Demokracja kontrolowana
Zamykanie ludziom ust tylko dlatego, że krytykują rządzących, to dowód na
to, że politycy Platformy Obywatelskiej boją się aktywności społecznej. Bo co
się stanie, kiedy ta aktywność przyniesie alternatywę wobec aktualnej sceny
politycznej? Lepiej nie ryzykować. I zamiast pluralizmu politycznego zafundować
obywatelom… cenzurę prewencyjną. Rzecz jasna, w imię obrony wolności i
demokracji (kontrolowanej).
Ministerstwo Spraw Zagranicznych donosi na o. Tadeusza Rydzyka do Stolicy
Apostolskiej. W imię odpowiedzialności za słowo. Krytyka rządzących ma przecież
swoje granice. I nikomu nie wolno ich przekraczać. Na takim stanowisku stoi szef
polskiego MSZ i stąd reakcja na słowa dyrektora Radia Maryja. Mobilizacja opinii
międzynarodowej w tej sprawie to oczywiście przejaw dojrzałości politycznej
polityków PO.
A przecież formułowanie nawet bardzo ostrych ocen i postulatów pod adresem
systemu panującego w danym państwie to rzecz normalna w demokracji. Ba! Co
więcej, rządzący w imieniu tego systemu mają obowiązek udzielić na te oceny i
postulaty odpowiedzi. Ale nie śląc noty dyplomatyczne do innych państw. Tylko
prowadząc dyskurs z obywatelami. A nade wszystko umożliwiając im wyrażanie
poglądów. Nawet najbardziej krytycznych. Bo przecież czym innym jest atakowanie
zjawiska, a czym innym znieważanie lub nawoływanie do stosowania przemocy wobec
przeciwników politycznych. Przecież w wypowiedziach, które stały się asumptem do
działań resortu spraw zagranicznych, nie ma mowy o eksterminacji grup ludności
np. poprzez dorzynanie watahy. Jest tylko ocena stanu demokracji w Polsce. A
raczej jej braku. Z którą można się zgadzać lub nie. Nic więcej.
Swoją drogą ciekawe, gdzie MSZ wysłało notę dyplomatyczną, kiedy na Florydzie w
USA posądzany przez opozycję o kontakty ze światem przestępczym Mirosław
Drzewiecki z tupetem stwierdził, że "Polska to dziki kraj". Do Waszyngtonu?
Rodem z PRL
Władza nie może ograniczać pluralizmu politycznego. To nie tylko kwestia
przyzwoitości polityków. To zasada, od której wyjątki muszą być ściśle
reglamentowane. Inaczej zamiast demokracji pojawi się ręczne sterowanie, czyli
demokracja kontrolowana. A to już przerabialiśmy. I nie wyszło nam na dobre.
Pluralizm polityczny jest jednym z warunków dobrego funkcjonowania demokracji.
Bez tej podstawy trudno mówić o budowaniu społeczeństwa obywatelskiego. I o
aktywności obywatelskiej, a co za tym idzie – o partycypacji obywateli w
mechanizmach sprawowania władzy. Zapominać o tym, a już świadomie ograniczać
pluralizm w życiu publicznym, to rezygnować z demokracji. Tymczasem rząd
Platformy Obywatelskiej podejmuje często działania zmierzające właśnie do
niszczenia polskiej demokracji i procesu budowy społeczeństwa obywatelskiego.
Ekipa Donalda Tuska likwiduje pluralizm w imię partykularnych interesów
partyjnych i interesów tych, bez poparcia których trzymać steru rządów nie może.
A w konsekwencji swych działań przekształca demokrację w partyjną oligarchię. I
to za pomocą metod… rodem z PRL!
Agencją Bezpieczeństwa Wewnętrznego w internautów
Zamknięcie strony internetowej AntyKomor.pl przy pomocy funkcjonariuszy ABW to
kolejny przykład działań, o których mówimy. Jakim prawem? Prawem instrukcji!
Czyli na podstawie polecenia przełożonego, zatwierdzonego przez prokuratora.
To nic, że trudno jest znaleźć podstawę prawną takich działań w ustawie o ABW.
Przecież przestępstwa, którego można by się próbować doszukiwać w zachowaniach
autora AntyKomora, nie ma w katalogu przestępstw ściganych przez ABW. Agencja
zajmuje się rozpoznawaniem i wykrywaniem przestępstw godzących w bezpieczeństwo
państwa, a nie wszystkich czynów opisanych w rozdziale XVII kodeksu karnego.
Gdyby chodziło o przygotowania do zamachu stanu lub szpiegostwo, to sprawa
byłaby jasna. Ale tu w grę wchodzi ewentualnie art. 135 kk, czyli publiczne
znieważanie prezydenta. A w sprawie o takie przestępstwo funkcjonariusze ABW
mogliby wykonywać czynności dochodzeniowo-śledcze, jeśli "obraza prezydenta"
łączyłaby się z zagrożeniem dla bezpieczeństwa państwa. Tymczasem tak nie było.
Przynajmniej nic takiego nie wynika z oficjalnego oświadczenia ABW. Jak ten
prosty fakt mogła przeoczyć prokuratura, która wydała postanowienie o
przeszukaniu. I zleciła jego wykonanie funkcjonariuszom ABW. Przecież powinna
ocenić wcześniej właściwość ABW w całej sprawie. Agencja też powinna na to
zwrócić uwagę, ponieważ jest obowiązana przestrzegać z urzędu swojej
właściwości. Ale jak widać, można i bez podstawy prawnej. Jak trzeba, to trzeba.
Zresztą komu działania służb specjalnych bez podstawy prawnej dzisiaj
przeszkadzają? Ani prokuraturze, ani premierowi, ani sejmowej większości
rządowej.
A przecież największy zarzut PO kierowany pod adresem rządu Jarosława
Kaczyńskiego był taki, że jest to rząd budujący państwo policyjne. Że w imię
walki z układem i korupcją oraz przestępczością sięga po środki
antydemokratyczne, które godzą w wolność jednostki. A żaden cel, nawet
najszlachetniejszy, nie może uświęcać takich metod. Minęło kilka lat i rząd,
którym kieruje Donald Tusk, stosuje metody charakterystyczne dla… państwa
policyjnego. Bo jak inaczej nazwać nasyłanie na ludzi myślących inaczej niż
zwolennicy PO funkcjonariuszy ABW? To pytanie z grupy pytań retorycznych.
Ale prężenie muskułów przy pomocy funkcjonariuszy ABW to nie jedyne metody
policyjne, którymi posługuje się premier Tusk.
Zakazami stadionowymi w kibiców
Tak samo jest z zakazami stadionowymi, którymi posługują się wojewodowie rządu
PO. A czynią to na podstawie przesłanek faktycznych, co najmniej wątpliwych. Ale
po kolei.
Wojewoda mazowiecki Jacek Kozłowski 5 maja br. mówił tak: "To decyzja w imieniu
tych wszystkich, którzy chcą, aby mecze były sportowym świętem, a nie popisem
grup chuligańskich. Pierwszy raz otrzymałem negatywną ocenę policji, pierwszy
raz wydałem taki zakaz".
Dalej w komunikacie urzędu wojewódzkiego, gdzie cytowana jest wypowiedź
Kozłowskiego, można przeczytać: "Decyzję o wyłączeniu publiczności na meczu
wojewoda mazowiecki podjął na podstawie ustawy o bezpieczeństwie imprez masowych
z 20 marca 2009 roku".
Wobec powyższego jasne jest, że wydanie zakazu stadionowego odbywało się w
reżimie ustawy o bezpieczeństwie imprez masowych. To z kolei oznacza, że ocena
policji, na którą powołuje się Kozłowski, to w istocie opinia. Policja wydaje ją
na podstawie lustracji stadionu oraz na podstawie przedłożonych przez
organizatora meczu dokumentów i informacji. Wiadomo, że opinia policji była
pozytywna. Do zmiany jej stanowiska w sprawie bezpieczeństwa na stadionie Legii
doszło 5 maja br. W tej sytuacji pojawia się zasadnicze pytanie: czy przed tą
datą policjanci dokonali lustracji stadionu Legii? A może organizator meczu
przedstawił nowe dane, które uzasadniały zmianę stanowiska policji? Tak czy owak
wojewoda mazowiecki mógł podjąć decyzję o zakazie stadionowym tylko "w przypadku
negatywnej oceny stanu bezpieczeństwa i porządku publicznego w związku z
planowanym meczem". Takiej oceny mógł zaś dokonać albo na podstawie własnej
analizy, albo na podstawie oceny stołecznej policji. Jak wynika z wypowiedzi
Kozłowskiego, była to ocena policji. A ta powinna być pochodną opinii wydawanej
przez policję na podstawie ustawy o bezpieczeństwie imprez masowych, jeśli
poważnie traktować cytowany powyżej komunikat urzędu wojewódzkiego. W innym
wypadku ocena policji i decyzja wojewody mazowieckiego wzięły się dosłownie z
sufitu. I to ten "sufit" na nich spadł tuż po tym, jak dzień wcześniej, w
czwartek, Donald Tusk zapowiedział, że "(…) można spodziewać się decyzji
wojewodów – mazowieckiego i wielkopolskiego – w sprawie ewentualnego zamknięcia
dla publiczności stadionów Legii Warszawa i Lecha Poznań".
Po czym dodał: "(…) Wszędzie tam, gdzie policja będzie wnosiła o zamykanie
stadionów i odbywanie meczy bez udziału publiczności ze względu na
bezpieczeństwo, ład i porządek, tam wojewodowie będą taką decyzję podejmować".
W państwie policyjnym PiS z chuligaństwem na stadionach walczono za pomocą tego,
co autorytety z dziedziny kryminologii (i to te, które z całą pewnością z PiS
nic wspólnego nigdy nie miały) nazywają nieuchronnością kary. Czyli tzw. trybem
przyspieszonym i sądami "stadionowymi", które szybko obrońcy praw człowieka spod
znaku PO okrzyknęli sądami kapturowymi. A chodziło tylko o odpowiednią reakcję w
ramach tego, co nazywa się polityką karną. Dzisiaj, kiedy rząd Tuska sięga po
zakazy administracyjne, obrońcy praw człowieka milczą. Sąd "stadionowy",
korzystający z przymiotu niezawisłości, był dla nich synonimem państwa
policyjnego. Zakazy administracyjne, do których stosowania w walce ze
stadionowym chuligaństwem nawołuje premier Tusk, są w porządku. Demokracja nie
jest zagrożona. I jak tu nie wierzyć w przysłowia ludowe. A przynajmniej to,
które słyszymy od dziecka: "Co wolno wojewodzie, to nie tobie… (moherowy)
smrodzie".
Psychiatrami w Kaczyńskiego
Decyzja o badaniach psychiatrycznych, które zarządził wobec Jarosława
Kaczyńskiego warszawski sąd (a więc też władza, tylko sądownicza), budzi szereg
wątpliwości. I poza wątpliwościami o charakterze politycznym są to nade wszystko
wątpliwości natury prawnej.
Decyzja warszawskiego sądu oznacza bowiem, że w procesie, jaki wytoczył
Jarosławowi Kaczyńskiemu Wiesław Kaczmarek, istnieją pewne istotne okoliczności
wymagające wyjaśnienia. I są to okoliczności, które mają znaczenie dla
rozstrzygnięcia sprawy. To po pierwsze. A po drugie – które mogą być rozwiane
tylko w drodze takich właśnie badań. Przecież po to w procesie karnym powołuje
się biegłych, także biegłych psychiatrów. Poza wszystkim badania psychiatryczne
w takim procesie wchodzą w grę, gdy istnieją wątpliwości co do poczytalności
oskarżonego. Wątpliwości muszą być przy tym "uzasadnione", czyli mieć oparcie "w
konkretnych okolicznościach ustalonych w sprawie" (uchwała SN z 16.06.1977 r.,
VII KZP 11/77). I tutaj pojawia się zasadnicza wątpliwość dotycząca podstaw
prawnych i faktycznych decyzji warszawskiego sądu. A nie poczytalności prezesa
PiS.
Jak wynika bowiem z publicznych wypowiedzi samego Janusza Kaczmarka, proces tak
naprawdę się jeszcze nie zaczął. Akt oskarżenia trafił do sądu i dalej w sprawie
nic się nie działo. Przynajmniej jeśli idzie o ustalanie faktów i
przeprowadzanie dowodów. Do tej pory sąd tym się nie zajmował. A zatem jego
decyzja nie może mieć oparcia w okolicznościach ustalonych w sprawie. Więcej
nawet. Ta decyzja jest podjęta w oderwaniu od przedmiotu procesu. Bo jak inaczej
skomentować to, że powodem jej podjęcia są wypowiedzi medialne Jarosława
Kaczyńskiego, korespondencja sądu z prezesem PiS oraz dokumentacja medyczna.
Czyli okoliczności w ogóle ze sprawą niemające nic wspólnego.
A warto przypomnieć, że sprawa dotyczy publicznego nazwania Janusza Kaczmarka
przez Jarosława Kaczyńskiego agentem śpiochem. Określenie cztery lata temu w ten
sposób swojej osoby Janusz Kaczmarek uznał za pomówienie, a przy okazji za
złamanie art. 212 kk. I korzystając z tego przepisu, który powszechnie uważany
jest za relikt minionych czasów, oskarżył Jarosława Kaczyńskiego. Jak przystało
przy tym na człowieka szlachetnego, Kaczmarek domaga się tylko przeprosin. Nie
chce widzieć prezesa PiS za kratkami. Ale tutaj pojawia się pewien problem. Aby
bowiem doczekać się w końcu tych przeprosin, Janusz Kaczmarek musi swoich racji
dowieść przed sądem. Musi przedstawić dowody na poparcie swojej tezy, że
nazwanie go agentem śpiochem było na tyle uwłaczające, iż poniżyło go w oczach
opinii publicznej i naraziło na utratę zaufania. A to jednak może okazać się
trudne. W szczególności po tym, jak cała Polska widziała, jak Kaczmarek znikał
za drzwiami jednego z apartamentów hotelu Marriott w lipcu 2007 roku. I nie ma
znaczenia, czy wychodząc z tego apartamentu, miał krawat, czy go nie miał.
Dr Martin Bożek
Autor jest prawnikiem, wykładowcą na wyższych uczelniach. W latach 2005-2009
był dyrektorem jednego z zarządów Centralnego Biura Antykorupcyjnego.
