Długi marsz SLD
W ostatnich dniach coraz
intensywniejszej kampanii wyborczej na trzeciej pozycji w sondażach
zdecydowanie umacnia się Grzegorz Napieralski, lider Sojuszu Lewicy
Demokratycznej. Wydaje się, iż jego start w wyborach prezydenckich,
podobnie zresztą jak pozostałych kandydatów – poza „wielką dwójką”
(czyli Jarosławem Kaczyńskim i Bronisławem Komorowskim) – obliczony jest
nie tyle na zwycięstwo, ile na promocję własnego ugrupowania.
Podobnie
ma się sprawa chociażby z prezesem Polskiego Stronnictwa Ludowego
Waldemarem Pawlakiem czy przewodniczącym Samoobrony Andrzejem Lepperem.
Taki jest obecny wymóg mediów – ugrupowanie powinna promować twarz
lidera. W odbiorze społecznym lepiej zapamiętywane są wyraziste
jednostki. Sympatia wobec przywódcy może w równym stopniu jak program
polityczny skłonić wyborcę do głosowania na partię, której przewodzi.
Tak więc dobry wynik Grzegorza Napieralskiego w rzeczywistości pokazuje
rosnący poziom poparcia społecznego dla SLD.
Jeden z wniosków
wysunięty na podstawie obserwacji sondaży może być następujący. W
polskim społeczeństwie odzywa się tendencja do szukania przeciwwagi dla
parlamentarnego układu partii dominujących, jakimi są Platforma
Obywatelska oraz Prawo i Sprawiedliwość, które swój rodowód wywodzą z
„Solidarności” i określają się ugrupowaniami posiadającymi prawicową
orientację. Uwidacznia się swoista potrzeba zagospodarowania lewego
skrzydła polskiej sceny politycznej, a skłonność ta wydaje się
nieunikniona. Układ lewica – prawica charakterystyczny dla systemu
partyjnego Europy jest na trwałe wpisany do tradycji politycznej Starego
Kontynentu. W Polsce w ostatnim czasie ten tandem został nieco
zachwiany. Doszło do tego za sprawą serii afer z rodzaju
polityczno-gospodarczych, po ujawnieniu których poparcie społeczne
znajdujących się u władzy polityków lewicy gwałtownie spadło. Aktualnie
obserwujemy ponowne odchylanie się wskazówki. W społeczeństwie polskim
jest duża grupa osób z poglądami lewicowymi, które nie utożsamiają się w
żaden sposób z programami politycznymi ugrupowań postsolidarnościowych.
Stąd kwestią czasu było ujawnienie się tej przestrzeni społecznej.
Należy tylko postawić otwarte pytanie: Czy SLD musi być koniecznie
jedyną alternatywą zagospodarowania owej przestrzeni?
Młode
twarze, stary układ
Ugrupowanie pod dzisiejszą nazwą SLD przeszło
interesującą metamorfozę w okresie niepodległej III Rzeczypospolitej.
To, że wielokrotnie zmieniano nazwę ugrupowania, nie pozwala jednak
zapomnieć, iż jest ono w prostej linii bezpośrednim kontynuatorem
tradycji Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Dzieje się tak przede
wszystkim dzięki osobom, które w nim aktywnie działają. Wśród jego
członków nadal znaczny odsetek to dawni funkcjonariusze PZPR. Kilka lat
temu zastosowano sprytny zabieg, aby nieco zakamuflować owo
pokrewieństwo. Na przywódców wystawiono młode twarze – liderów
współczesnego pokolenia, którzy nie legitymują się metryczką partyjną
PZPR. Pierwszym z nich był Wojciech Olejniczak, który został zastąpiony
przez Grzegorza Napieralskiego. Stali się oni twarzami nowego SLD, gdyż
(co trzeba otwarcie przyznać) znakomicie wypadają w mediach. Niemniej
poza nimi w ugrupowaniu istnieje długi szereg aktywistów, a ważne w nim
funkcje sprawuje wielu działaczy, którzy w okresie Polskiej
Rzeczypospolitej Ludowej piastowali funkcyjne stanowiska w PZPR.
Przykład pierwszy z brzegu to aktualny eurodeputowany Janusz Zemke – w
minionym okresie pracownik struktur wojewódzkich PZPR w dawnym
województwie bydgoskim. Takich przypadków można przytoczyć o wiele
więcej. Nić powiązań z niechlubną przeszłością bez wątpienia istnieje.
Nie da się jej tak po prostu przeciąć.
Warto zauważyć, w jaki sposób
współczesny SLD walczy o elektorat polskich wyborców. Wydaje się, iż
jednocześnie na celowniku znalazły się dwie grupy społeczne. Pierwsza to
twardy, rzec można, betonowy elektorat ludzi z nostalgią wspominających
okres PRL, w zdecydowanym stopniu powiązanych z funkcjonującym wówczas
reżimem, czerpiących z tego profity – i z tych względów zaciekle
broniących uzyskanej wówczas uprzywilejowanej pozycji kosztem innych. Do
tej „elitarnej” grupy społecznej zaliczyć można chociażby pracowników
PRL-owskiego aparatu represji (Urzędu Bezpieczeństwa, Służby
Bezpieczeństwa) korzystających dzisiaj z emerytur statystycznie wyższych
w stosunku do tych pobieranych przez inne grupy pracownicze. Ten stan
rzeczy nie zmienia się nawet po wprowadzeniu w życie nowej ustawy. O
tym, że niesprawiedliwość społeczna nadal jest obecna, niech świadczy
fakt, iż w porównaniu z uposażeniem dawnych funkcjonariuszy, przeciętna
emerytura rolnicza jest dramatycznie niska. SLD, mając na uwadze
oczekiwania powyższej grupy swoich sympatyków, sprzeciwia się wszelkim
ustawom ograniczającym niesłuszne uprzywilejowanie emerytalne. Z
podobnych względów zdecydowanie odrzuca propagowanie nowoczesnej
polityki historycznej i w ogóle zajmowanie się historią, w szczególności
przez pracowników Instytutu Pamięci Narodowej. To właśnie historia
najnowsza przypomina ludziom, jaką rolę odgrywało niegdyś wielu członków
i sympatyków ugrupowania. A świadomość historyczna, szczególnie młodych
Polaków niepamiętających okresu 1944-1989, jest dla partii wyjątkowo
niekorzystna.
Kostium nowoczesności
Drugą grupą
społeczną, do której stara się trafić SLD, jest właśnie młodzież.
Niestety, w polskich warunkach, zresztą z winy samych polityków, młodzi
ludzie nie interesują się zupełnie polityką, a nawet odrzucają wszystko,
co ma z nią związek. Dlatego też podatni są na populistyczne hasła
wyrażające jakoby nowoczesne trendy. W ten nurt starają się wpisać
liderzy SLD, by przyciągnąć młodzież. Tak więc szermuje się takimi
hasłami, jak: „sprawa aborcji”, „tolerancja dla homoseksualistów”, „rola
Kościoła w życiu politycznym” itp. Owe tematy dyżurne znikają tak samo
szybko, jak się pojawiają. Chodzi tylko o wzbudzenie chwilowej sensacji i
zwrócenie uwagi kamer. To wszystko jest niezwykle nośne medialnie i ma
trafiać do młodych ludzi, którzy są podatni na efekciarskie fajerwerki.
O
sympatii wielu członków i sympatyków SLD do PRL świadczy jeszcze jeden
fakt. Nie słychać, aby liderzy ugrupowania nawiązywali do tradycji
autentycznego polskiego ruchu socjaldemokratycznego. Dowodzi temu
chociażby Polska Partia Socjalistyczna. Jej początki sięgają jeszcze
schyłku XIX wieku i są ściśle związane z tradycją walki o niepodległość,
choćby poprzez postacie Józefa Piłsudskiego z okresu jego wczesnej
działalności czy premiera Ignacego Daszyńskiego. W okresie II
Rzeczypospolitej PPS należała do głównych sił parlamentarnych, gdyż
cieszyła się znacznym poparciem społecznym. Natomiast w dobie rządów
sanacyjnych jej członkowie znaleźli się w opozycji, przeciwstawiając się
konsekwentnie autorytaryzmowi. Nie wolno również zapomnieć o
konspiracyjnej PPS – Wolność Równość Niepodległość, stanowiącej część
struktur Polskiego Państwa Podziemnego w okresie II wojny światowej.
Podobnie ma się sprawa z działaczami PPS na emigracji, którzy
kontynuowali w latach powojennych ideały ugrupowania i reprezentowali
polską myśl polityczną w międzynarodowym ruchu socjaldemokratycznym.
Dlaczego
liderzy SLD do tego nie nawiązują? Ponieważ nadal istnieje zbyt wiele
nici łączących to ugrupowanie z okresem PRL, chociażby za sprawą
„starego” elektoratu, który mógłby się poczuć urażony, gdyby nagle
zaczęto się odwoływać do dalekiej niepodległościowej przeszłości w
sytuacji, gdy przez całe życie wychowywano ich w przekonaniu, że ta
przeszłość była zła i nic nie warta.
Na polskiej scenie politycznej
niewątpliwie jest miejsce dla partii socjaldemokratycznej. Niemniej musi
to być ugrupowanie, które otwarcie odetnie się od PRL-owskiej
przeszłości stwierdzeniem, iż był to szkodliwy okres w dziejach państwa
polskiego.
Dr Przemysław Wójtowicz
Autor jest politologiem, wykładowcą w Wyższej Szkole
Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu.
