopadzie 1995 roku, które zgodnie
z przewidywaniami wygrać miał tow. Kwaśniewski. Wygrał. I za tym poszły także
ogromne zmiany w mediach, jakby film przeglądany do tyłu: wracali "oni",
wyrzucano albo odsuwano na boczny tor tych dziennikarzy, którzy w ciągu pięciu
lat prezydentury Lecha Wałęsy okazali się czytelni – czyli uczciwi, dobijający
się o prawdę tak historyczną, jak i polityczną, odważni, niekorumpowalni. Ci,
którym udało się dotrwać do prezesury Roberta Kwiatkowskiego (SLD przecież),
także po cichutku byli zwalniani albo "brani głodem".
Jak to – "brani głodem"? Przecież w TVP tak wspaniale się zarabia
– każdy powie. Ale to fałsz rozpowszechniany celowo. Kto trzyma z władzą, ten
ma kasę – tu wciąż funkcjonowało (czy to już można powiedzieć w czasie przeszłym?)
to pojęcie, od zakończenia II wojny światowej powszechnie w PRL, po dziś dzień.
Otóż – niepisane "zapisy na człowieka" obowiązywały w TVP dalej,
od 1990 roku, nieustannie. Zapewne nie było żadnej listy, ale dyrektorzy, decydenci
mieli ustalenia: od tego dziennikarza nie przyjmuje się scenariuszy, nie zleca
mu się żadnych prac. A pensja dziennikarza w TVP, tego doświadczonego redaktora
telewizyjnego o maksymalnym dorobku czy stażu, to ok. 1000 zł netto, to tzw.
gotowość. Jak za to wyżywić rodzinę? Dziennikarze żyją z honorariów, ze zlecanych
– lub nie – programów. Wystarczy więc przyjąć, komu nie daje się pracy. Mniej
odporni dziennikarze zwalniali się sami, upartych – zwalniano za to… że nie
mają honorariów, a więc "są słabi i niepotrzebni" ("no, skoro
od pół roku nikt u pani niczego nie zamówił, to sama pani widzi, nie nadaje
się już pani, musimy panią zwolnić… A nagrody międzynarodowe? Dorobek? No
cóż, czasy się zmieniły, pani Aniu").
Ale także tymi metodami pozyskiwano tych słabszych moralnie. Kiedyś uczciwi,
nagle zaczynali wyczyniać brednie na ekranie, po prostu, za pieniądze…
Gdy nie liczyły się kwalifikacje, dorobek, artystyczne osiągnięcia, gdy nie
ma miernika prawdy na ekranie, gdy od dawnego reżimu ma się za sobą oparcie
w grupie nacisku, w formacji WSI, prowadzącej dziennikarza jako reprezentanta
interesów tej właśnie grupy nacisku "trzymającej władzę" – wtedy
na pewno nie liczą się interesy widzów. Adresaci programów mieli poznawać prawdę
jak z krzywego zwierciadła, a raczej z krzywego ekranu.

Wyścig z czasem
Lustracja dziennikarzy jest niezbędna. I nie dlatego że "teraz nasi dorwali
się do władzy", jak próbuje się zakłamywać rzeczywistość. Prawd dotyczących
lustracji nie ma kilku do wyboru, jest jedna, bolesna: ci, którzy pracowali
na rzecz bolszewickiego reżimu, z jakichkolwiek pobudek – ideologicznych czy
materialnych, ze strachu czy z bezmyślności, z pragnienia awansu i hektolitrów
wódki, ci wszyscy manipulujący naszym obywatelskim, konstytucyjnym prawem do
prawdy, do bycia informowanymi o rzetelnym obrazie wspólnoty, jaką jest Ojczyzna,
ci wszyscy współpracownicy wszelkich służb reżimu totalitarnego – zdradzali
Ojczyznę, służyli obcemu mocarstwu. Nie było w Polsce polskich, narodowych
służb wywiadowczych, pracujących w naszym interesie narodowym – jak to jest
w każdym demokratycznym państwie. Z naszych podatków utrzymywane były służby
pracujące – kiedyś wprost, otwarcie na rzecz Układu Warszawskiego, na rzecz
Moskwy, a do niedawna, niemalże do dzisiaj – na rzecz interesów grupy nacisku,
jakim były te ugrupowania polityczne, których potęga finansowa, jak i za tym
dopiero idąca potęga polityczna brała się z korzeni bolszewickich, postsowieckich.
Gdy marzyłam o niedostępnej kiedyś dla mnie pracy w telewizji, gdy kręciłam
filmy w Himalajach, zatrudniając się na etacie… pomocy domowej (niemal przez
10 lat!), potem w stanie wojennym, gdy patrzyłam na politruków w telewizji
faszerujących nas kłamstwami, z przerażeniem dokonywałam swoich małych odkryć:
przecież ONI to robią za nasze pieniądze, z pracy mojego ojca, z mojej pracy!
Przecież Ludowe Wojsko Polskie uformowane w Układzie Warszawskim jako przedłużone
zbrojne ramię Armii Sowieckiej – także utrzymywane było z wypracowywanych przez
nas, Polaków, pieniędzy. A ZOMO pałujące nas, gdy wychodziliśmy z katedry po
Mszy Świętej 3 Maja? A oficerowie SB, którzy porwali i zamordowali ks. Jerzego
Popiełuszkę, "mojego księdza"? A nauczyciele historii, którzy wciskali
nam w głowy kłamstwa o ZSRS i wyrzucali ze szkół za pytania o Katyń i Sybir?
A dziennikarze, mundurowi w stanie wojennym, którzy do dzisiaj formują w radiu
i telewizji nasze wyobrażenie świata? A socjalistyczna służba zdrowia, nie
pamiętamy już, jak wtedy funkcjonowały szpitale? Nie pamiętamy już, jak leki
otrzymywane w darach, sprowadzane przez parafie czy podziemną "S" ratowały
życie dzieciom, czy kiedyś i mojemu ojcu w szpitalu w Warszawie?! Czy to ma
się już nigdy nie skończyć?
W lustracji nie chodzi o zemstę personalną. Nie obawiajcie się, nie dajcie
się wiecznie zwodzić, bo to nie o odwet chodzi. Owszem, sama mam taką "osobistą
listę" tych, którzy próbowali niszczyć mi życie, uniemożliwiali dostęp
na studia dziennikarskie (bo nie miałam potrzebnych poleceń partyjnych), do
pracy twórczej czy godnej zapłaty za pracę. Mam taką listę tych Polaków, często
moich rówieśników, którzy porwali mnie z własnego domu w centrum Warszawy,
którzy grozili śmiercią, szantażowali, szpiegowali i w osobistym życiu, i w
zawodowym… do wczoraj. Od tak niedawna jest nowa władza, słaba, wciąż wyszydzana,
także i w mediach publicznych, nowa i niepewna jutra. Czy będziemy mogli mówić
o inwigilacji dziennikarzy, że to "było"?! Oby tak było naprawdę,
że "to nie wróci"!
Aby Polska mogła być jedna, taka prawdziwie polska Polska, niezbędna jest lustracja.
Nie tylko dziennikarzy, także decydentów w mediach, dyrektorów od ustawiania
zamówień programowych, jak i od przydzielania funduszy na te programy. Potrzebna
jest lustracja w każdym urzędzie, w szkołach, w wojsku, policji, wszędzie tam,
gdzie powinni już od dawna rządzić nami uczciwi Polacy, a nie – pracujący na
zlecenie i w interesie obcych nam sił.
Aby młodzi ludzie mogli pracować w normalnych warunkach – tam, gdzie liczą
się umiejętności, kwalifikacje, dorobek, rzetelność, odpowiedzialność, umiejętność
utożsamiania się z interesami odbiorców, jak np. w telewizji publicznej, konieczna
jest postawa dziennikarzy jak w służbie, w interesie widzów, ich prawa do prawdy,
do rozwoju, do edukacji!
Teraz trwa specyficzny wyścig z czasem. Są w wielu przedsiębiorstwach, urzędach
(od rządowych do samorządowych!) miejsca lukratywne i wpływowe. O nie teraz
toczy się gra. Na przykład u nas, w telewizji publicznej, od parteru, od wydziałów
zdjęciowych, po zespoły opracowujące programy – kto przetrwa, kto dostanie
lepiej płatne miejsce. Ktoś zadecyduje o zakupie kamer, dobrych albo złych,
za miliony złotych, ktoś inny – o doborze pracowników, o kadrach operatorskich,
dobrych, wybitnych albo byle jakich… Ktoś inny zdecyduje, ile jego znajomków,
bez względu na dorobek czy kwalifikacje, opracowywać będzie dalej programy,
które zobaczymy, za które zapłacą widzowie z abonamentu. Albo zdążymy my, albo
uda się prezesowi, albo znowu przegramy tę wielką szansę.
A jesienią jeszcze wybory samorządowe. Walka trwa.

Czekanie na lustrację
Lustracja – to nie tylko cywilne służby, tak szeroko znane i niemal powszechnie
doświadczane boleśnie SB, ale służby jeszcze groźniejsze, pracujące jakby
w cieniu, służby wojskowe… Wyhodowane w Moskwie, na dorobku NKWD i KGB,
wspierane i kontrolowane stamtąd, z ZSRS, a potem zachowywane z wielką starannością
jako "strefa wpływu".
Nie zdołamy odbudować Polski dla samych siebie, wolnej, naszej – jeżeli nie
przeprowadzimy lustracji na wszelkich realnych poziomach.
Nie mamy przecież zamiaru tych zlustrowanych zamykać do więzień, czy nie daj
Bóg, rozstrzeliwać. Choć "oni" to z nami robili…
Istotą jest odzyskanie prawa do normalności, by już nikt nami nie grał.
Trwa wciąż proces przemiany mentalności Polaków – najpierw musimy się pozbyć
tej mentalności zaczadziałej przez zaduch komunizmu.
Prezydent Lech Kaczyński podpisał ustawę o likwidacji WSI. To wielki dzień,
w mojej opinii – ten dzień powinien także zostać obwieszczony "narodowym
dniem wolności". Jednak nie łudźmy się, droga daleka! Nikt uprzywilejowany
nie odda profitów bez walki… Walka krwawa jest ryzykowna dla wszystkich,
teraz trwa walka na informację, na dostęp do informacji (np. o krokach premiera,
o planach poszczególnych ministrów, o osobistych wpadkach prezydenta, jak i
o jego politycznych projektach itd.). I – walka o manipulowanie informacją!
Lustracja dziennikarzy to tylko kolejny krok w sklejaniu rozbitej Ojczyzny.
Tylko jak skleić bez ofiar, bez bólu i przykrości publicznych te dwie Polski
w jedną?
Chrześcijańskie dziedzictwo Polaków zobowiązuje do zaniechania odwetu za doznane
zbrodnie, krzywdy, cierpienia. To jedyna dla nas droga do wolności. Po "tamtej
stronie" często wyśmiewana albo i wykorzystywana z pełną bezwględnością.
Czekamy w napięciu na powszechną lustrację, na narodowe oczyszczenie. Uzdrowienie
połamanej Polski.
Gdy będą Państwo czytać ten tekst w uroczystość Bożego Ciała, proszę, wspomnijcie,
jak długie i trudne były zmagania ks. kard. Stefana Wyszyńskiego i wielu polskich
księży w czasach PRL-u o prawo do… procesji w tym dniu. Ile trzeba było starań
ks. kard. Karola Wojtyły, aby procesja Bożego Ciała w Krakowie mogła pójść
trasą przez Rynek na Wawel… W modlitwie o Polskę.
Jakie jedno zdanie zdołają napisać dzieci czy przyjaciele – po każdym z nas?

Anna
T. Pietraszek

drukuj