Dom małych serc
Stare, brudne i wilgotne kamienice, jakich wiele w warszawskiej dzielnicy
Praga-Północ. Na jednym z tzw. podwórek-studzien kilkoro dzieci bawi się
hydrantem. Inne biegają wokół, wrzeszcząc w niebogłosy. Czasem ktoś je przegoni,
bo zbyt hałasują, albo same uciekają z przestrachem, gdy jeden z sąsiadów
wychodzi na spacer z psem bez smyczy i kagańca. Nawet w piłkę nie wolno im
zagrać. Są zaniedbane i głodne. Ich spojrzenie to smutne oczy sierot, bo choć
mają rodziców, w domu wolą przebywać jak najkrócej. Zbyt dużo tam przemocy i
alkoholu. Jeszcze kilka lat temu miałyby szansę trafić do prowadzonej przez
Siostry Loretanki świetlicy, która mieściła się w Domu Ojca Ignacego
Kłopotowskiego. Dziś jest ona zamknięta, a na dokończenie rozpoczętego cztery
lata temu remontu wciąż brakuje pieniędzy.
– To był nasz wspólny dom – mówi Kasia, jako dziecko przychodziła do świetlicy
Sióstr Loretanek, dziś sama jest mamą trójki dzieci. Na spotkanie przyszła z
synkiem Adasiem – Mieliśmy oparcie w siostrach. Zawsze nas wysłuchały i nigdy
nie opuściły – dodaje, z trudem kryjąc wzruszenie. Świetlica była czynna całą
dobę. W praktyce oznaczało to, że dzieci mogły w niej nocować albo przybiec w
środku nocy, kiedy w domu z powodu awantur i libacji nie sposób było spać. –
Wiedziały, że przy drzwiach jest specjalny dzwonek i że zawsze któraś z sióstr
wyjdzie i je wpuści – wspomina siostra Bożena, która przed laty na polecenie
matki generalnej tworzyła świetlicę. Teraz kilkoro z byłych podopiecznych znów
ma okazję spotkać się w niewielkim pokoiku Domu Sióstr Loretanek. Nie widzieli
się czasem kilkanaście lat. Niektórzy nie mogą się rozpoznać. Wyrośli. Patrząc
na nich, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że są sobie bardzo bliscy, jakby byli
rodziną. Ich losy złączyła świetlica. Czasem na całe życie, jak w przypadku
Łukasza i Justyny, którzy są małżeństwem. Wszyscy też, zanim trafili pod
opiekuńcze skrzydła sióstr, przeżyli koszmar w domu rodzinnym. Dzięki świetlicy
nie skończyli tak, jak ich biologiczni rodzice, pogrążeni w nałogach i chorobach
psychicznych. Zgodnie twierdzą, że to, kim są teraz, co mają i co robią,
zawdzięczają świetlicy i siostrom, które ich przygarnęły.
Jak "Niuniek" stał się Andrzejem
Andrzej ma teraz 22 lata i właśnie zdał maturę. Jako dziecko przeżył piekło.
Kiedy w połowie lat dziewięćdziesiątych został znaleziony przez siostrę Bożenę
na śmietniku, nie umiał mówić, nikt, łącznie z rodzicami, nie znał daty ani
miejsca jego urodzenia. Nie miał nawet imienia! Inne dzieci wołały na niego
"Niuniek". Był wyniszczony emocjonalnie i fizycznie.
– Był jak bezpański pies – wzdycha siostra Bożena. Opowiada, że na ciele miał
dziwne plamy – blizny. W szpitalu okazało się, że rodzice gasili na nim
papierosy i że był molestowany seksualnie. – Siostra Bożena przyprowadziła mnie
do Domu Ojca Ignacego, wykąpała i nakarmiła. Świetlica była moim pierwszym
domem. Wcześniej spałem na śmietniku albo pod zlewem – wspomina drżącym głosem
Andrzej, bo mimo że od tamtego czasu upłynęło już wiele lat, wspomnienia z
przeszłości są dla niego jak koszmar. Przeszedł dziewięć poważnych operacji,
ponieważ dzieciństwo, którego znaczną część spędził na śmietniku, zrujnowało
jego układ pokarmowy. Od momentu, kiedy znalazł się w Domu Ojca Ignacego,
rozpoczął ciężką walkę o normalne życie. Dostał imię, nauczył się mówić. Jego
wiek określono na siedem lat. Właściwie wszystkiego musiał się uczyć: spać w
łóżku (początkowo z przyzwyczajenia wolał spać na podłodze), myć się i jeść
normalnie. Dwa lata później został adoptowany. W szkole podstawowej nauczyciele
uparli się, że jest osobą upośledzoną psychicznie, dlatego powinien uczęszczać
do szkoły specjalnej. – Skreślono mnie na samym starcie – wspomina z żalem. Na
szczęście nie zgodzili się na to jego nowi rodzice, którzy wierzyli, że chłopiec
podoła obowiązkom. I to dało mu siłę, choć – jak wspomina – były chwile
zwątpienia, szczególnie wtedy, gdy musiał przerywać naukę na czas pobytu w
szpitalu. Wie, że rodzice adopcyjni zrobiliby dla niego wszystko. Z
biologicznymi rodzicami nie utrzymuje kontaktu. – Siostra Bożena jako pierwsza
obdarzyła mnie miłością macierzyńską – twierdzi Andrzej. – Nie ma takich słów
ani takiej rzeczy, którymi mógłbym podziękować za dobro, którego na tej
świetlicy doświadczyłem – dodaje.
Siostra jak matka
Część podopiecznych związała się z Domem Ojca Ignacego jeszcze przed oficjalnym
otwarciem świetlicy. Tak było w przypadku Łukasza. Wraz z mamą i trójką
rodzeństwa został przyprowadzony do Sióstr Loretanek przez panią kurator. Matka
od lat leczyła się psychiatrycznie, ojciec był alkoholikiem. Kiedy wpadał w ciąg
nałogu, reszta rodziny musiała uciekać z domu. Zamieszkali w malutkim pokoiku,
ale przynajmniej byli razem, nie tak jak wcześniej, kiedy dzieci były
umieszczane osobno w różnych domach dziecka.
– Uczyliśmy się tutaj, co jest dobre, a co złe. W domu tego nie było – opowiada
Łukasz. – Tu nauczyliśmy się codziennego życia – dodaje. Siostra Bożena z
rozbawieniem wspomina, jaka była dumna, kiedy Łukasz nauczył się robić
naleśniki. Zaznacza, że była dumna ze wszystkich dzieciaków. – Na co dzień
trzeba było być dla nich jak matka, trzeba było od nich wymagać – mówi siostra.
Dziewczyny gotowały i piekły ciasta. Siostry powierzały też dzieciom bardziej
odpowiedzialne zadania, jak np. robienie zakupów. Przede wszystkim zaś
pilnowały, żeby miały odrobione lekcje. W nauce – oprócz sióstr – pomagały
również osoby świeckie, w tym studenci. Dzieci uczyły się normalnych relacji
międzyludzkich – wzajemnej pomocy, solidarności, troski o siebie nawzajem. –
Powtarzałam im zawsze, że tutaj żadne dziecko nie może zrobić krzywdy innemu –
wspomina siostra Bożena. Potwierdza to Kasia. – Dzieci były bardzo ze sobą
zżyte. Trzymaliśmy wszyscy sztamę, tego uczyły nas siostry – stwierdza. Niektóre
dzieci dorabiały na Stadionie, sprzedając np. skarpety. – Stawaliśmy się coraz
bardziej zaradni. Cieszyliśmy się, gdy komuś udawało się zdobyć pracę – opowiada
Kasia. – Gdy ktoś się zwalniał lub zmieniał stanowisko, natychmiast polecał
koleżankę lub kolegę ze świetlicy na swoje miejsce – zaznacza. Łukasz w Domu
Ojca Ignacego poznał swoją żonę Justynę. – Nie spotkalibyśmy się, gdyby nie ta
świetlica – mówi Justyna. Jej matka jest alkoholiczką. Justyna jako jedyna z
dziesięciorga rodzeństwa dzięki świetlicy nie trafiła do domu dziecka.
Miejsce inne niż wszystkie
Na Pradze działało kilka innych świetlic, które oferowały dzieciom posiłek i
kilkugodzinny pobyt. Siostry Loretanki, pragnąc naśladować swojego założyciela,
wiedziały, że najmłodsi potrzebują dużo więcej. Dlatego ich opieka wykraczała
daleko poza mury samej świetlicy. Loretanki współpracowały ze szkołami, chodziły
na wywiadówki, rozmawiały z pedagogami. Jeśli dzieci tego potrzebowały,
towarzyszyły im także w czasie zdawania egzaminów do szkół średnich, czekały z
rodzicami innych uczniów na wynik egzaminu. Zdarzały się prośby o napisanie
usprawiedliwienia, bo rodziców nie interesowały szkolne sprawy. Siostry miały
odwagę pójść w miejsca, gdzie nie mogła dotrzeć szkoła, kurator ani nawet straż
miejska. – Sama chodziłam po te "nieszczęścia" – wspomina siostra Bożena. –
Jedne przychodziły same, ale po inne trzeba było po prostu pójść na Brzeską,
Ząbkowską, w różne zaułki i na śmietniki, tak jak w przypadku "Niuńka". Pamięta
też sytuację, gdy zaalarmowana przez dzieci, którym udało się uciec z
mieszkania, poszła pod wskazany adres, do mieszkania, w którym rozgrywał się
dramat. Siostry zaalarmował chłopiec, który zapłakany i śmiertelnie
przestraszony przybiegł do Domu Ojca Ignacego, wcześniej zsunąwszy się po rynnie
z mieszkania na drugim piętrze. Znając rodzinę dziecka, pewne było, że reszta
dzieci również może potrzebować pomocy. Siostra Bożena już na klatce schodowej
zobaczyła ślady krwi. W mieszkaniu pijany ojciec katował siedemnastoletniego
syna. Młodsze dzieci schowane były pod kocem. – W drzwiach szafy tkwiła
siekiera, którą ojciec rzucił w któreś z dzieci – wspomina. Pomimo sprzeciwu
pijanego rodzica, jakimś cudem udało jej się zabrać resztę dzieci do świetlicy.
– Ile było dzieciaków na świetlicy, tyle było tragicznych sytuacji – podsumowuje
siostra.
Pies, krab i mecze w Loretto
Damian trafił do świetlicy z domu, gdzie samotna matka alkoholiczka wychowywała
jego i brata. – Wiedzieliśmy o nim, że jest bardzo zdolny, delikatny i wrażliwy.
Taka dusza artysty – wspominają siostry. – Chodziłem tu niedaleko do
podstawówki. Jedna z sióstr powiedziała, że potrzebuje silnego chłopaka do
pomocy w świetlicy, która wkrótce miała być otwarta, a ja chętnie się zgodziłem
– wspomina 28-letni dziś Damian. – Jeździłem z siostrą, kupowałem krzesełka,
ławki, meble kuchenne. Fajnie było. Siostra Bożena pamięta, że Damian dostał
kiedyś pięknego psa – owczarka niemieckiego. Był do niego ogromnie przywiązany.
Kiedy pijana matka przed świętami Bożego Narodzenia sprzedała zwierzaka za
butelkę wódki, chłopak się załamał. – Martwiłam się, że coś sobie zrobi –
wspomina siostra. Dlatego postarała się dla niego o nowego psiaka. – Troski
naszych dzieci były naszymi troskami, bo – tak prawdę mówiąc – te dzieci miały
tylko nas – konstatuje ze smutkiem. Wśród tych smutnych obrazów z przeszłości
wyraźne ożywienie i radość wywołują wspomnienia wyjazdów na kolonie, wypraw w
góry oraz do pobliskiego Loretto w gminie Wyszków. – Latem często graliśmy w
piłkę. A z nami siostry. Pamiętam, jak kiedyś siostra przyjęła piłkę na główkę i
spadł jej welon – śmieje się Damian. To wywołuje falę innych zabawnych
wspomnień. – Na świetlicy mieliśmy również rybki oraz kraba, który ugryzł
siostrę w rękę – opowiada ze śmiechem Kasia.
Dobro, które zdziałało cuda
Teraz, gdy są już dorosłymi ludźmi, chętnie wracają myślami do świetlicy.
Ochoczo opowiadają też o tym, co udało im się osiągnąć. Justyna została
protetykiem słuchu, wkrótce zamierza rozpocząć naukę angielskiego i kurs
komputerowy. Łukasz jest przedstawicielem handlowym. Podkreślają, że jako
małżeństwo są bardzo szczęśliwi. Mają dwoje dzieci, trzecie rośnie pod sercem
mamy. Na pytanie, czy zdarza się im kłócić, odpowiadają rozbrajająco: "Kłócić
się, ale po co?". Andrzej "Niuniek" zamierza zostać farmaceutą. Twierdzi, że w
jego życiu najważniejsze są trzy osoby: siostra Bożena i obydwoje rodzice
adopcyjni. Dorzuca jednak, że choć od czasu, gdy widział swoich biologicznych
rodziców, minęło już kilkanaście lat, czuje, że musi się z nimi spotkać. Ta myśl
nie daje mu spokoju. Kasia pracuje w pobliskim sklepie. Damian kończy liceum dla
dorosłych i chce zostać taksówkarzem. Wszyscy zgodnie twierdzą, że to miejsce
zmieniło ich życie. – My nie byliśmy łatwą młodzieżą, choć może teraz tak
wyglądamy – mówi Justyna. Bije od nich dobro, ciepło i wielka wrażliwość.
Miłość, której doświadczyli na świetlicy, uleczyła i wydała plon, zaowocowała.
Wbrew temu, przez co przeszli, są dowodem nie na to, co zło, ale co dobro "robi"
z człowiekiem. Także tym najmłodszym, już na starcie odrzuconym i przekreślonym
przez najbliższych. Ich szczęściem jest to, że dzięki świetlicy mogą teraz
zakładać rodziny, pracować. Są w stanie normalnie żyć. Sami również starają się
wychowywać swoje dzieci w duchu nauczania bł. ks. Kłopotowskiego. Niektórzy z
byłych podopiecznych siostry Bożeny odwiedzają ją ze swoimi dziećmi. – A ja się
czuję wtedy jak babcia – wyznaje.
Każdy może pomóc
Kiedy w styczniu 2006 r. zamknięto świetlicę z powodu remontu, część
podopiecznych trafiła do domów dziecka. Najmłodsi na Pradze stracili miejsce, w
którym zawsze mogli znaleźć schronienie. Mury świetlicy, w której biegało nawet
140 dzieci jednocześnie, dziś świecą pustkami. Remont stanął w miejscu, bo
zabrakło pieniędzy. Jak podaje siostra Zuzanna, ekonom w Domu Generalnym
Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Loretańskiej, koszty prac remontowych według
początkowych planów miały wynieść około 3 mln złotych. Tymczasem za prace już
wykonane zapłacono 4 miliony. Potrzebna jest jeszcze instalacja elektryczna i
sanitarna. Należałoby również wyposażyć kuchnię i łazienki. Oprócz tego na
zapłacenie czeka faktura za wykonane prace wykończeniowe, opiewająca na kwotę
600 tys. złotych. Siostra Dominika – aktualna dyrektor świetlicy – przyznaje, że
odkąd zmieniły się warunki finansowania świetlicy ze środków publicznych
(wcześniej placówka podlegała kuratorium oświaty, a teraz ośrodkowi pomocy
społecznej), tych pieniędzy jest bardzo mało. Dlatego wierzy, że znajdą się
dobrzy ludzie, dzięki którym możliwe będzie dokończenie remontu. Bo nikt nie ma
wątpliwości, że ta świetlica jest potrzebna. Ani byli podopieczni, którzy na
ulicach i podwórkach swojej dzielnicy widzą wałęsające się dzieci, ani Siostry
Loretanki. – Dobrze wiem, że gdybym poszła w te miejsca, gdzie kiedyś chodziłam,
to te dzieciaki tam po prostu są – mówi smutnym głosem siostra Bożena. – Trzeba
tylko do nich wyjść, przyprowadzić je i się nimi zająć – dodaje.
Bogusław Rąpała
