Chcemy poznać prawdę o tej śmierci
Z Arturem Górskim, posłem Prawa i Sprawiedliwości, rozmawiają Marta
Ziarnik i Paulina Jarosińska
Tuż po katastrofie rządowego samolotu Tu-154M udzielił Pan "Naszemu
Dziennikowi" wywiadu pt. "Oskarżam Moskwę". Czy dziś, pół roku po katastrofie,
nie żałuje Pan wypowiedzianych tam słów?
– Ależ te słowa były bardzo prawdziwe. Wynikały z ówczesnych silnych emocji, ale
też odpowiadały tym okruchom informacji, które do nas docierały, gdy wracaliśmy
pociągiem specjalnym z Katynia do Warszawy. Pamiętam te rozmowy między posłami,
ciągłe telefony, gorączkowe dzielenie się informacjami pozyskanymi z mediów i od
znajomych – także od dziennikarzy, którzy byli na miejscu katastrofy.
Komentarzom i hipotezom nie było końca, ale jakoś nikt nie wierzył, że to był
zwykły wypadek, przypadkowa katastrofa. Wiem, że większość kolegów posłów
myślała podobnie jak ja i dziś podpisaliby się pod moimi wypowiedziami z tego
wywiadu, ale wówczas nie mieli odwagi wyrazić swoich wątpliwości i podejrzeń.
Zresztą wtedy wszyscy byliśmy w szoku, cały Naród przeżywał traumę.
Jednak Pana słowa wywołały w niektórych kręgach oburzenie…
– Naród od początku w ocenach przyczyn tej katastrofy i odpowiedzialności za nią
był podzielony, i tak pewnie pozostanie. Oczywiście są środowiska filorosyjskie,
a także ludzie, którzy każdą podejrzliwość, każde postawione pytanie określają
jako przejaw spiskowej teorii dziejów, ale przecież w takich sytuacjach każdy
scenariusz trzeba brać pod uwagę. Przypomnę, że nie powiedziałem, iż oskarżam
Rosję o zamach, ale uważam, że i wówczas, i obecnie także tego scenariusza nie
można do końca wykluczyć. Wciąż pozostaje zbyt dużo tajemnic i nierozwiązanych
zagadek wokół tej śmierci. I zbyt wiele przesłanek co do jej przyczyn…
Zasugerował Pan także, iż są osoby, które mogły coś zyskać na śmierci tych 96
osób. Mógłby Pan sprecyzować, o kogo dokładnie wówczas Panu chodziło?
– Miałem na myśli Platformę Obywatelską i rząd oraz samego Bronisława
Komorowskiego. Już w pociągu, którym wracaliśmy do Warszawy, dotarły do nas
bowiem informacje o pierwszej próbie przejęcia kontroli nad Instytutem Pamięci
Narodowej przez ludzi marszałka Komorowskiego. Zresztą wszyscy doskonale zdawali
sobie sprawę – i my, i politycy PO – że wraz ze śmiercią prezydenta władza
przechodzi na drugą osobę w państwie, czyli na marszałka Sejmu. A to oznaczało,
że w jednej chwili – przynajmniej na kilka miesięcy – PO zdobyła pełnię władzy w
państwie. I oni ten skok na państwo zrobili bez żadnych skrupułów, zanim jeszcze
– można powiedzieć – na dobre ostygło ciało świętej pamięci prezydenta
Kaczyńskiego. Nasi oponenci polityczni kalkulowali, że ta śmierć bardzo nas
osłabi i zwiększy ich szanse na wygranie wyborów prezydenckich, bo my
straciliśmy swego naturalnego kandydata.
Ale przecież mogli spodziewać się reakcji ludzi na tę śmierć. Nawet w mediach
zaczęto niespodziewanie dobrze mówić o parze prezydenckiej…
– W tych pierwszych godzinach po katastrofie nikt jeszcze nie wiedział, jak
zachowają się zwykli ludzie, nikt nie mógł przewidzieć reakcji Narodu na to
wydarzenie. My także nie spodziewaliśmy się, że ta śmierć tak bardzo poruszy
Polaków, że setkami tysięcy będą przyjeżdżać do Warszawy, by oddać ostatni hołd
parze prezydenckiej. To było fantastyczne zjawisko. Egzamin z patriotyzmu
pięknie zdany przez obywateli. Natomiast polityków PO te tłumy pod Pałacem
Prezydenckim przerażały. Prawie natychmiast rozpoczęli akcję niszczenia pamięci
po prezydencie Kaczyńskim, bo przestraszyli się jego mitu, a później tego, że
zatriumfuje zza grobu zwycięstwem wyborczym swego brata Jarosława. Dlatego
uknuli absurdalny zarzut, że Jarosław Kaczyński chce wygrać wybory "na trupie
Lecha Kaczyńskiego". Oni naprawdę przestraszyli się siły odkłamanego wizerunku
prezydenta i jego szlachetnej małżonki. I dziś się wydaje, że ta siła
rzeczywiście mogła dać nam zwycięstwo.
Trudno nie oceniać początku prezydentury Bronisława Komorowskiego w
kontekście Smoleńska, sporu o krzyż i właśnie pielgrzymki rodzin ofiar…
– Widać, że ta prezydentura jest bez koncepcji, że niemalże człowiek przypadkowy
został wybrany na prezydenta Polski. I widać, że Bronisław Komorowski źle czuje
się jako mieszkaniec Pałacu Prezydenckiego. Gdy rozpoczął się spór o krzyż
smoleński postawiony pod pałacem przez Naród – który to spór zainicjował zresztą
sam Komorowski – zaczął on nagle przebąkiwać o chęci przeprowadzki do Belwederu.
Ludzie modlący się pod tym krzyżem wyraźnie go irytowali i dlatego chciał jak
najszybciej go usunąć. I w końcu to zrobił!
Ale czy nie uważa Pan, że ten krzyż z jeszcze innego powodu tak niepokoił
nowego prezydenta?
– Też mi się tak wydaje. Cały czas przypominał on bowiem Komorowskiemu o tej
katastrofie i jego poprzedniku. Obecny prezydent obawia się, że pamięć o Lechu
Kaczyńskim przyćmi jego panowanie, dlatego wpisał się w politykę rządu
niszczenia tej pamięci. Wyrazem tej polityki w wykonaniu prezydenta
Komorowskiego jest nie tylko usunięcie krzyża, ale także upamiętnienie tej
katastrofy przez niewielką tablicę umieszczoną na budynku pałacu nawet bez
obecności rodzin ofiar katastrofy. Przecież ta tablica to kpina z tych
wszystkich Polaków, dla których pamięć o prezydencie RP Lechu Kaczyńskim jest
ważna.
I te działania rządu na rzecz marginalizowania tragedii i zasług prezydenta
Kaczyńskiego odnoszą zamierzony skutek.
– Można odnieść wrażenie, że posłowie PO, członkowie rządu, a wreszcie obecnie
panujący nam prezydent nie zdają sobie sprawy, czym ta tragedia jest dla Polaków
i jaki ma wpływ na nasze dzieje. A może wręcz przeciwnie – zdają sobie sprawę,
ale wolą na tę śmierć patrzeć w kategoriach wyłącznie partykularnych,
partyjnych, bo Lech Kaczyński był związany z PiS. Nie potrafią wyzwolić się ze
swojej małostkowości i dojrzeć ważności tego tragicznego zdarzenia dla losów
Polski. I w tym kontekście pielgrzymka do Smoleńska pod patronatem pani
prezydentowej Komorowskiej jest nieudolną próbą zachowania twarzy. Ale czy to
jest szczera chęć oddania hołdu ofiarom katastrofy w Smoleńsku, gdy prezydent
Komorowski sprzeciwia się godnemu upamiętnieniu ofiar katastrofy w Warszawie,
gdy nie chce palca przyłożyć do budowy pomnika, który kolejnym pokoleniom będzie
przypominał o śmierci najważniejszych ludzi w państwie, którzy zginęli podczas
służby dla Ojczyzny?
Wróćmy jeszcze do tego wywiadu sprzed sześciu miesięcy. Zasugerował Pan
wówczas, iż "można powiedzieć, choć bez stuprocentowej pewności, bo dziś bez
namacalnych dowodów, że Rosja jest w jakimś sensie odpowiedzialna za tę
katastrofę, za ten nowy Katyń". Dziś te słowa, nabierają dodatkowego
znaczenia…
– Oczywiście, że nie ma bezpośrednich dowodów co do przyczyny katastrofy i
pewnie nigdy do końca jej nie poznamy, bo żadna wersja może nie być całkowicie
wiarygodna wobec zatarcia wielu śladów i braku ważnych dokumentów. Ale przecież
są pewne dowody potwierdzające, że wypowiedziane przeze mnie wówczas słowa
odpowiadały jednak prawdzie. Wiemy już dzisiaj z całą pewnością, nawet Rosjanie
to przyznają, że lotnisko pod Smoleńskiem nie było przygotowane do przyjmowania
tego rodzaju samolotów, że jego infrastruktura jest w skandalicznym stanie i nie
gwarantowała bezpiecznego lądowania. Mam tu na myśli choćby oświetlenie w pasach
podejścia do lądowania, podczas mgły szczególnie istotne, które było
zdewastowane. Ponadto pracownicy wieży, którzy naprowadzali samolot na pas
lądowania, byli dość przypadkowi – przysłani z różnych części Rosji nie znali
uwarunkowań lotniska smoleńskiego. I wreszcie sama postawa władz rosyjskich.
Rosjanie zachowują się tak, jakby bali się dojścia do prawdy. Najpierw winę
zrzucili na pilotów, zanim cokolwiek było wiadomo, a później utrudniali
śledztwo, nie przekazując najważniejszych dokumentów i czarnych skrzynek. Czy to
nie może budzić podejrzeń o brak czystych intencji?
Jednak te Pańskie słowa o odpowiedzialności Moskwy za katastrofę szybko
obiegły świat i wywołały oburzenie nie tylko w rosyjskich mediach. Podobno
później przeprosił Pan za te słowa…
– W tej rozmowie nie było nic, za co bym musiał przepraszać. Gdy zadzwonił do
mnie rosyjski dziennikarz, wyjaśniłem mu okoliczności powstania rozmowy, a
następnie odesłałem go do oświadczenia opublikowanego w "Naszym Dzienniku". A on
napisał później, że przeprosiłem za moje słowa. Nie przeprosiłem, choć od
kolegów z Klubu usłyszałem: "Dobrze, że to powiedziałeś, i dobrze, że
przeprosiłeś". My chyba za bardzo boimy się reakcji Rosji na nasze pytania i
wątpliwości, ale także krytyki ze strony liberalnych mediów, które na siłę chcą
ubrać nas w szaty antyrosyjskie. A my tylko chcemy poznać prawdę o tej śmierci.
A czy dziś nie żałuje Pan, że wraz z grupą posłów nie pojechał wprost z
Katynia na miejsce katastrofy? Może wówczas możliwe byłoby wywarcie na
Rosjanach, ale też polskim rządzie, jakiegoś nacisku, dzięki któremu mielibyśmy
dzisiaj m.in. komisję międzynarodową.
– To nie było możliwe, bo tam nie było z kim rozmawiać. Zresztą od takich spraw
jest rząd, a nie posłowie, nawet najbardziej zainteresowani wyjaśnieniem
okoliczności katastrofy. Ci z kolegów, którzy przyjechali do Katynia własnymi
samochodami, natychmiast pojechali na smoleńskie lotnisko. Pozostali chcieli jak
najszybciej wracać do Warszawy, bo wiedzieliśmy, że jesteśmy potrzebni w Polsce,
by na miejscu chronić instytucje, które wcześniej znajdowały się pod opieką
głowy państwa. I wiedzieliśmy, że naszym obowiązkiem jest dać Narodowi
świadectwo tamtych tragicznych chwil, gdyż byliśmy bardzo blisko tej śmierci.
Jakie błędy w takim razie popełnił rząd na czele z premierem Donaldem
Tuskiem?
– Rząd nie zadbał – co było jego obowiązkiem – by Rosjanie zabezpieczyli
należycie teren katastrofy i sam wrak samolotu. Nie dopilnowano też, by przy
sekcjach zwłok byli polscy prokuratorzy, a nasi eksperci i śledczy mieli
natychmiastowy dostęp do wszystkich dowodów i dokumentów. Przede wszystkim
jednak nie podjęto próby przejęcia śledztwa z rąk Rosjan, do czego uprawniały
nas umowy międzynarodowe. Wiemy, czego rząd nie zrobił, nie wiemy, dlaczego tego
nie zrobił. Można odnieść wrażenie, że strona rządowa prowadziła działania
pozorowane.
Donald Tusk bał się reakcji Moskwy?
– Nie może być tak, że obawa przed zmarszczeniem brwi przez "Wielkiego Brata" ze
wschodu nas paraliżuje. Nasi rządzący w tych dramatycznych chwilach i kolejnych
miesiącach zachowywali się tak, jakby chcieli przeprosić Rosjan, że na ich
terytorium spadł polski samolot z polskim prezydentem.
Czy wobec tego zauważa Pan jakieś pozytywne działania w kierunku wyjaśnienia
przyczyn katastrofy smoleńskiej? Przybliżyć nas do prawdy może zespół
parlamentarny posła Antoniego Macierewicza?
– Przewodniczący Antoni Macierewicz jest zdeterminowany, aby przynajmniej
zbliżyć się do wyjaśnienia przyczyn katastrofy smoleńskiej. Zespół jest
instrumentem formalnym, narzędziem, dzięki któremu można dobijać się do prawdy.
I Macierewicz skutecznie to robi, poprzez prowadzenie wraz z innymi posłami
swoistego śledztwa. Szkoda, że wśród posłów innych klubów znów zwyciężyło
myślenie partyjne i że nie weszli oni w skład tego zespołu. Gdyby politycy
wszystkich partii naprawdę chcieli odkryć przyczyny katastrofy, toby do zespołu
wstąpili i razem z nami pracowali, nie obawiając się negatywnej reakcji władz
swoich ugrupowań. Ale im chyba naprawdę nie zależy na odkryciu prawdy. Mówią, że
co się stało, to już się nie odstanie, że przecież nasze działania nie ożywią
ofiar katastrofy, że nie jest ważne, jaka była faktyczna przyczyna katastrofy,
gdyż liczy się tylko fakt katastrofy. My się z takim myśleniem nie zgadzamy.
Uważamy, że Naród zasługuje na to, by poznać pełną prawdę o tym wydarzeniu.
Jeśli rząd do tej prawdy nie dąży, to znaczy, że się kompromituje.
"Reakcje Polaków, ten wybuch ogólnonarodowego patriotyzmu w strumieniach
wylewanych łez po utracie głowy państwa pokazują, że nasz Naród wciąż jeszcze
żyje, że czuje i myśli po polsku. Być może ta tak bezsensowna śmierć wyda
jeszcze wspaniałe owoce dla Polski i Polaków" – to też Pańskie słowa. Czy te
nadzieje się spełniły?
– Gdy to mówiłem, wydawało się, że ta tragedia odmieni Naród, że ludzie obudzą
się z letargu, w który zapadli, że wreszcie upomną się o swoje prawa. Nic
takiego się jednak nie stało. Widać, że ta katastrofa po wielu umysłach i
sumieniach spłynęła jak woda. Ludzie w większości znów błogo i bezrefleksyjnie
poddają się manipulacji mediów i uśmiechom polityków PO. Gdy obserwuję obecne
reakcje wielu osób na nasze uporczywe pytania o katastrofę, to zastanawiam się,
gdzie są ci Polacy, którzy nierzadko po kilkanaście godzin stali, by złożyć hołd
parze prezydenckiej.
Czyli uważa Pan, że już ich nie ma?
– Są, tylko tym ludziom często brakuje odwagi, by w nieprzyjaznym otoczeniu
wypowiadać swoje poglądy, walczyć o nie i dawać ich świadectwo. Tyle że nie
możemy bać się zabiegać o prawdę. Bo prawda zawsze w końcu zwycięży!
Dziękujemy za rozmowę.
