Czerwona orkiestra gra cały czas… – a gdzie jest dyrygent?

Wypowiedź prezesa Prawa i Sprawiedliwości Jarosława
Kaczyńskiego: "Mamy
do czynienia z szybko budowanym sojuszem sił lewicowych. Znów siły wywodzące
się z Komunistycznej Partii Polski, bo takie reprezentuje pani Łuczywo, są
na pierwszej linii. To one znów dyrygują – tym razem PO", wywołała oburzenie
głównych zainteresowanych, czyli tychże sił. Tym bardziej że imiennie wskazana
została Helena Łuczywo z "Gazety Wyborczej". Wcześniej jednoznacznie
opowiedziała się ona po stronie Donalda Tuska i uznała, że w agresywnym i skrajnie
emocjonalnym przemówieniu sejmowym pod adresem PiS przywódca Platformy "powiedział
to, co powinien powiedzieć".
Teraz jesteśmy i będziemy świadkami wyrażania "jedynie słusznego" oburzenia
przez różne środowiska opiniotwórcze, sprowadzające rzecz do absurdu oraz wyliczające
szczególne zasługi pani Łuczywo w budowaniu demokracji i odzyskiwaniu niepodległości
przez Polskę. Ale to jest kwestia jak każda inna – podlegająca ocenie; w tej
sprawie świętych krów być nie może. Dramatem jest tylko to, że Komunistyczna
Partia Polski to dla większości Polaków zamierzchła historia. Rola, jaką odgrywała
ona w II Rzeczypospolitej, była oficjalnie marginalna (partia komunistyczna
została bowiem zdelegalizowana i działała w głębokiej konspiracji), a po 1938
roku, gdy
Józef Stalin polecił ją rozwiązać i wybić wielu czołowych funkcjonariuszy,
postrzegana była nie jako sowiecka, stalinowska agentura, lecz zbiorowa ofiara
represji.
A to wśród osób w ogóle niezorientowanych w istocie sprawy budzi zawsze pewną
sympatię. Natomiast wiedzy o faktycznej roli i agenturalnych wpływach KPP nie
upowszechnia się do dziś.

Trwa walka o naszą świadomość
Ta rzecz zastanawia sama w sobie – jak to jest, że od kilkunastu lat nie istnieje
cenzura, nie ma komunistycznej "polityki naukowej", nakazującej
lub zakazującej badać pewne tematy, wydarzenia, zjawiska, dostęp do materiałów
archiwalnych jest większy niż kiedykolwiek, a mimo to do dziś nie ma rzetelnej
monografii Komunistycznej Partii Polski, nie publikuje się pełnych danych
biograficznych jej przywódców i ważniejszych działaczy? Czy wszystko już
na ten temat powiedziano? Przecież ostatnim chyba "badaczem", który
zajmował się historią KPP, jest Zbigniew Siemiątkowski, jeden z najbliższych
współpracowników Leszka Millera. Pod koniec lat 80. ubiegłego wieku napisał
on pracę doktorską na temat tej partii, niestety, koniunkturalnie z "jedynie
słusznych" pozycji, więc dziś już nie spełnia ona wymogów naukowych.
Brak wiedzy to ignorancja, która pozwala nielicznym "znawcom" manipulować
źródłami, życiorysami i tak reinterpretować wydarzenia historyczne, że wszystko
staje się relatywne, rozmazane, rozwodnione, mętne. A wiadomo – w mętnej wodzie
łowić jest najlepiej.
W Polsce od kilkunastu lat toczy się niezbyt widoczna, ale zawzięta walka o
rząd dusz, o świadomość narodową, o to, aby w miejsce istniejącego paradygmatu
zainstalować nowy, rzekomo lepszy, bo "europejski". Dziś to słowo
wytrych ma wszystko tłumaczyć, choć do niczego nie prowadzi. Dlatego obok rzetelnych
publikacji, odkrywających na nowo sylwetki prawdziwych bohaterów, pokazujących
zapomniane organizacje, zniszczone fizycznie i splugawione w publikacjach rodem
z głębokiego PRL-u, mamy równolegle czynione próby "rehabilitacji" zdrady
i zaprzaństwa, przedstawiania takich postaw jako moralnie równorzędnych, dopominające
się o dopisywanie do narodowego panteonu komunistów oraz pokazywanie ich znowu
od tej strony, jak to czyniono w "minionej (?) epoce" – jako zasłużonych
realizatorów reformy rolnej, szerzenia oświaty i kultury (!) oraz walki z analfabetyzmem.
Wierzyć się nie chce, ale takie postulaty są stawiane w środowiskach opiniotwórczych,
chcących wymusić na nas częściowy choćby nawrót do tego, co już było i zostało
doszczętnie skompromitowane w praktyce.

"Ofiary" w służbie złu
Oto prof. Jerzy W. Borejsza w artykule pt. "Polscy historycy – uczeni,
sędziowie i inni" (opublikowanym w "Przeglądzie Politycznym" nr
66/2004) dopomina się o rzecz następującą: "Dlaczego do pamięci narodowej
nie dopisać dziejów martyrologii tych komunistów polskich, którzy byli przeciwnikami
Stalina i stalinizmu, dlaczego z pamięci narodowej wyłączyć niektóre zjawiska
pozytywne: awansu społecznego, walki z analfabetyzmem, upowszechnienia kultury,
które, czy chce się tego czy nie, są związane z Polską Ludową".
Pamięć narodowa kojarzy się na ogół z czymś pozytywnym. W konotacji z martyrologią
nie może ulegać wątpliwości, że chodzi o sylwetki bohaterskie. Spójrzmy zatem
chłodno, czego w istocie chce prof. Borejsza. Władysław Gomułka był niewątpliwie
jakimś "przeciwnikiem Stalina i stalinizmu" i od 1948 roku znalazł
się w jawnej niełasce. Co więcej, na kilka lat znalazł się nawet w miejscu
odosobnienia (czego nie należy mylić z jakimiś szczególnymi szykanami i represjami).
Gomułka jest jednak odpowiedzialny za oddanie Polski w pacht Stalinowi. Jest
winny śmierci tysięcy obywateli polskich – przecież zbrodnie stalinowskie w
latach 1944-1948 wcale nie były mniejsze i mniej okrutne niż te z epoki jego
następcy, czyli Bolesława Bieruta. Ale i Bierut był w pewnym sensie ofiarą:
w 1956 roku pojechał do Moskwy na XX Zjazd Komunistycznej Partii Związku Sowieckiego
i – jak wówczas mawiano – "zjadł ciastko z Kremlem", czego oczywiście
nie przeżył (podobnie jak kilku innych przywódców komunistycznych). Toż to
ofiara, jak się patrzy! "Włączyć ich do narodowej pamięci" – tej
pozytywnej, ma się rozumieć – zdaje się żądać prof. Borejsza…

Co wolno udostępniać?
Skąd bierze się ten pęd postpeerelowskich uczonych, wywodzących się z komunistycznych,
KPP-owskich rodzin, do szczególnego uhonorowania naszych prześladowców, niszczycieli
polskiej niezależności i państwowości, odpowiedzialnych za męczeńską śmierć
dziesiątków tysięcy ludzi, zabitych w śledztwach, straconych w wyniku zbrodniczych
wyroków, zamordowanych w pacyfikacjach i skrytobójczych egzekucjach? Czy
ich rodzinne powiązania nie mają tu nic do rzeczy? Profesor Borejsza jest
synem Beniamina Goldberga, wieloletniego funkcjonariusza KPP (działał m.in.
w Centralnej Redakcji KPP i Centralnym Wydziale Zawodowym KC KPP). Po wojnie
Beniamin Goldberg (już jako Borejsza) należał – obok Bolesława Bieruta, Jakuba
Bermana i Hilarego Minca – do ścisłego kręgu kierowniczego PPR – PZPR. Jego
brat Józef Goldberg (bardziej znany jako Różański) był jednym z najwyższych
i najbardziej wpływowych funkcjonariuszy MBP.
A skoro tak, to gdzie jest uczciwość badawcza uczonych, wywodzących się z takiej
tradycji – wszak oni najwięcej wiedzą o zakulisowych sprawach epoki 1944-1989
(a także wcześniejszych, dotyczących KPP), choćby z rodzinnych rozmów i opowieści.
Gdyby to właśnie z ich środowiska wyszły drukiem po 1989 roku uczciwe monografie
i biografie, to moglibyśmy dziś powiedzieć, że są oni wiarygodni. Ale jest
całkiem inaczej. Oto przykład. Profesor Borejsza odwołuje się do sprawy ujawnienia
prawdziwej roli jednego z najbardziej znanych (i szanowanych) krytyków literackich
w Niemczech, Marcelego Reicha-Ranickiego, i stawia "dramatyczne" pytanie: "Czy
wolno udostępniać akta osobowe żyjących ludzi, którzy nie są ścigani przez
żaden wymiar sprawiedliwości, osobom trzecim? […] Dla mnie przykładem przekroczenia
zwyczajowych norm archiwalnych było udostępnienie przez Instytut Pamięci Narodowej
w Warszawie akt personalnych pochodzącego z Polski papieża niemieckiej krytyki
literackiej Marcelego Reicha-Ranickiego […]". W latach 1945-1950 był
on wprawdzie funkcjonariuszem Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, m.in.
na stanowisku naczelnika, ale Jerzy W. Borejsza usiłuje to bagatelizować, sprowadzając
rzecz "tylko" do nic nieznaczącej współpracy: "Od razu po wojnie
przez parę lat współpracował z polskimi służbami specjalnymi (m.in. w Londynie)".
Jednak praca to nie współpraca, a "polskie" to te służby były tylko
z nazwy. Ich celem było bowiem utrzymywanie w ryzach Polaków buntujących się
przeciwko sowiecko-komunistycznej okupacji. Emigracja, głównie w Londynie,
mogła zaś być głównym ośrodkiem przywódczym takiego oporu, Reich-Ranicki nie
zajmował się więc tam knowaniami przeciwko polskiej niepodległości…
I co to w ogóle znaczy, że "nie wolno" udostępniać danych osobowych
osób, które nie są ścigane "przez żaden wymiar sprawiedliwości" –
czy nasze encyklopedie i słowniki biograficzne mają zawierać tylko informacje
o "Rzeźnikach", "Masach", "Dziadach" i "Słowikach"?

Kto prześladował, kto był prześladowany?
Polem walki staje się Instytut Pamięci Narodowej – po pierwsze, dlatego że
w jego gestii znajdują się najbardziej tajne w PRL-u akta i ma on ustawowy
obowiązek ujawniać je w granicach określonych prawem. Po drugie, nie znajduje
się on w rękach ludzi, którzy zrobią wszystko, aby to, co było do niedawna
tajne, tajne pozostawało – najlepiej na zawsze, a udostępnianie powinno być
określone tak wieloma zastrzeżeniami, że można to sparafrazować absurdem: "Przed
przeczytaniem zniszczyć". Chyba że znowu jakaś "Komisja Michnika" chciałaby
tam sobie w zaciszu popracować. To co innego, prawda?
Stąd ostrze ataków wymierzone jest w tę instytucję, która i tak rodziła się
w straszliwych bólach, a jej funkcjonowanie znajduje się stale w centrum jednostronnej
krytyki. Ot, jak choćby niedawne ujawnienie przez dr. Piotra Gontarczyka raportu
byłego czołowego eksperta "Gazety Wyborczej" od totalnej krytyki
lustracji, czyli Lesława Maleszki (TW "Ketman", "Return", "Tomek", "Zbyszek" i
jak mu tam jeszcze było). Spotkało się to z natychmiastową ripostą na łamach
tejże "Gazety Wyborczej" (4 marca br.), a odpór dał prof. Karol Modzelewski: "Trzeba
stwierdzić, że IPN pod nowym kierownictwem nie daje gwarancji rzetelności naukowej".
Czyli co, należy zmienić kierownictwo (na "nasze"?) i już będzie
rzetelnie?
Profesor Modzelewski już wcześniej ("Gazeta Wyborcza" 13-15 sierpnia
2005 r.) został zapytany przez dziennikarza o jego własne środowisko: "Środowisko
historyków bulwersują informacje o współpracy ich wybitnych kolegów po fachu
z peerelowskimi tajnymi służbami. To także przecieki autorstwa badaczy z IPN?".
Tu znany historyk uznał, że jakiekolwiek próby ujawniania komunistycznej agentury
we własnych szeregach są hańbiące i niepotrzebne: "Nie mam pobłażania
dla tej próby wywołania odruchu tropicielstwa w środowisku historyków uniwersyteckich.
Jest to próba wniesienia do środowiska uniwersyteckiego najbardziej skrajnej
i brudnej postaci walki politycznej. W dodatku prowadzonej zza węgła, z opuszczoną
przyłbicą, za pomocą plotki lub dziennikarzy". Czyli co: płatni donosiciele
na swych kolegów uczonych mają nadal chodzić z podniesioną przyłbicą, a jeśli
ktoś to ujawni, zasługują na szczególny szacunek i opiekę jako… osoby prześladowane?

IPN to nie KC PZPR, panie profesorze
Co więcej, prof. Karol Modzelewski udaje, że nie widzi różnicy między tym,
co było w Polsce do 1989 roku, a tym, co mamy obecnie. Pisze bowiem: "Nie
chciałbym porównywać Instytutu Pamięci Narodowej z Wydziałem (później Zakładem)
Historii Partii przy KC PZPR, a jednak łączy je polityzacja, ideologizacja
i status szczególnych uprawnień". Albo udaje, że nie wie, czym różniła
się obrzydliwa instytucja komunistycznego, niesuwerennego państwa od IPN,
albo też wie bardzo dobrze, ale wychodzi z założenia, iż papier jest cierpliwy,
przyjmie więc wszystko…
Profesor Karol Modzelewski jest – jak informuje "Słownik biograficzny.
Opozycja w PRL 1956-89" (t. 1) – naturalizowanym synem Zygmunta Modzelewskiego,
członka SDKPiL, KPP, Francuskiej Partii Komunistycznej (także członkiem KC
FPK), i członkiem KC PPR-PZPR.
Jego prawdziwy ojciec, przedwojenny komunista żydowski, został aresztowany
w Moskwie w 1937 roku. Nie wiemy, czy faktycznie był "antystalinistą",
czy też został do takiej kategorii zaliczony arbitralnie. Zgodnie z pomysłem
przywołanego powyżej Jerzego W. Borejszy powinien jednak zostać dopisany "do
pamięci narodowej". Tylko po co? Czy nie mamy lepszych kandydatów?
Zygmunt Modzelewski był zaś wiceministrem i ministrem spraw zagranicznych Polski
Ludowej i członkiem Rady Państwa. Z racji pełnienia tak wysokich funkcji należał
do wąskiego kręgu "właścicieli Polski Ludowej". Karolowi Modzelewskiemu
może trudno zrozumieć, że dążenia do rozliczenia tamtego okresu w Polsce są
czymś zupełnie naturalnym. A że to będzie boleć? Można na to odpowiedzieć także
pytaniem: czy nie bolała nas władza tych, którzy rządzili Polską z sowieckiego
nadania?

Denazyfikacja była, dekomunizacji nie ma…
Odwróćmy na chwilę tę sytuację i wyobraźmy sobie, że 22 czerwca 1941 roku to
Stalin zaatakował Hitlera, a nie odwrotnie. Hitler nazywa to "atakiem
zdradzieckim" i w obronie Europy przez komunistycznym zalewem staje
się sojusznikiem tejże Europy. Idźmy dalej – staje się też "sojusznikiem
naszych sojuszników", choć nie chce w ogóle rozmawiać o naszych powojennych
granicach, ale zwalnia część Polaków osadzonych w więzieniach i obozach.
Sowieci zostają rozgromieni, Hitlerowi świat puszcza w niepamięć wcześniejsze
(z lat 1939-1941) i późniejsze (popełnione po roku 1944) zbrodnie. Polska
dostaje się w jego strefę wpływów, montuje więc w niej własną ekipę i przy
pomocy kolaborantów on i jego następcy utrzymują taki podział Europy do 1989
roku. Naziści, z mocno już osłabioną ideologią, rozumieją, że dalej tak rządzić
się nie da, robią więc "okrągły stół", pod którym ordynarnie okantowane
zostaje społeczeństwo. Dotychczasowi władcy zachowują przywileje, "prywatyzują" majątek
narodowy, za nic nie dają się zdenazyfikować, a ich dzieci dzielnie i skutecznie
walczą o "pamięć narodową" i zachowanie jak największych wpływów…
Tego nie możemy sobie nawet wyobrazić, ale sytuacja odwrotna ma miejsce naprawdę
i jesteśmy wobec niej praktycznie bezradni!
Warto przypomnieć, że w Europie Zachodniej (do której tradycji tak chętnie
nawiązują zagorzali obrońcy epoki komunistycznej w Polsce) denazyfikację przeprowadzano
natychmiast i była ona bardzo dotkliwa dla kolaborantów. Jako przykład niech
nam posłuży Norwegia, która została podbita przez Niemców w roku 1940 i rodzimi
kolaboranci (otoczeni jednak bardzo silną "opieką" swych hitlerowskich
mocodawców) rządzili nią do końca II wojny światowej. Po jej zakończeniu Norwedzy,
wracając do normalności, wzięli się za porządki we własnym domu. Kraj ten liczył
wówczas niespełna 3 mln mieszkańców. W ramach denazyfikacji wydano 29 wyroków
śmierci (z tego wykonano 25), było kilkadziesiąt wyroków długoletniego więzienia
i kilkaset wyroków od kilku miesięcy do 2 lat. Przełóżmy to na polskie proporcje
AD 1989 – aby przywrócić "państwo prawa", należałoby te liczby zwiększyć
dziesięciokrotnie. Zamiast tego mieliśmy fikcję odchodzenia od komunizmu, która
wyglądała w ten sposób, że najbardziej skompromitowani przedstawiciele dotychczasowych
władz po prostu odeszli na sowite emerytury i "renty specjalne",
inni zaś znakomicie urządzili się w nowych warunkach, pozostając w polityce,
gospodarce, dyplomacji, nauce.

Kilka słów prawdy
Ostrzeżenie Jarosława Kaczyńskiego, że siły lewicowe, wywodzące się wprost
z Komunistycznej Partii Polski, są na pierwszej linii i nadal dyrygują częścią
życia politycznego w Polsce (w tym przypadku – Platformą Obywatelską), należy
potraktować z należytą uwagą. KPP nie uznawała bowiem niepodległości Polski,
stojąc na stanowisku, że należy ją bezwzględnie zwalczać. Nie uznawała też
integralności naszego państwa, tworząc odrębne struktury konspiracji komunistycznej
na Śląsku oraz na Kresach Wschodnich, zwanych przez nią konsekwentnie "zachodnią
Białorusią" i "zachodnią Ukrainą".
KPP po jej rozwiązaniu przez Komintern w 1938 roku jako organizacja już nie
istniała, ale przetrwało przecież środowisko, które ją tworzyło, w tym jej
podstawowy rdzeń – liczni funkcjonariusze partii, zwani z sowiecka funkami.
Byli to ludzie przeznaczeni do zadań specjalnych, głęboko zaangażowani w sowieckim
wywiadzie i dywersji skierowanej przeciw strukturom państwa polskiego. Istniał
też pion zwany wojskówką, przeznaczony do dezintegracji i penetracji polskiego
systemu obronnego.
Po rozwiązaniu KPP jej funkcjonariusze zbyt długo nie pozostawali sierotami.
Po zdradzieckiej agresji sowieckiej na Polskę, dokonanej 17 września 1939 roku,
byli członkowie KPP odnaleźli się w komunistycznych bandach na Kresach Wschodnich
jako przywódcy i uczestnicy terrorystycznych bojówek. Ich dziełem były represje
i mordy na wielką skalę – szacuje się, że w stosunkowo krótkim czasie z rąk
tych czerwonych band oraz pospiesznie tworzonej "czerwonej milicji" padło
od kilku do kilkunastu tysięcy polskich obywateli, uznanych arbitralnie za "wrogów
ludu" i eksterminowanych w niezwykle okrutny sposób.
Z zupełnie niezrozumiałych powodów ofiary te są przemilczane podczas oficjalnych
uroczystości ku czci ofiar II wojny światowej. Państwo polskie do dziś nie
zdobyło się na ich upamiętnienie w postaci centralnego pomnika. Ta kategoria
ofiar jest też skrzętnie rozmywana w wyliczeniach naszych strat podczas II
wojny światowej. W znacznym stopniu jest to wina półwiekowych przemilczeń w
Polsce Ludowej. Ale dlaczego milczymy teraz? Czy mamy zawsze ulegać terrorowi
politycznej poprawności i milcząco traktować te ofiary jako wstydliwe tylko
dlatego, że są w Polsce siły, którym nadal bardzo zależy na tym, aby o nich
nie mówić?

Murem za komuną
Byli członkowie Komunistycznej Partii Polski stali się też podwaliną nowej
władzy po 1944 roku. Byli jądrem kierownictwa tzw. Polskiej Partii Robotniczej,
stalinowskiej agentury, która jawnie i zbrodniczo zwalczała Polskie Państwo
Podziemne; z nich rekrutowały się kierownicze kadry osławionej bezpieki –
KPP-owcy kierowali Ministerstwem Bezpieczeństwa Publicznego i stali na czele
najważniejszych departamentów i wydziałów centrali, a także rządzili ubeckimi
jednostkami terenowymi. Tak się zresztą złożyło, że większość kadr kierowniczych
tej instytucji wywodziła się z mniejszości narodowych. Można więc powiedzieć,
że MBP było prekursorem multikulturowości i nowego rozumienia demokracji,
która ma polegać na szczególnej ochronie praw mniejszości.
Jarosław Kaczyński powiedział też: "Jeżeli jedna osoba miała ojca w KPP
i funkcjonuje w jakimś środowisku, to to jest w ogóle bez znaczenia".
To prawda, bo dzieci nie mogą odpowiadać za czyny swych rodziców. Ale jeśli
tworzy się bardzo specyficzne środowisko (oczywiście lewicowe), w którym to
właśnie dzieci z takich rodzin odgrywają czołową rolę i jest to środowisko
bardzo wpływowe, to nie należy tego bagatelizować. Tym bardziej że takie osoby,
jak dostrzega Jarosław Kaczyński, są również po prawej stronie sceny politycznej
(jak dodał: "bardzo wysoko", zapewne mając na myśli obecny rząd),
ale reprezentują tam siebie i znalazły się tam na skutek posiadanych kwalifikacji,
a nie powiązań towarzyskich i rodzinnych rodem z PRL.
Prezes PiS mówił natomiast o "pewnym środowisku", które jego zdaniem "ma
potężny instrument oddziaływania na świadomość Polaków i życie społeczne w
Polsce; właściwie wszystkie osoby, poza jedną, które odgrywają znaczące role,
mają bądź miały rodziców w KPP". To środowisko wcale nie jest zakamuflowane,
o czym świadczy dalsza część wypowiedzi: "Jestem gotów bronić tezy, że
nastawienie owej potężnej gazety wynika w ogromnej mierze właśnie z tego, że
to poczucie pewnego rodzaju misji, misji – w moim przekonaniu – skrajnie szkodliwej
dla Polski, wynika właśnie z ukształtowania przez ten typ środowiska".
Można się z tym nie zgadzać, ale trzeba mieć mocne argumenty. Owa "potężna
gazeta" od początku stoi bowiem murem w obronie Jaruzelskiego, Kiszczaka
i ich ekipy, która wprowadzała stan wojenny i brutalnie pacyfikowała społeczeństwo.
Od początku z uporem godnym lepszej sprawy zwalcza w zarodku wszelkie pomysły
dekomunizacji; jej "zasługi" w walce z lustracją są tak wielkie,
że powinna już dawno zmienić nazwę na "Gazeta Antylustracyjna". I
można prawie zawsze zgadnąć, czym w najbliższym czasie i w przyszłości (jakimi
tematami i problemami) jej redakcja będzie zaprzątać naszą uwagę, a czego będzie
unikać jak ognia. Bo przecież nie jest zwyczajnym przypadkiem fakt, że pierwsza
niekomunistyczna, założona w 1989 roku gazeta (która miała być "gazetą
całej opozycji", dlatego początkowo posługiwała się logo "Solidarności"),
znalazła się w rękach środowiska genetycznie wywodzącego się akurat z KPP,
a nie na przykład z Armii Krajowej i ideałów Polskiego Państwa Podziemnego.

Wspomniana gazeta jest tylko przykładem – jednym z wielu – choć bardzo nośnym
propagandowo. Ludzi wywodzących się wprost lub rodzinnie z kręgów KPP możemy
znaleźć we wpływowych i bardzo bogatych fundacjach, które wyciskają swe przemożne
piętno na naszych stosunkach wewnętrznych, jak też mają wpływ na kształtowanie
naszych stosunków zagranicznych. Są w redakcjach innych poczytnych periodyków,
w bankach, dyplomacji. Wprawdzie niektórzy z nich potrafili oderwać się od
rodzinnej tradycji, co zresztą widać po ich zachowaniu i głoszonych publicznie
poglądach, ale dla bardzo wielu z nich rodzinna, KPP-owska tradycja jest bardzo
bliska i nie widzą żadnych powodów, aby się z nią rozstać. W naturalny sposób
skupiają się w newralgicznych dla państwa miejscach, gdyż razem łatwiej im
przetrwać i umacniać swe wpływy.
I warto zwrócić uwagę na jeszcze jedną rzecz – środowiska te szczególnie dbają
o to, aby jak najczęściej wyróżniać swych przedstawicieli (i przyjaciół) różnymi
nagrodami, tytułami honorowymi, medalami. Lubią mieć i być. Najbardziej zaś
lubią, gdy jesteśmy potulni i grzecznie, bez żadnych zastrzeżeń słuchamy tego,
co mają do powiedzenia.

Leszek Żebrowski

drukuj