Czas na rzetelne badania
Z gen. bryg. rez. Janem Baranieckim, zastępcą dowódcy Wojsk
Lotniczych Obrony Powietrznej w latach 1997-2000, mającym doświadczenie w
badaniu przyczyn katastrof lotniczych, rozmawia Marcin Austyn
Analiza rejestratorów głosu z kokpitu Tu-154M wykonana przez krakowskich
ekspertów może rzucić nowe światło na wydarzenia z 10 kwietnia 2010 roku?
– Z pewnością. Osobiście przywiązywałem dużą wagę do tych wyników, bo w dotąd
sporządzonych zapisach pojawiło się sporo niejasności. Choć znamy tę analizę z
tzw. przecieków, to już widzimy, że należało poczekać z końcowymi wnioskami na
temat katastrofy na rzetelne badania, a nie ferować wyroki bez dowodów w ręku.
Potwierdza się to, o czym od dawna mówiłem, że Rosjanie nie mają żadnych dowodów
na to, że gen. Andrzej Błasik był w kokpicie. Wprawdzie płk Edmund Klich
sugeruje, że ktoś z załogi odezwał się "panie generale", ale to jeszcze nie
znaczy, że ten był w kabinie, a ponadto na pokładzie było więcej generałów. W
mojej ocenie, wszystkie dowody na obecność gen. Błasika w kokpicie wskazywane
przez Rosjan nie mają poparcia w dokumentacji.
Punktem wyjścia był fakt, że ciało generała znaleziono w sektorze, w
którym odnaleziono nawigatora.
– Tyle, że gen. Błasik nie był przypięty pasami, a przy takiej katastrofie na
pokładzie mogło wiele się wydarzyć. Jest tu zasadnicze pytanie – czy ktoś
widział zdjęcie potwierdzające miejsce znalezienia ciała gen. Błasika? Obawiam
się, że w polskim raporcie przyjęto to, co ustalił rosyjski Międzypaństwowy
Komitet Lotniczy (MAK).
Były już oskarżenia o alkohol we krwi gen. Błasika, teraz wątpliwa jest
jego obecność w kokpicie. Co jeszcze może się okazać nieprawdą?
– Zdaje się, że można by podważać wszystkie ustalenia MAK, bo Rosjanie tak
naprawdę nie pokazali żadnych dowodów na przyjęte tezy.
Co zmieniają ustalenia ekspertów?
– Na pewno rodziny bezpodstawnie oczernianych ofiar katastrofy mają pełne prawo
do wystąpienia z żądaniem naprawienia szkód, jakie im wyrządzili ci, którzy nie
dysponując żadnymi materiałami dowodowymi, przesądzali o pewnych delikatnych
sprawach, jak np. o naciskach na załogę. Niestety, media nie są tu bez winy. Kto
wie, może i prokuratura powinna "z urzędu" wyjaśnić, co kierowało niektórymi
komentatorami czy ekspertami, że wypowiadali się w taki, a nie inny sposób.
Okazuje się, że drugi pilot odczytywał wskazania właściwego
wysokościomierza. To poważny wyłom w teorii i MAK, i komisji Jerzego Millera.
– Zawsze daleki byłem od twierdzenia, że załoga nie wiedziała, co robi. W mojej
ocenie, takie założenia bazowały na domysłach. Pamiętajmy, że tuż po katastrofie
na miejsce zdarzenia Edmund Klich przyjeżdżał z tezą, że czynnikiem wpływającym
na katastrofę było złe szkolenie lotnicze. Ten temat był jego tzw. konikiem. A
ta teza znajdowała potwierdzenie w jego wcześniejszych publikacjach. Dla mnie
jest oczywiste, że załoga musiała współpracować, ale nie zostało to ujęte w
stosownych dokumentach i stąd brał się cały zarzut. Teraz należałoby dokładnie
wyjaśnić, skąd wyniknęły problemy załogi. Skoro kolejne fakty wychodzą na jaw,
zaprzeczają ferowanym dotychczas wyrokom, to trzeba wrócić do wyjaśnienia
okoliczności dotąd pomijanych w rozważaniach komisji badających katastrofę. To
m.in. wątek udziału w katastrofie osób trzecich.
Należy powrócić do badań katastrofy?
– Poniekąd już to uczyniono, bo wojskowa prokuratura powołała swój zespół
biegłych, który prowadzi całe badanie od początku. Oczywiście, jeżeli
Inspektorat MON ds. Bezpieczeństwa Lotów zauważy taką potrzebę, to ma możliwość
powrotu do badań. Jeśli chcemy wyjaśnić wszystkie okoliczności tej katastrofy,
to należałoby poważnie się zastanowić nad takim rozwiązaniem. Pytanie tylko, czy
ktoś tak naprawdę chce to uczynić? Bo dlaczego np. nikt nie chce się podjąć
wykonania obliczeń weryfikujących teorię amerykańskich naukowców pracujących dla
zespołu kierowanego przez posła Antoniego Macierewicza? Dlaczego nie wykonano
obliczeń symulujących ostatnie minuty lotu? Dlaczego z posiadanych danych nie
wyliczono kursu samolotu i jednoznacznie nie wyjaśniono, z czego wynikały
odchylenia od ścieżki? Dlaczego samolot był tak kierowany? Może urządzenia nie
działały poprawnie? A jeśli tak, to z jakiego powodu? To wszystko można
zweryfikować. Przecież mamy bliźniaczy egzemplarz samolotu i zapisy czarnych
skrzynek. Nie ma zatem żadnych przeszkód, aby spojrzeć na tę katastrofę także od
strony naukowej. Gdyby tylko była chęć wyjaśnienia sprawy, to na tego rodzaju
badania powinny znaleźć się fundusze, czy to na poziomie resortu obrony, czy
rządu. Powiem więcej, gdyby niezbędne dane zostały udostępnione opinii
publicznej, to znalazłoby się szerokie grono osób, które rzetelnie wykonałyby te
obliczenia społecznie.
Dziękuję za rozmowę.
