Było i będzie źle
Niemal powszechnie przyjęło się mówić, że o wysokości obecnych i
przyszłych emerytur decydują pokolenia młodych Polaków, tych, którzy już
pracują, i tych, którzy podejmą pracę w następnych latach. Przyszły pracownik,
mający na utrzymaniu własną rodzinę, będzie zmuszony dodatkowo utrzymywać
nieznane mu osoby. Jeśli w ten sposób przedstawia się młodym perspektywę ich
przyszłej pracy, to nie dziwmy się, że już teraz skłonni są jej szukać za
granicą. Równie niezadowoleni, a nawet wręcz oburzeni są obecni i przyszli
emeryci, którzy dowiadują się, że odkładana, a raczej zabierana im przez całe
życie obowiązkowa składka emerytalna, nie daje im szans na godną jesień życia i
że jacyś następni młodzi Polacy będą musieli ich utrzymywać.
Oczywiście jest faktem, że kurczymy się demograficznie i że nie jest to już
kryzys demograficzny, ale demograficzna katastrofa. Rodzi się coraz mniej
dzieci, a równocześnie w szybkim tempie przybywa osób przechodzących na
emerytury. Od ponad 20 lat tzw. współczynnik zastępowalności pokoleń, który
powinien wynosić minimum 2.1, jest u nas średnio na poziomie 1.5, co oznacza, że
polskie społeczeństwo gwałtownie się starzeje, wymiera. Równocześnie zadłużony
ZUS, stale dofinansowywany z budżetu państwa, ma coraz większe problemy z
wypłatą świadczeń emerytalnych. Państwo w celu łatania dziury budżetowej
zabiera, a raczej kradnie, także te pieniądze, które zgromadzono na funduszu
rezerwy demograficznej. A przecież fundusz ten powstał po to, aby utrzymać
realną wartość wypłacanych emerytur.
Kiedy w 1999 roku reformowano system ubezpieczeń społecznych, miał się on stać
"bardziej przejrzysty" i oparty na tzw. umowie międzypokoleniowej. ZUS, czyli
pierwszy filar, pozostał jak dawniej obowiązkowy. Również drugi filar, czyli OFE,
dla wszystkich urodzonych po 1968 roku stał się obowiązkowy. OFE otrzymują od
ZUS część składki płaconej przez pracodawcę i inwestują za pomocą Powszechnych
Towarzystw Emerytalnych. Trzeci filar, jako jedyny nieobowiązkowy, utworzono dla
tych, którzy chcą dodatkowo i na własną rękę pomnażać swoje oszczędności głównie
dzięki TFI (Towarzystwom Funduszy Inwestycyjnych).
System emerytalny w Polsce, realizowany przez obowiązkowy państwowy ZUS,
zasilający prywatne firmy OFE polega de facto na uwłaszczeniu się tych filarów
na emeryturach Polaków. Obciążeni obowiązkową składką emerytalną pracownicy nie
mają najmniejszego wpływu na koszty, jakie generują te instytucje, ani na
sposoby i efekty inwestowania gromadzonych przez nich pieniędzy. System
emerytalny, jako część systemu ubezpieczeń społecznych, traktuje się jako część
systemu podatkowego. ZUS i OFE to gigantyczny fiskus, kolejny urząd skarbowy,
który zabiera pieniądze, niczego w zamian nie gwarantując, a już szczególnie
wysokości przyszłej emerytury. ZUS staje się także sposobem na ratowanie
finansów publicznych, choćby przez ostatnią zmianę wysokości obowiązkowej
składki do II filaru. Więcej składki zostaje w ZUS, mniej otrzymuje OFE, które
oczywiście jak ZUS również niczego na przyszłość nie gwarantują. Chęć czerpania
korzyści z części składki wypłacanej przez ZUS na OFE mają także TFI. Chciałyby
także, czego pomysłodawcą i promotorem jest prof. Leszek Balcerowicz, zarządzać
OFE. Jak by to się skończyło, wie każdy, kto śledził "sukcesy" NFI (Narodowych
Funduszy Inwestycyjnych), które wydrenowały Polskę z narodowego majątku, a
wzbogaciły jedynie osoby zarządzające tymi funduszami.
Znalezienie rozwiązania dla tej patologicznej sytuacji jest możliwe tylko
poprzez zdecydowaną przebudowę państwa, które na pierwszym miejscu będzie
stawiać interes swoich obywateli, podatników, a nie instytucji
publiczno-prywatnych żerujących na państwie i jego obywatelach. Niestety, na to
się przez najbliższe lata nie zanosi.
Wojciech Reszczyński
Autor jest komentatorem w Programie 3 Polskiego Radia SA.
