Czujemy się odstawieni na boczne tory

Z por. Henrykiem Kryniewskim, powstańcem warszawskim ps. „Mały Henio”, rozmawia Anna Ambroziak

Dlaczego rocznica Cudu nad Wisłą jest dla Pana tak ważna?
– Moi przybrani rodzice, którzy wychowywali mnie od 10. roku życia, walczyli na przedmurzach Warszawy w 1920 roku. Tradycje Bitwy Warszawskiej przetrwały więc w moim domu.

A jak ocenia Pan tegoroczne warszawskie uroczystości Wojska Polskiego?
– Wszyscy mamy świadomość tego, że nas, kombatantów, ubywa z roku na rok coraz więcej. Na uroczystości warszawskie dołączyłem wraz z pocztem sztandarowym Związku Inwalidów Wojennych, w którym chodzę już od 30 lat. Niestety, na moment odłączyłem się od pocztu, i to było powodem tego, że – co z przykrością zaznaczam – nie wpuszczono mnie za barierkę, za którą stali inni kombatanci i reprezentanci władzy państwowej. Oficjalnym powodem było to, iż nie miałem przy sobie zaproszenia. Ale przecież wszyscy widzieli, że jestem w mundurze. Dlatego odbieram to jako policzek i brak szacunku dla munduru. Niestety, my wszyscy, którzy braliśmy udział w walkach o niepodległość, w Powstaniu Warszawskim, jesteśmy już starzy i schorowani, i nie zawsze możemy na takie uroczystości przyjechać. Tym bardziej powinno się cenić to, że jednak jesteśmy na nich obecni. To często jedyna dla nas okazja, byśmy my – odchodzący na wieczną wartę – mogli się ze sobą spotkać i porozmawiać. Dlatego czujemy się odstawieni na boczne tory.

Jest Pan zadowolony z samej organizacji obchodów?
– Na pewno uderzyło mnie to, że podczas wciągania flagi państwowej na maszt przy Grobie Nieznanego Żołnierza orkiestra wojskowa grała wprawdzie hymn państwowy, ale nikt go nie śpiewał. Czy było to celowe przeoczenie, czy może zaniedbanie? Nie wiem, osobiście jednak jestem tym zbulwersowany. Poza tym były problemy z dojazdem, m.in. właśnie na plac Piłsudskiego, część autobusów w ogóle nie kursowała. Wielu ludzi nie dojechało.

Podczas uroczystości na placu Piłsudskiego padły słowa o konieczności podtrzymywania zdobytej już wolności. Czy Pana zdaniem, przykładem tego jest kontynuacja misji w Afganistanie?
– Ważna rzeczą jest pomóc, ale w granicach rozsądku i możliwości. Skoro jednak w naszej armii są takie braki i zaniedbania, myślę, że w takiej sytuacji wysyłanie młodych i zdolnych ludzi na tzw. misje pokojowe jest niepotrzebne. W 1939 roku mieliśmy przecież sojuszników, Francuzów i Anglików, czy pomogli oni nam wówczas, gdy zdradziecko zostaliśmy napadnięci przez Niemców i Sowietów? Polacy ciężko walczyli w partyzantce, w Powstaniu Warszawskim, czy ktoś nam wtedy pomógł? Czy ta danina krwi, którą złożyliśmy, tak naprawdę Zachód zainteresowała?

Dziękuję za rozmowę.

drukuj