Czego nie wyczytałem w raporcie
Z prof. por. rez. Zbigniewem Dybczakiem, mieszkającym na stałe w
Montgomery, USA, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler
Jak Amerykanie i Polonia amerykańska odebrali raport Jerzego Millera?
– Jedna rzecz szybko rzuca się w oczy, że jest w nim taka intencja, by winę za
wszystko zrzucić na wojsko. Zapomina się, iż strona cywilna również bardzo tutaj
zaważyła. Wydaje mi się, iż raport Millera pomniejsza fakt, że jednak rząd
wiedział – albo powinien wiedzieć – o tym, że lotnisko w Smoleńsku było
nieodpowiednie. Dlatego uważam, że opinia publiczna powinna poznać dwie strony –
zarówno przyczyny wojskowe, które doprowadziły do tej katastrofy, jak i
przyczyny cywilne. Raport Millera tego nie uczynił. To, co się dzieje dzisiaj w
Siłach Powietrznych, wyrzucanie generałów, dowódców, to szukanie kozłów
ofiarnych.
Po prezentacji dokumentu posypały się dymisje w Siłach Powietrznych. Piloci,
z którymi rozmawialiśmy, podkreślają jednak, że wycięto kawałek kręgosłupa, ale
głowa dalej została ta sama.
– Tak, to bardzo trafne określenie. Znam dosyć dobrze gen. Anatola Czabana i mam
o nim jak najlepsze zdanie. Nie sądzę, by był tutaj winny. Jak to mówią: kowal
zawinił, Cygana powiesili. Zawsze jednak będą w każdym systemie – czy to
amerykańskim, polskim czy jakimś innym pewne tarcia. Będą ludzie, którzy za
prawdę i honor gotowi będą oddać nawet własne życie, znajdą się i tacy, którzy
wykażą się brakiem godności i poczucia honoru z powodu kariery czy chęci
podobania się komuś. Stawianie zarzutów wojsku jest według mnie karygodne, bo
ono nie może samo się bronić, nie ma szeregu adwokatów, którzy stanęliby w jego
obronie i przedstawili jego racje. Dziś wojsko jest a priori zdane na niełaskę,
jest łatwym kozłem ofiarnym. W przypadku lotnictwa nie docenia się w Polsce
tego, co osiągnęło za sprawą gen. Błasika.
"Zasługi" po publikacji raportu Milera to niemile widziane słowo, nikt tego
wątku publicznie nie podniesie.
– O to właśnie chodzi, a przecież za dowodzenia Błasika polskie lotnictwo było
szczególnie szanowane przez NATO, widziałem tego przykłady w Stanach
Zjednoczonych. Mieliśmy w Maxwell co roku polskich oficerów, którzy po studiach
w USA przywozili do Polski nie tylko wiedzę, ale i bogactwo różnych kontaktów.
Było to bardzo wartościowe, bo ukierunkowywało myślenie na przyszłość, na rozwój
Sił Powietrznych, a nie na teraźniejszość czy przeszłość. Dziś jednak powoli
zwracamy się z powrotem w stronę przeszłości, co nie jest dobre.
Ma Pan na myśli decyzję o rozformowaniu specpułku?
– Tak. Moim zdaniem, jest to decyzja z gruntu zła. Była zaskoczeniem dla
wszystkich, bo nikt w kręgach lotniczych nie wyobrażał sobie, że państwo takie
jak Polska może funkcjonować bez takiego pułku. Przecież przewóz najważniejszych
osób w państwie to jest jednak wielka odpowiedzialność, musimy dbać o ich
bezpieczeństwo. Czy jesteśmy pewni, że jakiś inny przewoźnik niż specjalnie
powołana do tego jednostka wojskowa może im to bezpieczeństwo zagwarantować? Nie
jesteśmy przekonani. Jeśli były jakieś uzasadnione problemy, to trzeba było je
rozwiązać, a nie z miejsca wszystko rozwalić. I co, mamy teraz wszystko budować
od nowa, od zera? Specpułk powinien istnieć i mieć jak najbardziej
doświadczonych ludzi. Dziś jednak doświadczone osoby albo wysyła się na
emeryturę, albo do innych miejsc, nie korzysta się z ich wiedzy.
W pewnym sensie młodych oficerów pozbawiono możliwości służby Ojczyźnie.
– To prawda. Rozwiązanie specpułku to także tragedia tych ludzi, którzy w tym
pułku służyli, pracowali. Przecież zabezpieczali wizyty prezydentów, premierów,
marszałków Sejmu, Senatu itd. To naprawdę było ogromne wyzwanie dla takiej
jednostki. Moim zdaniem, decyzja o jego rozwiązaniu jest bardzo nierozważna, bo
umniejsza również rolę lotnictwa w Polsce. To nie było tylko przewożenie pana
prezydenta, premiera i marszałków, ale i wielu innych ważnych osób. Dziś nie
wyobrażam sobie sytuacji, że przylatuje do Polski jakaś osobistość innego
państwa i nasze władze nie będą miały możliwości zaoferowania jej przelotu
żadnym samolotem chociażby z Warszawy do Krakowa. Do śmigłowca przecież nie
wejdzie cała delegacja. Kto teraz i czym będzie latał do Afganistanu? Wojsko
zostało dziś postawione przed faktem dokonanym, decyzje zostały podjęte i musi
ono się z nimi zgodzić, ale przecież to nie od wojska zależało, jakim sprzętem
dysponował specpułk. Prezydent Komorowski sam był ministrem obrony narodowej,
powinien więc być w sprawach wojskowych ekspertem i nie godzić się na
rozformowanie specpułku.
Prezydent konsultował decyzję o rozformowaniu specpułku, a później zawetował
ustawę o utworzeniu w Dęblinie Akademii Lotniczej.
– Ta szkoła miała mieć wielki prestiż, nadawać tytuły naukowe. Akademia Lotnicza
mogłaby stać się niezależnym ośrodkiem kształcenia pilotów. Na pewno byłaby to
dla Polski ważna uczelnia. Szkoda, że nie pozwolono jej zaistnieć.
Gdy rozmawialiśmy kilka miesięcy temu, mówił Pan, że bez międzynarodowej
komisji nie poznamy prawdy o katastrofie smoleńskiej. Raport Millera nie rozwiał
Pana wątpliwości?
– Podtrzymuję to, co powiedziałem, bo raport ten nie wyjaśnia wszystkiego.
Faktycznie jest tu dużo więcej gruntowniej przedstawionych rzeczy i faktów niż w
raporcie MAK. Rosjanie zaprezentowali bowiem raport, który z miejsca szukał
winnych. Zresztą pani Anodina znana jest z tego, że zawsze mówi o winie pilotów.
Nigdy nie spodziewałbym się, iż raport Millera byłby w jakiś sposób politycznie
zainspirowany, ale czytając go, wyczuwa się te polityczne presje. A przecież
taki raport powinien być naprawdę neutralny, obiektywny, tak jak raporty
Krajowej Rady Bezpieczeństwa Transportu (NTSB), która bada katastrofy w Stanach
Zjednoczonych. To obiektywne źródło, które – gdy przedstawia raport – to można
na nim polegać. Tymczasem raport Millera ma wiele niedociągnięć.
Może dlatego, że w komisji pracowali ludzie, którzy byli w pewnym sensie
sędziami we własnej sprawie, jak minister Miller, odpowiedzialny za BOR, czy płk
Grochowski, który wcześniej przeprowadzał kontrole w specpułku?
– Jeszcze raz podkreślę, że raport Millera w głównej mierze zrzuca winę na
wojskowych. Wydaje mi się jednak, że problem specpułku dotyczy czegoś innego.
Chodzi o to, że nie wiadomo, czy faktycznie rządził w nim dowódca, czy telefon z
jakiegoś biura, które żądało samolotu dla VIP-ów? Jeśli każdy chce rządzić, to
zazwyczaj jest bałagan. Jeżeli powstały tam jakieś nieporozumienia, to może
świadczyć o tym, że nie było tam wyraźnej różnicy pomiędzy stopniami.
Raport Millera, w przeciwieństwie do raportu MAK, podnosi problem
odpowiedzialności Rosjan.
– MAK bardzo lakonicznie i powierzchownie potraktował sprawę kontrolerów i
Krasnokutskiego. Rosjanie skoncentrowali się bardziej na tym, by winą za
katastrofę obciążyć załogę Tu-154M i gen. Błasika, co przechodzi ludzkie
pojęcie. Sam fakt, że nie było zapisu z radiolokatora z "Korsarza", świadczy o
tym, iż Rosjanie albo go zwykle nie używali, albo po fakcie zacierali ślady.
Pilot jednak, gdy podchodzi do lądowania, podlega kontrolerowi. Co to za
kontroler, który sam nie wie, czy ma zezwolić na lądowanie. Niewyjaśniona jest
nadal rola płk. Krasnokutskiego, zastępcy bazy w Twerze na "Korsarzu" 10
kwietnia 2010 roku. Dlaczego tam był i dzwonił do Moskwy po pozwolenie?
Komisja uznała, że gen. Błasik był w kokpicie, ale nie wywierał bezpośredniej
presji na załogę.
– Powinno się porównać spektrum głosu Andrzeja, jego tembr. Jeśli jego głos jest
nagrany na jakiejś taśmie, to – po pierwsze – powinna go rozpoznać jego żona, bo
kto, jak nie ona, może to zrobić najlepiej. Każdy dźwięk można poddać analizie,
i to bardzo prosto, sprawdzić jego częstotliwość, natężenie, to jest elementarna
fizyka głosu. W Stanach Zjednoczonych robi się takie analizy.
Raport potwierdził komendę "Odchodzimy", której nie odczytano w Moskwie.
– Tak, jest komenda "Odchodzimy" podawana przez mjr. Protasiuka, którą
potwierdza drugi pilot. Z raportu wynika, że wolanty zostały ściągnięte, czyli
został odłączony automat, który prowadził samolot do lądowania, i piloci
przeszli na sterowanie ręczne. Silniki poszły pełną mocą, nie rozumiem więc,
dlaczego nie odeszli. Ten samolot nie był przecież bardzo obciążony, miał
oczywiście maksymalną liczbę pasażerów, którą mógł mieć na pokładzie, lecz nie
miał za dużo paliwa, bo zostało bodajże 8 ton. Przy włączeniu pełnej mocy
silników ten samolot powinien raczej odejść bez problemu, tak mi się
przynajmniej wydaje.
Raport Millera był w jakiś sposób komentowany w USA?
– Jeżeli chodzi o anglojęzyczną prasę, to miał on znikomy odzew. Podobnie było z
raportem MAK, przyjęto do wiadomości to, co podano na konferencjach prasowych, i
to wszystko.
Nie uważa Pan, że powinno się publicznie zrehabilitować gen. Andrzeja
Błasika?
– Oczywiście. Andrzej nie mógł wywierać żadnego wpływu na pilotów, to był
dowódca decyzyjny i partnerski. On podejmował decyzje, ale równocześnie słuchał
ludzi. Jeżeli Andrzej był w kokpicie, jego obecność nie miała żadnego wpływu na
ten lot. Gdy jednak pojawił się temat rzekomych nacisków generała na pilotów,
alkoholu w jego krwi i kłótni z mjr. Protasiukiem na Okęciu, były to pierwsze
newsy podawane przez media. Kto mógł, z tzw. ekspertów lotnictwa, chętnie
zapraszanych do różnych mediów, rzucał kalumnie na gen. Błasika i wciąż było o
nim w tych mediach głośno. Po raporcie Millera prawie nikt nie uwypuklił tego,
że nie miał on nic wspólnego z tą katastrofą. Dlaczego te same media nie
nagłośniły tej informacji równie mocno jak poprzednich, stawiających generała w
złym świetle? Przecież duża część społeczeństwa czerpie informacje przede
wszystkim z telewizji, mało kto przeczyta sam raport. Dlatego uważam, że gen.
Błasika koniecznie powinno się dziś publicznie zrehabilitować. Głos powinien
zabrać, jeżeli nie prezydent czy premier, to szef Sztabu Generalnego, minister
obrony narodowej lub dowódca Sił Powietrznych. Czy do tego dojdzie, nie wiem.
Wystarczy powiedzieć, że w Święto Lotnictwa byłem na Powązkach na grobie
Andrzeja, płk. Kuklińskiego, jak również na grobie swojego kolegi płk. Bolesława
Jarkowskiego, który był w czasie II wojny światowej dowódcą dywizjonu 300. Ani
jeden znicz nie palił się na jego grobie. Taka jest smutna prawda o dzisiejszej
Polsce, która nie pamięta o swoich bohaterach.
Dziękuję za rozmowę.
