Zabieram się za larwy

Z docentem Markiem Orkiszewskim, chirurgiem, który mimo kilku wygranych spraw
sądowych nie może wrócić do pracy w Wojewódzkim Szpitalu Dziecięcym w Toruniu,
rozmawia Katarzyna Cegielska

Dyrektor Wojewódzkiego Szpitala Dziecięcego w Toruniu stawia się ponad prawem,
podważając nie pierwszą przecież decyzję sądu o przywróceniu Pana do pracy.
Czy nie jest Pan już zmęczony walką z wiatrakami, od czterech lat traci Pan
wiele czasu w sądach?

– Nie jestem zmęczony. Wynika to z poczucia obowiązku. Przede wszystkim przyrzekłem
chorym pomoc, ważna jest też lojalność wobec zasad, że nie opuszcza się potrzebujących.
Poza tym ktoś na mnie liczył, abym dał przykład: pacjenci, inni lekarze i ci,
których uczyłem bycia lekarzem i człowiekiem. Nie bez znaczenia jest uwrażliwienie
narodowe na każdą próbę niszczenia autorytetów i wartości intelektualnych Polski,
czy to w porywie, czy celowo. Mówię i myślę przez pryzmat Powstania Warszawskiego
i Katynia.

Jedno z ostatnich posunięć dyrektora szpitala, które zapewne przewidział wyrok
sądu, to próba likwidacji kliniki chirurgii dziecięcej, a jednocześnie obniżenie
rangi szpitala. Jak Pan to odbiera?
– To jest celowe niszczenie wartości intelektualnych Polski. Dużo w tym głupoty
i zacietrzewienia, ale skutki należy rozpatrywać jako istotne dla kraju. Szpital
wojewódzki, a raczej zespoły lekarzy, osiągnął w niektórych dziedzinach poziom
porównywalny z najlepszymi klinikami na Zachodzie. Szpital to nie tylko usługi,
ale przede wszystkim ogromna wartość intelektualna. Klinika uniwersytecka jest
najważniejszym elementem wiodącym w postępie i rozwoju kraju.

Pierwsza próba wyrzucenia Pana ze szpitala została podjęta w lipcu 2002 roku.
Wygrał Pan sprawę w sądzie. Kolejna próba ponowiona była w lipcu 2004 roku.
Z wypowiedzeniem w ręku przez pół roku zajmował się Pan pacjentami, wykonywał
operacje, wdrożył leczenie larwami much przy niegojących się ranach, aż wreszcie
w grudniu 2004 r. podstępem został Pan spakowany i wyprowadzony przez ochronę
ze szpitala. Tymczasem dyrektor szpitala nie zapewnił na oddziale należytej
opieki.

– Przewód sądowy to czas niezliczonych zwolnień lekarskich, wakacyjnych i sztuczek
ze strony szpitala. To próba zadrwienia z wymiaru sprawiedliwości. Gdyby dyrektor,
chcąc pozbyć się mnie ze szpitala, nakazał przekazanie pacjentów innemu specjaliście,
tak by się stało. Niestety, przez 6 miesięcy nikomu nie mogłem przekazać chorych,
więc nie mogłem ich opuścić. Brak lekarza to narażenie pacjentów na utratę
życia. Tak było wielokrotnie, gdy przywożono nieprzytomne dzieci, których minuty
były policzone – gdybym spełnił absurdalne żądania dyrektora, to wystarczyło
wyjść na pół godziny ze szpitala. Zdając sobie sprawę z sytuacji, dyrekcja
celowo dopuściła wielokrotnie do stanu braku zabezpieczenia życia pacjentów,
choćby chłopca z oderwaną nogą czy też innego – wykrwawiającego się na oddziale
dializ po nakłuciu nerki, dalej – noworodka z szansą na przeżycie bliską zeru.
Dyrektor przeforsował konkurs na ordynatora oddziału, stanowisko, którego nie
było w statucie, a była klinika z pełnoprawnym kierownikiem. Nawet sąd pracy
wyrażał zaniepokojenie i wątpliwości takim konkursem. Dwóch lekarzy opuściło
komisję konkursową, proponując odłożenie sprawy na parę tygodni, aby nie brać
udziału w farsie. Tak więc ponownie złamano prawo. A wejście na oddział, do
którego dostępu nikomu nie broniłem, mogło się odbyć, wprawdzie bezprawnie,
ale z zachowaniem zasad, tzn. z przekazaniem chorych. Ale zrobiono zbójecki
napad.

Co robił Pan przez miniony rok, pomijając uczestnictwo w rozprawach sądowych?
– Cały ten czas pozostawałem kierownikiem kliniki. Jeździłem na konferencje
naukowe, przedstawiałem dorobek kliniki i pisałem kolejne prace o wynikach
leczenia. Osiągnęliśmy w tym czasie dużo, a może wszystko, co naukowiec i
lekarz może osiągnąć. Uznano międzynarodowo moją metodę operacji tzw. spodziectw
jako sposób mojego autorstwa, którym leczy się ponad 80 proc., jeśli nie
prawie wszystkich chłopców z tą wadą. Najlepsze czasopisma medyczne przedrukowują
moją pracę sprzed 20 lat. To największy zaszczyt dla każdego naukowca. Następna
praca ujrzy światło dzienne za miesiąc, a już wywołała duże wrażenie na międzynarodowych
kongresach.

Przez ten czas leczył Pan także pacjentów, choć poza kliniką…
– Większość w poradni, niektórych operacyjnie w Poznaniu. Potem leczyłem larwami
much wielu pacjentów z owrzodzeniami po amputacjach, z chorobami naczyń i
innych. Efekty przerastały oczekiwania. Ale w zaniedbanych ranach, takich
które obejmują ogromne powierzchnie, koszt leczenia jest wysoki. Kilkakrotnie
jeździłem do Walii, skąd pochodzą larwy, aby uzyskać niższą cenę dla pacjentów
w Polsce. Jedyny sposób to przeniesienie hodowli do kraju. Walijczycy dają
ogromne wsparcie i służą wielką pomocą. Jednak moje lekarskie poszukiwania
sponsora czy chętnego do produkcji larw na razie się nie powiodły. Temat
nie jest chodliwy, moje próby zwrócenia uwagi prasy, że chodzi o najbiedniejszych,
rencistów, osoby na zasiłkach, że ich gnijące przez kilkanaście lat ciało
zasługuje na wzmiankę, apel w prasie, spełzły na niczym. Może wspomożenie
leczenia larwami pacjenta w krytycznym stanie po wypadku w Katowicach i praktycznie
uratowanie mu życia pozwoli na otwarcie drzwi innych szpitali i danie szansy.
Niestety, w warunkach poradni, a tak leczy się larwami, koszty leczenia nie
mieszczą się jeszcze w katalogach Narodowego Funduszu Zdrowia. Sukces z larwami
też idzie na rachunek szpitala w Toruniu i Uniwersytetu im. Mikołaja Kopernika.

Proszę opowiedzieć o pierwszym pacjencie, przy którym podjął się Pan leczenia
larwami much, o Pawle Laseckim. Jak to się stało?

– Paweł miał szczęście. Po wypadku szybki, choć przypadkowy transport karetką
do szpitala. Potem natychmiastowa operacja na sali operacyjnej w izbie przyjęć.
Liczyły się minuty. Wtedy dyrektor nie mógł wezwać chirurga, bo go nie było.
Na wiadomość o nadjeżdżającym Pawle wezwała mnie z miasta dr Madej. Potem,
po paru dniach, u chłopca nastąpiło ogromne zakażenie w zanieczyszczonej ranie.
Gdybyśmy postąpili zgodnie z "zasadami", tzn. wycinali martwe tkanki,
Paweł z dużą dozą pewności nie przeżyłby operacji. Ale mielibyśmy czyste sumienia,
że zrobiliśmy tak, jak trzeba było, i wkrótce wszyscy wspominaliby panią księgową,
która w decydującym momencie krwawienia, po zamówieniu leku kontrolującego
krwawienie ze Stacji Krwiodawstwa w Bydgoszczy i naszym oczekiwaniu w napięciu
odmówiła zapłaty za lek i wstrzymała transport, aby zgadzało się w rachunkach.

Potem na dalsze leczenie pojechał Pan z chłopcem do Filadelfii…
– Pojechaliśmy razem z mamą Pawła na koszt Fundacji Ofiar Wypadków Komunikacyjnych
z Torunia, a Paweł na koszt Ministerstwa Zdrowia. Nie zamierzałem jechać,
bo nie chciałem odbierać funduszy na leczenie Pawła. Próbowałem uzyskać pomoc
tłumacza w polskim konsulacie w Chicago. Pisałem i wysłałem dysk o sprawie
Pawła, licząc na pomoc z ich strony. Nie otrzymaliśmy nawet odpowiedzi. Dlatego
jednak pojechałem. W szpitalu dziecięcym w Filadelfii, który jest najlepszą
tego typu placówką w USA, spotkaliśmy się z ogromną życzliwością zarówno
ze strony kolegów chirurgów amerykańskich, jak i ze strony władz miasta i
Polonii. Będą pamiętać Pawła długo za jego optymizm i radość życia. Chłopiec
był dla lekarzy amerykańskich podobnym wyzwaniem jak dla nas. Długo dyskutowaliśmy
między poszczególnymi badaniami, aż osiągnęliśmy spójny plan leczenia. Paweł
przeszedł do historii medycyny – była to największa rana leczona przy pomocy
larw much – wtedy dokonał się przełom w podejściu do tej metody leczenia.
W Filadelfii miałem także okazję wygłoszenia referatu o wynikach leczenia
w urologii w mojej klinice.

Jak, gdzie i z kim rozwijał Pan później tę metodę leczenia? Wiem, że chorzy
z całej Polski zgłaszali się do Pana po ratunek…

– Leczenie larwami much to odpowiedź na klęskę antybiotykoterapii. Już tylko
jeden, a raczej żaden antybiotyk nie działa na zakażenie w ranie. Pozostały
larwy, które przed trzema laty wróciły jako nowoczesna metoda leczenia. Wyniki
leczenia w ranach po urazach, w zakażeniach po amputacjach graniczą z cudem.
Jednak stare rany żylakowe wymagają kilku położeń larw ze wsparciem chirurgią
naczyniową i plastyczną. Na tym etapie leczenie ran okazało się za drogie.
Oczekuję pomocy ze strony prasy, aby powiedzieć, że życie z gnijącym ciałem
przez kilka lub kilkanaście lat wymaga wsparcia. Będę wkrótce czynił starania
w Narodowym Funduszu Zdrowia.

Kolejny etap Pańskiej pracy to wdrożenie programu leczenia ran odleżynowych
u porażonych dzieci, również przy pomocy larw much…

– Moje odsunięcie ze szpitala przerwało ten program pomocy, ale będę go kontynuował.
W tym celu za priorytet uważam realizację oceny jakości życia dzieci i starszych
z wadami układu nerwowego. Myślę także o głębokich oparzeniach, w których usuwamy
martwicę nożem, bez możliwości oddzielenia tkanki naprawdę martwej od już zdrowej.

Widząc Pańską aktywność i oddanie pacjentom, nie sądzę, że przez najbliższy
rok, bo do końca marca 2007 r. ważny jest Pana kontrakt ze szpitalem, zamierza
Pan odpoczywać i pobierać pensję bez świadczenia pracy, jak chce tego dyrektor
Bogumił Kurowski…

– Odsunięcie mnie od pracy oznacza w wielu przypadkach konieczność wyjazdu
pacjentów poza nasze województwo. Wypłacanie mi pensji jest dla mnie poniekąd
luksusem: pobieram wynagrodzenie i mogę się zabrać za larwy, za doskonalenie
mojej metody leczenia. Poza tym dużo czytam, chcę kontynuować naukę japońskiego
i mogę sporo czasu spędzać z rodziną.

Jak Pan ocenia sytuację, kiedy dyrektor publicznej placówki chce pozbyć się
wybitnego fachowca i jeszcze narażać szpital i podatników na straty?
– Dobrze ujął to pan profesor Nesterowicz w wywiadzie telewizyjnym: taki dyrektor
w normalnym kraju nie pozostałby na swoim stanowisku nawet pięć minut. Dyrektor
w szpitalu, państwowym czy prywatnym, pełni rolę służebną, której celem jest
najlepsza pomoc dla pacjenta/klienta. Wszyscy wiedzą o doskonałych lekarzach,
nikt nie słyszał o dyrektorach tych szpitali. "Biedakowi" i jego
mocodawcom pomyliły się czas i miejsce, to nie Chiny okresu hunwejbinów ani
Białoruś. A może jednak.

Co zamierza Pan zrobić w tej sprawie, jakie będą dalsze Pana kroki?
– Po pierwsze, zawiadomienie Państwowej Inspekcji Pracy, która rok temu, po
uznaniu mnie przez sąd pracy za pracownika, określiła działania dyrektora
jako przestępstwo. W zawiadomieniu wykażę niegospodarność: koszty utrzymania
mnie przez następny rok będą dużym obciążeniem dla szpitala. Raczej trudno
będzie spojrzeć mi w oczy panom doktorom Czerwińskiemu i Janowskiemu z Izby
Lekarskiej, od których nie oczekiwałem przy decyzji o konkursie stronniczości,
lecz roztropności. Nie powinno pozostawić się sprawy zdegradowania mnie ze
stanowiska kierownika katedry i kliniki do poziomu adiunkta nauczającego
studentów kosmetologii, ratownictwa i metod właściwego oświetlenia miejsca
pracy i zawartości pyłków w powietrzu. Zresztą, dokonano tej degradacji już
wcześniej, proponując mi zaniechanie walki za obietnicę pobierania pensji
bez pracy. Tym samym chciano, bym się wyrzekł zasad wpojonych mi przez rodziców
i utwierdzonych w żeglarstwie. I to wszystko wbrew wyrokowi Sądu Najwyższego.
Teraz z pewnością będę jeździł poza Polskę, nauczając mojej metody operacyjnej.
Jestem bardzo zaangażowany w program leczenia larwami i nie spocznę, aż nie
przeprowadzę sprawy przez Narodowy Fundusz Zdrowia i doprowadzę do wprowadzenia
hodowli larw w Polsce. Paweł to kwestia jeszcze paru miesięcy. Będzie leczony
w Klinice Chirurgii Plastycznej w Warszawie u prof. Jethona.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj