Co się komu kojarzy
Przy świątecznym stole przewijał się jeden, dość konkretny temat dyskusji:
próba odpowiedzi na pytanie, z jakim okresem powojennej historii można porównać
sytuację w Polsce po 10 kwietnia 2010 roku. Starsi, ci pod siedemdziesiątkę,
przekonywali, że to okres przypominający lata 70. Ucieczka w konsumpcję,
poczucie małego dobrobytu, obojętność na sprawy publiczne i szaleństwo
propagandy sukcesu. Nieco młodsi zauważali, że złe gospodarcze symptomy,
wszechobecna atmosfera beznadziei i zakłamanie mediów przypominają stan wojenny,
kiedy to partia za pomocą resortów siłowych, SB i milicji trzymała Naród za
mordę i wmawiała mu, że robi to dla jego dobra. Młodzian, co ledwie skończył
trzydziestkę, stwierdził, że to, co dziś obserwuje, przypomina mu lata 50. Jak
to możliwe, skoro nie było go wtedy na świecie? Powoli, po trosze, zaczęto mu
jednak przyznawać rację, bo w tym porównywaniu chodziło głównie o naszą wolność,
i nie tylko tę osobistą.
Dziś za przejście przez jezdnię w niewyznaczonym przez pasy miejscu nikt nas
nie ściga z pałką ani nawet nie wystawia mandatu. Można też bez większego ryzyka
nakrzyczeć władzy w urzędzie czy nawet tej mundurowej. To z pewnością "dorobek"
ostatnich 20 lat. Spolegliwy policjant, urzędnik nie będą ryzykowali utraty
pracy, która stała się dziś szczególnie poszukiwanym dobrem. Drogówka nie pyta
już złapanego na wykroczeniu kierowcy o miejsce pracy, jak to było dawniej, gdy
asekurowała się przed narażeniem komuś wpływowemu. Dziś nawet polityk za
kierownicą liczy się z tym, że po kolizji w pierwszej kolejności będzie go
ścigała żądna sensacji prasa.
Ale to wszystko może się zmienić i wrócić do starego koryta, gdyż Polska w
świecie i w Europie przestaje się liczyć jako poważny, suwerenny partner, a po
10 kwietnia zaczyna się izolacja Polski na międzynarodowej arenie. Decyzja rządu
Donalda Tuska oddania Rosji śledztwa w sprawie katastrofy rządowego samolotu z
polskim prezydentem na pokładzie oraz polskimi, NATO-wskimi przecież, generałami
potwierdziła, że nie tylko nie chcemy dystansować się od rosyjskich standardów
demokracji, ale pragniemy się do nich jak najszybciej zbliżyć. Szokujący hołd
złożył współczesnej Rosji doradca prezydenta Bronisława Komorowskiego prof.
Tomasz Nałęcz, wypowiadając słowa, które cofają Polskę do lat 50., kiedy takie
hołdy były codziennością: "Nie ma takiej ofiary, której by nie warto złożyć, aby
spotkać się z Putinem". Rosja, sprawując swój swoisty "patronat" nad jednoczącą
się Europą, przyjmuje ten hołd od Polski jako coś oczywistego. "Kurica nie ptica…",
i rzeczywiście, po 10 kwietnia 2010 roku Rosja za sprawą śledztwa smoleńskiego
weszła w wewnętrzne kompetencje polskich władz.
Ten tak zauważalny zwrot w polskiej polityce zagranicznej wobec Rosji dostarcza
Stanom Zjednoczonym i zachodnim sąsiadom Polski usprawiedliwiające alibi, aby
zostawić nas samych z problemami. Świat zachodni wie, co myśleć o tragedii
smoleńskiej, ale nie będzie dziś ani w przyszłości o tym mówił. Prędzej
przyjdzie mu wystąpić w obronie "prywatnego więźnia Putina", jakim jest
oligarcha Michaił Chodorkowski, niż wzywać polski rząd do rzetelnego wyjaśnienia
tragedii, jaka wydarzyła się pod Smoleńskiem, a tym bardziej zaangażować się
jako poszkodowana, NATO-wska strona wobec Rosji.
Lata 50. to okres zimnej wojny, dramatyczny podział Europy na strefy wpływów,
okres, w którym Europie Środkowej i Wschodniej rozdaje karty Rosja. Nigdy nie
robiła tego sama, ale zawsze z przyzwoleniem i pomocą państwa, które się na taki
układ "partnerski" godziło. Ten klimat zgody na szczególnie bliską współpracę z
Rosją, firmowany dziś hasłami "pojednania", miał i nadal ma w Polsce wielu
zwolenników. Nie stracili oni swoich dawnych wpływów w armii oraz w tajnych
służbach szkolonych w sowieckich wojskowych uczelniach. Zaproszenie gen.
Wojciecha Jaruzelskiego przez prezydenta Bronisława Komorowskiego do Rady
Bezpieczeństwa Narodowego ma uwiarygodnić zmianę obecnej polityki wobec Rosji.
Równocześnie jest politycznym powrotem do okresu, w którym rządzące elity nie
kierowały się wolą Narodu i troską o zachowanie pełnej suwerenności państwowej.
Ograniczały się do biernego akceptowania poczynań władz, a niekiedy
demonstrowały swój serwilizm nadmierną aktywnością. Doskonale wyczuwają to ci,
którzy pracują w państwowych instytucjach i mają wpływ na kształt społeczeństwa
obywatelskiego. Przede wszystkim media publiczne i prywatne, które po 1989 roku
nie wzięły odpowiedzialności za kształt i jakość społecznego dialogu. Tak jak w
wymiarze sprawiedliwości młode roczniki sędziów, prokuratorów czy adwokatów
wtopiły się w dawny, niezreformowany, wręcz kastowy system, tak młodzi
dziennikarze nie zadali sobie trudu dokonania krytycznej oceny swoich starszych
kolegów. Dziś w tym zakłamaniu są tacy sami jak ich przełożeni. Z łatwością
kupili system, który premiuje marnych fachowców, gdy są posłuszni i wierni i
wyczuwają koniunkturę.
Lata 50. to w końcu okres strachu obywatela przed władzą, pracodawcą, ukrywania
myśli, to także język prymitywnej nowomowy (wciąż funkcjonuje w naszym życiu pod
postacią politycznej poprawności) i lęk o przyszłość, to konfidenci i
donosiciele, i mafijny system przywilejów dla wybranych. To fałszywe hasła o
przyjaźni i braterstwie z Rosją, to monopartyjny system ze zwalczaną
bezwzględnie opozycją, to oszustwa wyborcze i polityczne manipulacje oraz
prowokacje władzy walczącej o jej utrzymanie.
Nie dziwmy się, że młody człowiek wychowany w polskim tradycyjnym duchu
patriotyzmu i altruizmu, myśląc o swojej przyszłości, obawia się powtórki lat
50. Mimo że atmosfery tamtego okresu nie zna z autopsji, intuicyjnie ją wyczuwa.
Wojciech Reszczyński
Autor jest komentatorem w Programie 3. Polskiego Radia SA.
