Cisza przed burzą
Wydaje się, że mamy typowy wakacyjny sezon ogórkowy. W telewizjach i gazetach na pierwszy plan wysuwane są typowo letnie tematy. Niby nic szczególnego się nie dzieje. Rządzący krajem odpoczywają, a życie polityczne uległo spowolnieniu. Lecz to jest pozór, cisza przed burzą. Stratedzy nie mają bowiem urlopu, bo tak naprawdę jest to czas przygotowania do bardzo gorącego sezonu politycznego, którego stawką jest pełnia władzy w Polsce.
Za rok mamy wybory prezydenckie i samorządowe. Niedługo potem parlamentarne. Nie jest jeszcze znany ich termin, ale wszystko wskazuje na to, że odbędą się wcześniej niż jesienią 2011 r., tak jak przewiduje Konstytucja. Najważniejsze środowiska polityczne już dawno zapowiedziały skrócenie kadencji i przeprowadzenie wyborów wiosną 2011 roku. Chodziło o to, żeby spory polityczne i kształtowanie się nowego rządu nastąpiło przed czasem, w którym Polska obejmie prezydencję w Unii Europejskiej (drugie półrocze 2011 r.), tak by kampania wyborcza nie rzutowała na jakość naszego przewodnictwa.
Te zapowiedzi pojawiły się wiele miesięcy temu, kiedy jeszcze nie było powszechnie wiadomo, że pojawi się kryzys. Dziś wiemy, że kłopoty gospodarcze odczuwa również nasz kraj i skala tych problemów ma coraz większy wpływ na życie polityczne i kondycję układu rządzącego Polską. Wszystko to razem może oznaczać konieczność jeszcze większego przyspieszenia kalendarza wyborczego. Kto wie, czy do wyborów parlamentarnych nie dojdzie przed wyborami prezydenckimi?
Nie przypadkiem w lipcu zaczęło „trzeszczeć” w koalicji. A to za sprawą wicepremiera Waldemara Pawlaka, który ujawnił publicznie sondażowy styl uprawiania polityki przez liderów PO i dał do zrozumienia, że koalicja rządowa nie musi trwać za wszelką cenę. Szef PSL cierpliwie czekał i znosił nie najlepsze traktowanie ze strony silniejszej PO, ale w końcu uznał, że zbliża się finał rozgrywki i nadszedł już czas, by dać publicznie wyraźny sygnał, że ludowcy nie dadzą się zmarginalizować i będą aktywnie uczestniczyli w głównym nurcie wydarzeń. Donald Tusk ma trudny orzech do zgryzienia. Nasilający się kryzys gospodarczy i zatajany przed społeczeństwem rzeczywisty stan finansów publicznych, a także perspektywa ewentualnego upadku jego rządu (co wiązałoby się automatycznie ze znacznie większym od planowanego przez strategów PO przyspieszeniem wyborów parlamentarnych) osłabiłyby szanse obecnego premiera na prezydenturę, która jest głównym celem jego działania.
Nieustanna kampania wyborcza
Koncentracja wydarzeń i nieoczekiwane, niekontrolowane przyspieszenie rozgrywki jest ryzykowne zwłaszcza dla tych, którzy chcieli zyskać jak najwięcej, a przy nieoczekiwanym obrocie sprawy mogą najwięcej stracić. W takiej sytuacji powoli zaczyna się znajdować Donald Tusk i Platforma Obywatelska. Przedstawiciele tego środowiska nie ukrywali i nadal nie ukrywają, że celem ich działania jest zdobycie pełni władzy w Polsce, a więc urzędu prezydenta, samodzielnie formowanego rządu i dominacji w samorządach.
Strategia PO polega na nieustannej kampanii wyborczej Donalda Tuska i temu zostało całkowicie podporządkowane działanie rządu i partii. Bagatelizowano kryzys, a załamanie budżetu zamiatano pod dywan przed wyborami do Parlamentu Europejskiego. Po wyborach pojawia się więcej prawdziwych informacji na temat złej sytuacji gospodarczej. Rząd w końcu zdecydował się na nowelizację budżetu, o którym od początku było wiadomo, że jest „wzięty z sufitu”, i postanowił zwiększyć deficyt budżetowy, za co – jako „przejaw nieodpowiedzialności” – jeszcze niedawno totalnie krytykował opozycję, gdy ta od dawna to postulowała. Paradoksem jest, że liberałowie z Platformy nie wykluczają podwyżki podatków dla najbogatszych, które obniżyło Prawo i Sprawiedliwość odwołujące się do haseł solidaryzmu społecznego.
Taktyka PO polega na tym, żeby wszystkie złe wiadomości „upchnąć” jeszcze w tym roku, licząc na „cud”, że już w przyszłym roku widoczne stanie się wychodzenie z kryzysu. Dlatego stratedzy Platformy – pomni niedoszłego zwycięstwa, które przeszło im koło nosa w 2005 r., gdy sondaże dawały zwycięstwo Tuskowi, a jednak przegrał on z Lechem Kaczyńskim w drugiej turze – arzą, aby wybory prezydenckie zostały rozstrzygnięte w pierwszej turze. Boją się jak ognia wyborów dwuetapowych, w których następuje przerzucanie głosów. Dmuchając zatem na zimne, starają się neutralizować wszelkie potencjalne niebezpieczeństwo. Dlatego, wydawałoby się, że nieoczekiwanie, a jednak z premedytacją, rząd zajął się promowaniem Włodzimierza Cimoszewicza, potencjalnego mocnego kandydata lewicy w wyborach prezydenckich 2010 r. na funkcję sekretarza Rady Europy. Przełożenie ostatecznych rozstrzygnięć z wyborem na tę funkcję na jesień jest na rękę PO, bo jeśli Cimoszewicz nie otrzyma tego prestiżowego stanowiska, będzie miał mniej czasu na swoją ewentualną kampanię prezydencką.
Realizacja tej strategii początkowo nie natrafiała na trudności. Błędy PiS w roli oponenta powodowały reakcje u wielu wyborców: już lepiej niech rządzi PO wobec perspektywy powrotu do władzy Jarosława Kaczyńskiego i jego partii. Podziały na lewicy, która zapadła na chorobę prawicy z minionej dekady – budowania jedności przez podziały oraz, jak się wydawało, udana próba sprowadzenia PSL do roli przystawki, dawały liderom Platformy wymarzony komfort rządzenia. Wybory do Parlamentu Europejskiego zamroziły obecny układ sił i nie zmieniły dynamiki wydarzeń. Platforma je bezapelacyjnie wygrała, choć nie tak spektakularnie, jak zapowiadały sondaże. PiS – zgodnie z przewidywaniami – zyskało drugi wynik, ale jednak procentowo niższy niż w wyborach parlamentarnych 2007 roku. SLD (Lewica) i PSL potwierdziły swój stan posiadania. Partie pozaparlamentarne, tak bardzo solidarnie zwalczane przez PO i PiS, nie zdołały pokonać 5-procentowego progu wyborczego i nie wzięły udziału w podziale mandatów. W tych wyborach po raz kolejny okazało się, że system czteropartyjny jest hermetyczny i obecna korporacja polityczna jest zamknięta dla środowisk pozaparlamentarnych przez sposób finansowania partii politycznych i ordynację wyborczą.
W ten sposób po wyborach do PE nic się nie zmieniło. W Polsce ustabilizował się „system niemiecki” z dwiema głównymi partiami (dużą PO i średnim PiS) oraz dwoma mniejszymi ugrupowaniami SLD (Lewica) oraz PSL. Mimo półtorarocznych rządów wyborcy nie zniechęcili się do PO i partia ta ciągle cieszy się wysokim poparciem. Jednak ponieważ sprawowanie władzy zawsze „zużywa” rządzących, na dłuższą metę ta sytuacja jest dla Platformy niekorzystna. To trochę jak w długodystansowym biegu, lepiej nie prowadzić od pierwszego okrążenia, by nie osłabnąć na finiszu, tylko odpowiednio gospodarować siłami i końcówkę rozegrać na swoją korzyść. Innymi słowy, lepszy jest „kontrolowany” odpływ wyborców niż perspektywa skokowego załamania. Obecnie zatem toczy się gra na czas, w której chodzi o to, by osłabienie notowań PO i Donalda Tuska nie nastąpiło zbyt gwałtownie przed wyborami prezydenckimi.
Upadek mitów
Ponieważ kumulacja dynamiki zdarzeń, która jest oczywista, została odłożona w czasie i może się wymknąć spod kontroli, jest to niekorzystne dla PO i stwarza szersze pole gry dla PSL i opozycji. To poszerzenie pola manewru zaczyna już być zauważalne. Ostatnie miesiące okazały się – mimo wrażenia dominacji i ciągłego medialnego umacniania pozycji – nie najlepsze dla Platformy Obywatelskiej. Partia ta, która ma opinię formacji znakomicie potrafiącej w swoich działaniach wykorzystywać socjotechnikę i PR, straciła czujność. Zaczęła być zbyt pewna swego i popadła w rutynę, a poza tym im dłużej rządzi, tym bardziej się zgrywa i obnaża swą twarz.
Jak zauważyła Joanna Lichocka, w ostatnim czasie upadły dwa mity. Fiasko prac sejmowej komisji specjalnej ds. tak zwanych nacisków – mającej uprawdopodobnić jedną z głównych antypisowskich tez propagandowych o wykorzystywaniu przez partię Jarosława Kaczyńskiego, gdy była u władzy, aparatu państwa, w tym prokuratury i służb specjalnych, do pozaprawnych działań – oraz zakończenie na niczym szumnego śledztwa w sprawie laptopa Zbigniewa Ziobry podważyły wiarygodność i rzetelność PO, której czołowi politycy rzekome nadużycia władzy przez PiS przedstawiali publicznie jako oczywisty fakt.
Drugi mit, który upada w ostatnim czasie, to mit o profesjonalizmie rządzenia PO. Nieodpowiedzialne i dyletanckie działania ministra finansów, który nie panuje nad budżetem państwa i wmawia opinii publicznej, że czarne jest białe, czy przywłaszczenie przez rząd Donalda Tuska pomysłu Andrzeja Leppera (o którym liderzy PO wypowiadali się z pogardą), by ratować budżet państwa, zabierając zysk NBP, to żenujące widowisko. Minister Skarbu Państwa sprzedaje enigmatycznemu inwestorowi stocznię szczecińską, której rząd nie jest właścicielem w świetle prawa. To tak jakby Onufry Zagłoba sprzedawał jako swoje Niderlandy, a kupującymi byli Marsjanie. Sprawa zastanawiającego użyczenia domu przez niemieckiego biznesmena rzecznikowi rządu i niejasności z tym związane to kolejny przykład „profesjonalizmu” rządzenia i standardów (ulubione słowo premiera) w życiu publicznym.
Poza tym Platforma Obywatelska po kolei zaczęła zrażać do siebie środowiska i grupy społeczne, dzięki którym utrzymywała pozycję lidera. A więc establishment naukowy za zapowiedzi minister Kudryckiej zmiany systemu nadawania stopni naukowych i eksperymentów w dziedzinie finansowania nauki i szkolnictwa wyższego. Środowisko medyczne oraz szerokie kręgi społeczne za nieumiejętność przeprowadzenia operacji uzdrowienia służby zdrowia. Stoczniowców za wywieszenie białej flagi przed Brukselą i faktyczną zgodę na likwidację przemysłu stoczniowego. Środowiska twórców kultury za słabość polityki kulturalnej państwa i nieodpowiedzialną ustawę medialną. Ludzi młodych za pakiet antykryzysowy, który na rynku pracy pogarsza ich sytuację. Środowisko wiejskie za straszenie likwidacją KRUS i wprowadzeniem podatków, służby mundurowe za próby likwidacji przywilejów emerytalnych. Szumne zapowiedzi budowy dróg ekspresowych i autostrad okazały się bez pokrycia, co w okresie wakacyjnym szczególnie irytuje miliony polskich kierowców doświadczających na własnej skórze „cudów” Tuska.
Co prawda jeszcze nie jest zauważalny w sondażach odpływ wyborców od PO, ale tendencja spadkowa już się zaczęła. Opinia publiczna jeszcze nie dostrzega negatywnych aspektów rządów Platformy, lecz je coraz bardziej intuicyjnie wyczuwa. Niezadowolone z PO jest także środowisko dawnych (i obecnych?) służb specjalnych, czyli ludzi, którzy doskonale zdają sobie sprawę z faktycznego stanu państwa. Otwartym jest pytanie, jaka będzie dynamika tego zjawiska i kto na tym najwięcej skorzysta.
Odwrócenie sojuszy
Niezadowolenie służb zakomunikował opinii publicznej gen. Gromosław Czempiński, były oficer SB i były szef Urzędu Ochrony Państwa, który jawnym tekstem zasugerował, że przedstawiciele służb brali udział w powstaniu Platformy Obywatelskiej. Obecnie przeżywają coś na kształt rozczarowania. Nie przypadkiem wspierają wymierzone w PO działania Pawła Piskorskiego, który przy pomocy Stronnictwa Demokratycznego – dysponującego obecnie minimalnym poparciem społecznym, ale za to sporym majątkiem z czasów PRL – próbuje rozsadzić PO. Lansuje Andrzeja Olechowskiego jako kandydata na prezydenta, co wywołało duże zdenerwowanie wśród liderów PO. W 2000 roku Olechowski osiągnął drugi wynik w wyborach prezydenckich, a następnie został jednym z „ojców założycieli” PO. Ewentualny start Olechowskiego niewątpliwie odciągnie wielu wyborców od Tuska i spowoduje konieczność drugiej tury, czego, jak już wspomniano, stratedzy PO za wszelką cenę starają się uniknąć.
Jak wiadomo, Olechowski w swoim oświadczeniu lustracyjnym przyznał się do współpracy ze służbami specjalnymi PRL (Departament I MSW) właśnie wtedy, gdy pracował w instytucjach międzynarodowych. Już mniej wiadomo, że Olechowski nosił pseudonim „Must”, a jego oficerem prowadzącym był Gromosław Czempiński, o czym po raz pierwszy pisał bodaj w połowie lat 90. płk Henryk Bosak, który wciągał do służby Gromosława Czempińskiego, peerelowski funkcjonariusz służb specjalnych w beletryzowanej książce „Rezydent z Genewy”.
Część środowiska dawnych służb jest najwyraźniej niezadowolona z PO, zdaje sobie sprawę ze zbliżającego się przesilenia i szuka „konstruktywnych” dla siebie scenariuszy na przyszłość. Wobec nadchodzących wydarzeń chce odgrywać rolę języczka u wagi. Czeka na rozwój sytuacji i to, kto im więcej zaoferuje w zamian za poparcie. Ponieważ część środowisk medialnych jest powiązana ze środowiskiem służb, więc nieprzypadkowo od czasu do czasu w niektórych gazetach czy telewizjach pojawiają się krytyczne materiały np. o poszczególnych ministrach z gabinetu Donalda Tuska. Świadczą one o tym, że również część popierających PO środowisk medialnych artykułuje swoje niezadowolenie i zapewne brak wywiązania się z przyjętych zobowiązań.
Analizując objawy słabnięcia PO, trzeba wspomnieć o sprawie, która jest mało istotna dla opinii publicznej, ale niebagatelna dla środowiska polityków. Bardzo wiele krwi psują: arogancki styl rządzenia Platformy Obywatelskiej i wycinanie z szeroko rozumianego życia publicznego osób niezwiązanych z formacją Donalda Tuska oraz ogromna zachłanność na wszelkie funkcje i stanowiska zależne od rządu. Działacze PiS, SLD i PSL już wiedzą, że gdyby PO zrealizowała swój scenariusz i zdobyła pełnię władzy w państwie, oznaczałoby to dla pozostałych partii i środowisk politycznych ich całkowitą marginalizację.
Styl uprawiania polityki na zasadzie „zwycięzca bierze wszystko” odgrywa obecnie rolę katalizatora zjawiska polegającego na odwróceniu sojuszy. Powoduje, że pozostałe partie parlamentarne „ponad podziałami” zaczynają zacieśniać współpracę przeciwko Platformie Obywatelskiej. Dopóki PO miała pełnię siły, to co najwyżej szeptano po kątach, natomiast teraz nabrano śmiałości. Sytuacja przypomina bajkę o pięknym ptaku, który był tak wspaniały, że wszystkie koguty czuły przed nim respekt. Po jakimś czasie piękny ptak zgłodniał i gdy wrzucono do klatki karmę, rzucił się na nią z prostackim łakomstwem. Nimb niezwykłości prysł i koguty zadziobały pięknego ptaka.
Lipcowe wypowiedzi wicepremiera Pawlaka świadczą, że PSL zaczyna grać na dwa fronty, formalnie jest w koalicji rządzącej, ale źle traktowany przez znacznie silniejszą dziś PO jest otwarty na dialog z prezydentem Kaczyńskim oraz opozycją. Ludowcy są tzw. partią obrotową. Mogą się układać zarówno z prawicą, jak i lewicą. Tworzą koalicję z PO, ostatnio zacieśnili kontakty z PiS, a z SLD już dwukrotnie wspólnie rządzili krajem. Waldemar Pawlak długo czekał na odpowiednią chwilę, ale obecnie ma komfortową sytuację, bo już wie, że żaden przyszły rząd w tym czy w następnym parlamencie nie powstanie bez udziału PSL. Obszarem, który stanowi swoisty poligon doświadczalny dla testowania porozumienia wszystkich przeciwko PO, stała się ustawa medialna.
Podwójne weto
PO już dwukrotnie podjęła próbę zmiany ustawy medialnej. Już za pierwszym razem – w 2008 roku – arogancja Platformy i zrażenie SLD spowodowały, że weto prezydenta okazało się skuteczne. Prezydent w maju ubiegłego roku zawetował ustawę, ponieważ w jego opinii naruszała ona równowagę medialną oraz znacząco utrudniała wypełnianie przez media misji publicznej. Projekt umożliwiał bowiem odwołanie członków zarządów mediów publicznych przez ministra skarbu, a także przekazanie części obecnych kompetencji Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji do Urzędu Komunikacji Elektronicznej. Krytycy ustawy zwracali również uwagę, że nowelizacja ustawy medialnej zaproponowana przez PO oznacza zanik mediów publicznych oraz prowadzi do bezpośredniego uzależnienia szefostwa radia i telewizji od rządu. Ponadto jej wejście w życie to oddanie całego rynku mediów elektronicznych nadawcom komercyjnym oraz międzynarodowym korporacjom medialnym.
Grzegorz Napieralski, szef SLD, po fiasku rozmów z PO w sprawie ustawy medialnej głosił tezę, że Platforma chce rękami lewicy posprzątać bałagan po PiS, Samoobronie i LPR. Przy tym deklarował, że Sojuszowi zależy na mediach silnych, stabilnych finansowo i dalekich od wpływów politycznych. Tymczasem ustawa wprowadza niebezpieczne uzależnienie mediów od rządu i pokazuje, jakie są intencje jej pomysłodawców. Chodzi o opanowanie mediów i zastąpienie PiS, LPR i Samoobrony swoimi ludźmi. Ostatecznie, jak wiadomo, weto – dzięki głosom SLD – zostało podtrzymane i ustawa trafiła do kosza.
Wydawało się, że pomni tego doświadczenia politycy PO w pracach nad kolejną ustawą medialną będą się starali stworzyć szersze porozumienie w sprawie jej przyjęcia i dogadać się z SLD. Trwały wielomiesięczne konsultacje – choć owocem tego porozumienia jest wyjątkowo zły i szkodliwy projekt – i wyglądało na to, że tym razem jednak się uda. Ustawa wyszła z Sejmu mniej więcej w wersji uzgodnionej między PO, PSL i SLD, ale w Senacie zaczęły się schody. Nieoczekiwanie senatorowie PO znieśli ustawowe minimum finansowania mediów publicznych z budżetu państwa i tym samym złamali jedno z głównych postanowień porozumienia, co SLD odebrało jednoznacznie jako wypowiedzenie wspólnych uzgodnień. Odbyły się nerwowe konsultacje, w wyniku których przedstawiciele Platformy stwierdzili, że zaszło nieporozumienie i w Sejmie zostanie przywrócony pierwotny kształt ustawy.
Tymczasem nieoczekiwanie głos zabrał premier Tusk i stwierdził, że w dobie kryzysu nie stać państwa na gwarantowanie mediom publicznym stałego poziomu dotacji budżetowej. Sejm podtrzymał wersję senacką. SLD po raz drugi poczuł się oszukany. Prezydent po szerokich konsultacjach zawetował i tę ustawę.
Postawa PO i niepoważne traktowanie SLD skłoniły to środowisko do zacieśnienia współpracy z przeciwnikiem „symbolicznym”, czyli prezydentem oraz Prawem i Sprawiedliwością. Współpraca ma charakter – jak to zauważył znany z antykomunistycznych poglądów senator PiS Zbigniew Romaszewski – „sojuszu taktycznego”. Polega on na zakulisowym porozumieniu polityków obu środowisk, do którego oficjalnie nikt się nie przyznaje. Politycy wiedzą bowiem doskonale, że twardy elektorat PiS jest nastawiony antykomunistycznie, a twardy elektorat SLD jest nastawiony antypisowsko. Współpraca obu środowisk nie zostanie zrozumiana i może wzbudzić niezadowolenie wyborców, więc lepiej głośno o niej nie mówić. Na ten nowy sojusz życzliwym okiem patrzą ludowcy. Waldemar Pawlak jest częstym gościem w Pałacu Prezydenckim. PSL dowartościowane przez relatywnie niezły dla nich wynik eurowyborów jest najwyraźniej zmęczone trudną koalicją z PO i tradycyjnie broni mediów publicznych.
Po cichu trwały przygotowania do „spisku”, który miał polegać na tym, żeby doprowadzić do odrzucenia sprawozdania Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji przez Sejm (Senat już to uczynił), a wtedy sprawozdanie odrzuciłby prezydent. W takiej sytuacji, gdy trzy organy wyłaniające KRRiT nie przyjmują jej sprawozdania, z mocy obowiązującego prawa następuje jej rozwiązanie. Pod rządami obecnej ustawy jest dokonywany wybór nowej Rady, w której prezydent mianuje dwóch jej członków, Sejm głosami trójporozumienia: PiS – SLD – PSL wybrałby dwóch, jednego wskazanego przez ludowców, drugiego przez lewicę, a Senat, w którym PO ma bezwzględną większość, wskazałby swojego kandydata.
Tym sposobem powstałby układ doskonale zbilansowany. Trójporozumienie PiS – SLD – PSL miałoby bowiem całkowitą kontrolę nad sytuacją (do kworum i podejmowania decyzji potrzebne są trzy głosy), PiS wiedziałoby, że nie może zostać zmarginalizowane (bo bez dwóch głosów prezydenta KRRiT nie mogłaby podjąć żadnej uchwały), PO byłaby zmarginalizowana i nawet gdyby się dogadała z PiS, to i tak PSL i SLD mogłyby blokować działania Rady. Ta nowa KRRiT podzieliłaby tort medialny, czyli solidarnie i „ekumenicznie” powołałaby rady nadzorcze w mediach publicznych.
Ucieczka do przodu
„Spisek” został jednak zdemaskowany i marszałek Komorowski przesunął rozpatrzenie dorocznego sprawozdania KRRiT na wrzesień, a wicepremier Pawlak otrzymał od Donalda Tuska męskie ostrzeżenie za flirtowanie z opozycją. Szef PSL nie pozostaje dłużny i od lipca konsekwentnie dystansuje się od PO, krytykuje rząd, ostatnio za nieprzemyślaną i szkodliwą prywatyzację. W tej sytuacji zacieśniła się współpraca PiS – SLD. Obecna KRRiT wybrała nowe rady nadzorcze w mediach publicznych składające się z osób kojarzonych z PiS i SLD. Ludowcy w tym rozdaniu nie uczestniczyli, ale rozwój sytuacji przyjęli ze zrozumieniem.
Wśród liderów PO coraz bardziej zaczyna dojrzewać koncepcja, czy wobec coraz gorszej sytuacji gospodarczej i przetasowań politycznych nie lepsze byłoby sprowokowanie PSL do wyjścia z koalicji i doprowadzenie do jak najszybszych wyborów parlamentarnych. W ten sposób PO dokonałaby manewru ucieczki do przodu, czyli jeszcze na fali spadających, ale jeszcze dobrych wyników sondaży miałaby szanse osiągnąć przyzwoity wynik wyborczy. Poza tym wybiłaby z rytmu konkurencję polityczną, która swoje działania zaprogramowała na naturalny kalendarz wyborczy.
„Koalicja medialna” jest testem sprawdzającym, na ile niedawni przeciwnicy polityczni są zdolni do wspólnego działania. Pozytywny wynik testu może być zaczątkiem znacznie głębszej współpracy. PSL pozostaje w odwodzie. Odwrócenie sojuszy, czyli wspólne działanie wszystkich przeciwko PO i być może upadek obecnej koalicji rządzącej, może nawet doprowadzić do powstania przejściowego rządu bez udziału Platformy. Wrześniowe głosowania nad wetem prezydenta do ustawy medialnej i nad dorocznym sprawozdaniem Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji mogą zatem oznaczać nowe otwarcie.
Jan Maria Jackowski
