Dlaczego musiał zginąć Ksiądz Jerzy, czyli czy Polacy dali się znieczulić?

Dlaczego zginął Ksiądz Jerzy? Czy Jego męczeństwo było nieuchronnością?
Czy jedynym, co mogło Go ocalić od śmierci, byłaby jego ucieczka do Rzymu
lub też zmiana retoryki, zaniechanie kazań, jakie głosił? Zastąpienie ich
takimi, których przyjemnie się słucha, o miłości, uczuciach, nastrojach, o
poszukiwaniach… O tym, że każdy ma swoją prawdę, po co te podziały,
katolik niech się nie zajmuje polityką…

Ale postawmy też inne – choć w gruncie rzeczy takie samo – pytanie: Dlaczego
strzelano do Jana Pawła II? Do Papieża "z dalekiego kraju", z zapadłej
europejskiej prowincji, w dodatku zniewolonej przez czerwoną zarazę?
Zapytajmy też, dlaczego strzały oddawane do prezydenta Lecha Kaczyńskiego w
czasie wizyty w Gruzji wzbudziły w Polsce, w kręgach najwyższych władz,
salwy śmiechu? Dlaczego naigrawano się z wypadku, mówiąc: "Jaki
prezydent, taki zamach"? Dlaczego to uchodziło, kwitowane było w
gabinetach i redakcjach uśmieszkami i wzruszeniem ramion? Dlaczego pogróżki
oraz szydzenie z najważniejszej osoby w państwie przyjmowane były jako
"standard zachowań"? Dlaczego nie odezwali się w kategorycznym tonie
ci, których do zabrania głosu zobowiązywały ich godności, tytuły, jakże
czcigodne? Dlaczego "ubolewali" po cichu, z dala od kamer
telewizyjnych? Kto i kiedy wprowadził te "standardy"? I to już po męczeństwie
Księdza Jerzego Popiełuszki. Po cudownym ocaleniu polskiego Papieża od
niechybnej śmierci zadanej skrytobójczą ręką.
I wreszcie: Dlaczego prezydencki Tu-154M roztrzaskał się w drobny mak, spadając
z ośmiu metrów na ziemi katyńskiej? Dlaczego musiał zginąć prezydent Lech
Kaczyński, jego żona i najwierniejsi przyjaciele? Wbrew pozorom wszystkie te
pytania łączy wspólny mianownik.

Prawda o śmierci Księdza Jerzego

– i o kolejnych śmierciach najlepszych synów naszej Ojczyzny – nie jest,
niestety, prawdą wygodną dla nikogo z nas. Nie tylko dla sowieckiego reżimu,
który robił, co chciał na naszej ziemi, i dla zdrajców Polski, jego sług.
Przecież gdyby Ksiądz Jerzy się tak swoim nauczaniem nie wyróżniał, nie był
tak "jaskrawy" – tak odważny, jednoznaczny i oddany Chrystusowi – nie
zmontowano by przeciw Niemu całej obrzydliwej machiny propagandowej, a potem,
przygotowanej w szczegółach, zbrodniczej pułapki. Nie odważono by się
podnieść na Niego ręki. Sprawcy czuli się bezkarni, bo Ksiądz Jerzy był
jeden. Podobnych Mu było niewielu. A wśród tych niewielu byli także ci, których
zamordowano wkrótce potem, tylko rozgłos był mniejszy. I to się rozniosło,
utrwaliło w świadomości i podświadomości: odważne nauczanie groziło śmiercią.
Milczenie lub mówienie półgębkiem dodaje splendoru.
Cóż mamy powiedzieć Mu dzisiaj? Że choć jesteśmy Narodem wybranym ze względu
na wielką liczbę męczenników za wiarę w Chrystusa i za prawdę o człowieku,
za wolność katolickiej Polski, to błagamy, by Jego śmierć okupiła nasze
tchórzostwo? Że mamy nadzieję, iż Jego ofiara, którą przyjął Bóg,
spowoduje, że nie stoczymy się tak, jak stoczyła się na naszych oczach
katolicka Hiszpania? Kraj, gdzie zamordowano sumienia nie tylko niewierzących
czy agnostyków, ale uśpiono sumienia katolików, gdzie – wobec
przeprowadzanych w parlamencie ustaw przeciwko życiu i wolności – milczy
ogromna liczba duchowieństwa. Że będziemy dbać, by Jego nauczanie i świadectwo
Jego życia były w Polsce żywe?

Czy to jednak wystarczy?

Po zabójstwie Kapelana "Solidarności" wypadki potoczyły się tak,
że można powiedzieć o dzisiejszej Polsce, iż choć nie wygasła w niej
wiara, to działa również skutecznie, powoli i systematycznie sączona w nas
trucizna. Sprawia ona, że w imię wygód i korzyści, nienarażania się
"wszystkim dokoła", uznania, że kompromis za wszelką cenę jest
lepszy od stawiania spraw moralnych na ostrzu noża, stajemy się nieuchronnie
bierni. Bierni i słabi. Ulegają w nas atrofii naturalne odruchy: odruch obrony
prawdy, obrony słabszych i prześladowanych, obrony najniewinniejszych przed
ich zabijaniem, obrony dzieci przed deprawacją. Obrony niepodległości i
suwerenności naszego kraju. I nie ma co ukrywać: nasi wrogowie liczą na tę
bierność, na pragnienie spokoju, na wicie sobie w cichości wygodnych
gniazdek. Oni z największą ochotą będą nas za tę bierność, maskowaną zręcznymi
frazesami, nagradzać, wyróżniać, fetować i stawiać za wzór. To dotyczy
ludzi wszystkich stanów, pokoleń i profesji. Ale w szczególności katolików,
którzy powinni być duchowymi dziećmi księdza Jerzego, Jana Pawła II,
Prymasa Tysiąclecia i wszystkich polskich męczenników. Zwłaszcza tych ubiegłego
stulecia. Takimi metodami – zatruwając sumienia, przekonując, że kompromis
jest lepszy niż walka, że walczący katolicy są, wybaczcie Państwo, śmieszni,
staroświeccy, a w każdym razie bardzo, ale to bardzo "nienowocześni"
– niemal wykończono katolicką Hiszpanię.
A przecież Polska – w rachubach tych, którzy zamordowali Kapelana
"Solidarności", podnieśli rękę na Jana Pawła II oraz robią
wszystko, by zamydlić nam oczy drugim kłamstwem katyńskim – ma być
"drugą Hiszpanią".

Cenzura nowej generacji

A jak to przeprowadzono w Hiszpanii? Tam zmieniono taktykę walki z katolicyzmem
Narodu. Hiszpania wierna Chrystusowi została w sposób niezauważalny, ale
perfekcyjny "znieczulona". "Poczynając od połowy minionego
stulecia spadkobiercy wszystkich laickich sił, które na przestrzeni wieków,
zarówno w Hiszpanii, jak i poza jej granicami, usiłowały umniejszyć wpływ
katolicyzmu na naród hiszpański, zmieniły swój modus fasendi. W niebyt odeszła
strategia konfrontacji, do tej pory niechybnie wywołująca silne reakcje, a w
jej miejsce objawiła się zawoalowana polityka znieczulania Narodu, dokonywana
za pomocą zastrzyku z mieszaniny dobrobytu i kompleksu winy z powodu przeszłości
– po to, by przeprowadzić operację stopniowych, acz głębokich przemian społeczno-kulturowych"
– pisał Juan Miguel Montez. Na czym konkretnie polegała nowość i skuteczność
tej taktyki? Ta "operacja znieczulenia opinii publicznej, swoista
psychochirurgia społeczna" przyniosła tak zaskakujące rezultaty, gdyż
"znieczulenie zaaplikowano wyłącznie katolikom. Socjaliści, ramię w
ramię z tak zwanym 'nowym proletariatem’ – homoseksualistami, feministkami,
rzecznikami laickości, narkomanami, aborcjonistami, nudystami, hippisami,
ekologistami i im podobnymi – bynajmniej nie zostali znieczuleni!". W
rezultacie już w 1983 roku socjaliści hiszpańscy mogli z dumą zakomunikować,
że "prawica już nie ma kręgosłupa" – zauważa Julio Loredo.

By nie był tylko relikwią

W efekcie analogicznej operacji znieczulenia, podjętej w naszym kraju
natychmiast po Okrągłym Stole, można dziś mieć duże kłopoty z publicznym
przyznawaniem się do tego, że np. słucha się Radia Maryja. I że uważa się
ojca Tadeusza Rydzyka za patriotę i wizjonera. W rezultacie można – będąc
katolikiem – słuchać tego medium tylko po cichu i jego dokonaniami na niwie
społecznej interesować się tylko "prywatnie", jako kibic – owszem,
życzliwy – ale bynajmniej nie uczestnik, nie świadek, nie apostoł. Tym
schorzeniem dotknięci są zwłaszcza ludzie opiniotwórczy, z pewną pozycją
społeczną. Za nic nie przyznają się, że gardzą TVN. A przecież chodzą do
kościoła. W związku z przyjętym dobrowolnie znieczuleniem można nawet uważać,
że "wszystkie opcje" polityczne i ideologiczne w naszym kraju –
wszystkie prócz PiS – mają takie same prawa, by decydować o naszym losie i całkiem
serio iść na ryby, zamiast "mieszać się do polityki" czy brać
udział w wyborach. W imię przyjęcia znieczulenia jako dobroczynnego środka
ochrony przed niepotrzebnym stresem można się nawet milcząco zgodzić na to,
by własne dzieci uczyły się w szkole propagandowych kłamstw i stopniowo, jak
gąbka, nasiąkały liberalizmem i relatywizmem, a jako sztukę "dobrego życia"
praktykowały kompromis we wszystkich dziedzinach i sytuacjach.
Ksiądz Jerzy zginął, kiedy jego przyjaciele, członkowie jego duszpasterstwa
mieli oczy otwarte. Rozumieli doskonale, gdzie jest prawda i ile jest warta. Dziś
jesteśmy dumni, że możemy Go czcić jako Beatus, czyli Szczęśliwego w
Niebie. Ale czy nasze oczy nie są przymglone? Czy bardziej niż prawda nie
interesuje nas indywidualny sukces, zwłaszcza materialny? Czy miarą powodzenia
Polski nie jest dla nas jej "modernizacja", a nie duchowa i fizyczna
wolność, czyli pełna podmiotowość wszystkich członków Narodu? Prawdziwa
wolność, czyli suwerenność i niepodległość, która pozwoli rozwinąć bez
ograniczeń nasze możliwości i talenty oraz wykorzystać wszystkie bogactwa
naturalne dane naszemu krajowi przez Boga – dla dobra wszystkich? I dla świadectwa
– o tym, jak kwitnący może być kraj katolicki.
Czy zatem Ksiądz Jerzy nie pozostanie dla nas tylko czcigodną relikwią, daleką
o lata świetlne od naszego losu tu i teraz, i odległą od naszych konkretnych
życiowych wyborów? Czy obronimy Księdza Jerzego? Czy obronimy Go dziś
naprawdę, nie tylko w naszej pamięci, ale i we wszystkich naszych wyborach –
także tych najbliższych, prezydenckich – czy też pozostanie w naszych sercach
niczym zasuszony kwiat w rzadko otwieranej książce, budzący czułość i piękne
wspomnienia, ale rozsypujący się przy dotknięciu?
Czy obronimy przed Jego oprawcami i ich duchowymi spadkobiercami kolejne
pokolenia Polaków?
A ta obrona będzie oznaczała zawsze i wszędzie stanie po stronie prześladowanych
i zagrożonych, niesłusznie oskarżanych i skrytobójczo mordowanych. A także
po stronie tych, których zniesławia się nawet po śmierci, bedącej ofiarą
poniesioną dla Polski.
Będzie oznaczała również wierność Jego testamentowi, wierność wyzwaniu,
by "zwalczać zło, a nie jego ofiary", oraz wierność ostatnim słowom
wypowiedzianym przez Księdza Jerzego publicznie, podczas modlitwy wiernych w
Bydgoszczy, 19 października 1984 roku. Brzmiały one: "Abyśmy byli wolni
od nienawiści i żądzy odwetu".

Ewa Polak-Pałkiewicz

drukuj