Byłem solą w oku dla całego środowiska

Z Janem Budziaszkiem, perkusistą zespołu Skaldowie, który w roku 1984 przeszedł przemianę duchową, zmieniając radykalnie swoje życie, organizatorem koncertu ewangelizacyjnego „Jednego Serca. Jednego Ducha” w Rzeszowie, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler


Pana ojciec był znanym mistrzem budowlanym. Jak to się stało, że nie poszedł Pan w jego ślady, tylko zainteresował się poważnie muzyką?


– W moim domu rodzinnym grało się bez przerwy. Mój ojciec grał na akordeonie, na skrzypcach, na mandolinie. Właściwie wszystkie uroczystości rodzinne wyglądały w ten sposób, że przychodziła bardzo duża rodzina (tata miał pięć sióstr i brata, mama – dwie siostry i brata) i cały wieczór się śpiewało. Potem, jak już zacząłem trochę odrastać od ziemi, gdy miałem dziesięć lat, zacząłem uczyć się gry na akordeonie. Po niedługim czasie akompaniowałem tym wszystkim śpiewom w domu. Proszę sobie wyobrazić, że od małego marzyłem, żeby pójść do szkoły muzycznej, natomiast zdarzyło się zupełnie inaczej. Po latach dowiedziałem się od mamy, że gdy kończyłem szkołę podstawową, ojciec codziennie wieczorem klęczał na kolanach i modlił się, bym nie poszedł do szkoły muzycznej, ponieważ zawód muzyka – nie wiem, dlaczego – kojarzył mu się z knajpą, alkoholem i podejrzanymi kobietami, i chciał mnie przed tym uchronić. Nie spędziłem więc ani pięciu minut w szkole muzycznej, a objechałem kulę ziemską i grałem z najwybitniejszymi muzykami jazzowymi świata. Będę grał do końca życia, bo takie powołanie przepisał mi mój lekarz – Pan Bóg.


Jakie więc wartości wyniósł Pan z domu rodzinnego?


– W latach 70. XX wieku byłem już po trzech czy czterech nagranych płytach długogrających. Byłem wielką gwiazdą w Polsce, ale jak szliśmy z moim ojcem przez Rynek w Krakowie, to na dziesięciu ludzi, którzy się nam kłaniali, ośmiu kłaniało się jemu. Byli to zazwyczaj wybitni profesorowie, a on był przecież prostym robotnikiem, układającym im kafelki w łazienkach. Dlaczego tak się działo? Dlatego że ojciec, gdziekolwiek wchodził ze swoją robotą, wnosił do niej wielką miłość, był artystą. Dzisiaj zatraciło się trochę rozumienie pojęcia artysty. Artysta to wcale nie znaczy tylko muzyk, tancerz, malarz czy aktor, ale artysta w swoim fachu – to ktoś jedyny, niepowtarzalny, napędzający miłością swój produkt, który zostawia dla następnych pokoleń. Ojciec nie żyje już wiele lat, a niektóre roboty wykonane przez niego jeszcze przed wojną trwają do dziś. Gdy chodziłem do szkoły podstawowej, pracowałem jako pomocnik u mego taty – nosiłem piasek, wapno, cement. Powtarzał mi: „Jeżeli cokolwiek robisz w swoim życiu, nieważne, czy zamiatasz ulicę, czy jesteś kimś ważnym, rób to tak, jakby to była ostatnia szansa w twoim życiu. Jeżeli to, co robisz, napełnisz miłością, to każdy człowiek, który się z tym zetknie, zostanie tą miłością zarażony i ludzie nie pozwolą ci umrzeć z głodu, bo zawsze będzie na ciebie zapotrzebowanie. Liczy się tylko to, co zostanie po nas dla następnych pokoleń”.


Czy od początku myślał Pan o perkusji?


– A skąd. Zanim skończyłem szkołę podstawową, rodzice posłali mnie do Młodzieżowego Domu Kultury na Krowoderską w Krakowie, bym opanował dobrze grę na akordeonie. Instruktor, który prowadził klasę akordeonu, prowadził również młodzieżowy big-band.

Raz dał mi do ręki saksofon, innym razem klarnet, trąbkę, chciał zobaczyć, z którym instrumentem najlepiej sobie radzę. Testując kolejny instrument, posadził mnie za bębny. Był to rok 1956, miałem wtedy 11 lat.


I do tej pory jest Pan wierny tym bębnom?


– Tak zostało. Od roku 1961 grałem w kilku krakowskich zespołach, a później dołączyłem do Skaldów. Sam nie wiem, jak to się stało, ponieważ jedyną muzyką, o której marzyłem, był jazz.


Między innymi grał Pan ze Stańką…


– Ze Stańką, Kisielewskim, Namysłowskim, Muniakiem, Menclem, dwa lata ze Śmietaną, z którym odbyłem najwspanialsze tournée po czterdziestu uniwersytetach w Stanach Zjednoczonych. Codziennie przez cztery miesiące graliśmy z inną amerykańską orkiestrą i z wieloma wspaniałymi muzykami jazzowymi.


Jak więc trafił Pan do Skaldów?


– Skaldowie powstali w październiku 1965 roku, a ja dołączyłem do nich w październiku 1966 roku. Przed nimi grałem w zespole Dżamble, później ze Stańką oraz w zespole Szwagry. Z Andrzejem Zielińskim spotkałem się już w szkole podstawowej. Przychodził do Młodzieżowego Domu Kultury, żeby pograć muzykę rozrywkową. W szkole muzycznej przy ul. Basztowej, w której się uczył, było to zabronione. Tak się zaczęła nasza znajomość. Gdy w 1966 roku pojawiły się pierwsze niepokoje w zespole Skaldowie, były przepychanki składowe, zgłosili się do mnie bracia Zielińscy i zaproponowali mi pracę. Szczerze mówiąc, tylko jedna rzecz imponowała mi wówczas u Skaldów. Byli już wtedy po dwóch filmach i wygranym festiwalu w Opolu. Miałem wówczas 21 lat, grałem w krakowskich zespołach, a tu nagle pojawiła się szersza perspektywa grania – większe koncerty, autografy, nagrania płyt w studiu w Warszawie. To mi wówczas imponowało i dałem się wciągnąć do zespołu, w którym już pozostałem. Dzisiaj dopiero dojrzewam do muzyki Andrzeja. W latach 80. miałem siedmioletnią przerwę, grałem wówczas z Marylą Rodowicz, z grupą Pod Budą i w różnych formacjach jazzowych.


Sukcesy Skaldów przypadły na czasy głębokiej komuny. Czy muzyka dawała Panu specyficzne poczucie wolności?


– Tak było. Poza tym pojawiły się podróże zagraniczne, na które sam bym sobie nie mógł pozwolić, i jeszcze mi za to płacili. Byłem w Krakowie rozchwytywanym perkusistą. W wielu krakowskich klubach studenckich grało się bez przerwy. Teraz są tam didżeje, którzy puszczają muzykę mechaniczną, a my codziennie graliśmy na żywo.


Kiedy zaczęła się Pana przemiana duchowa?


– Moja przemiana rozpoczęła się w 1984 roku. Podobno był to rok odkupienia, było bardzo dużo nawróceń na całej kuli ziemskiej. Ponieważ żona miała na głowie dom, dzieci i pracę, a ja cały czas podróżowałem, to żeby ją odciążyć, przynajmniej na miesiąc zabierałem dzieci na wakacje. Mieliśmy wykupiony na stałe pokój w Chałupach na Helu. W tamte wakacje żona jednak postanowiła pojechać razem z dziećmi. Poszedłem w lipcową niedzielę na Mszę św. do mojego kościoła parafialnego w miasteczku Akademii Górniczo-Hutniczej i usłyszałem, że wychodzi krakowska pielgrzymka na Jasną Górę, i jest prośba do mieszkańców parafii, by odstąpili trochę podłóg dla pielgrzymów, którzy dzień wcześniej przyjadą do Krakowa. Pomyślałem, że mam duże mieszkanie, a jestem teraz sam, więc co mi zależy. I zgłosiłem się. Zatrzymała się u mnie grupa 17 Niemców. Od razu poprosili, żebym zaprowadził ich na grób Siostry Faustyny. Zrobiłem mądrą minę i powiedziałem: „Oczywiście”. Pomyślałem sobie: „Kurczę, słyszałem, że jest to gdzieś w Krakowie, ale gdzie? Nie mam pojęcia!”. Oni jechali 1300 km z Münster, aby mnie zaprowadzić do Łagiewnik, gdzie mam tylko kilka przystanków tramwajem. Przez cztery dni razem modliliśmy się i zwiedzaliśmy Kraków. W końcu w dniu, w którym wychodziła krakowska pielgrzymka, zacząłem się z nimi żegnać. Ponieważ mieli bardzo dużo bagaży, postanowiłem ich odprowadzić pod Wawel, gdzie na Bernardyńskiej włożyliśmy ich plecaki na samochody. Znów zacząłem się z nimi żegnać, lecz usłyszałem jakiś wewnętrzny głos: „A może poszedłbyś z nimi jeszcze na Mszę Świętą?”. Zostałem więc na Eucharystii. Na dziedzińcu zamkowym było kilka tysięcy młodzieży z gitarami, szybko mi się udzieliła radosna atmosfera. Pomyślałem więc, że po Mszy św. przejdę jeszcze kawałek z pielgrzymką przez miasto. Byłem tylko w klapkach na bosych nogach, tak jak chodzę po mieszkaniu, i w podkoszulku. Nie wiem, jak to się stało, że przeszedłem z pielgrzymką 27 kilometrów i znalazłem się z nią na pierwszym noclegu w Smardzowicach.


Poszedł więc Pan na pielgrzymkę przypadkowo?


– Tak. Ktoś dał mi koc, żebym przespał się w stodole. Rano, gdy się obudziłem, nie wiedziałem, gdzie jestem. Ponieważ prawie codziennie śpię w innym hotelu, mam taki zwyczaj, że zanim wstanę, zawsze zastanawiam się, na którą stronę wstaję dzisiaj, bo w hotelach zwykle łóżka są różnie usytuowane. Nie wiedziałem, czy mam wstać na lewą, czy na prawą stronę, dopiero po chwili doszło do mnie, że leżę na podłodze na sianie. Pomyślałem: „Jak teraz dojadę do Krakowa?”. Postanowiłem dojść do jakiegoś pierwszego skrzyżowania i złapać autostop do Krakowa. Nie pamiętam, co było później – to sześć dni wyjętych z mojego życiorysu. Na bosaka, bez kromki chleba i szczoteczki do zębów, stanąłem przed Cudownym Obrazem na Jasnej Górze. „Ale co ja tu robię?” – myślałem. Nie szedłem przecież z zamiarem, żeby się modlić, nie miałem żadnych intencji, szedłem tylko odprowadzić moich Niemców na Wawel. Gdyby mnie wtedy ktoś zapytał, po co idziesz, naprawdę nie potrafiłbym odpowiedzieć.


Dopiero później zrozumiał Pan, że to Pan Bóg tutaj Pana przyprowadził?


– Tak. Dopiero dzisiaj wiem, że to On mnie wtedy przyprowadził na Jasną Górę, bo jestem dla Niego bardzo ważny. Wyciągnął mnie od najbardziej rozrywkowego stołu w Krakowie, miałem ksywę „Jan Budziaszek, wytwórnia flaszek” i prowadziłem bardzo beztroskie życie. Pędziłem bimber, hodowałem marihuanę, podobno byłem dobry w astrologii i chiromancji, a świętą księgę taoistów znałem na pamięć. Obowiązkiem było, żeby artyści, którzy przyjeżdżali do Krakowa, pojawili się w piwnicy u Budziaszka, bo tutaj można było zapalić sobie jointa, napić się świeżej gorzały i jeszcze powróżyć.


Miał Pan szczęście, że nie wpadł Pan w żaden nałóg…


– Bogu na kolanach dziękuję, szczególnie w obecności moich kolegów alkoholików czy narkomanów, że ochronił mnie przed nałogiem. Po każdym wprowadzeniu się w stan nieważkości bardzo chorowałem. Na czym polega nieszczęście alkoholików? Na tym, że ich organizm domaga się leczenia trucizną. Tym, czym się zatruli, tym muszą się leczyć. A ja na samą myśl o alkoholu już byłem nieżywy. To jest najbardziej potworna choroba. Mam przyjaciół, którzy dzwonią do mnie i mówią: „Janek, ratuj, ja wiem, że robię krzywdę mojej żonie i dzieciom, ale jadąc z pracy, o niczym innym nie myślę, tylko o butelce schowanej w piwnicy pod węglem”. Może to, co teraz powiem, będzie zgorszeniem dla wielu tzw. sprawiedliwych, ale osobiście nie żałuję tamtego okresu – widocznie Pan Bóg przeprowadził mnie taką drogą. Gdy przychodzę do młodych ludzi, np. do ośrodka dla narkomanów, to nie mówię im, żeby nie palili „trawy”, tylko opowiadam im, jak ten narkotyk działa, daję konkretne przykłady, jakie to jest oszustwo, jaka ułuda. Gdy idę do alkoholików, wiem z kolei, co to jest kac, i na tym polu mogę im pomagać.


Słyszałem, że był Pan od dziecka zapisany do Rycerstwa Niepokalanej, lecz Pan o tym nie wiedział. Jak to możliwe?


– Naprawdę nie wiedziałem. Miałem 46 lat, jak się dowiedziałem, że jestem w Rycerstwie Niepokalanej i że mnie osobiście do niego wprowadził św. Maksymilian Maria Kolbe. Pewnego dnia szukałem w domu w szufladzie jakiegoś dokumentu. Szarpnąłem szufladę, a jej zawartość wysypała się na podłogę. Z dużej, szarej koperty wysunął się rąbek niebieskiej legitymacji. Patrzę, a to jest „Dyplom Milicji Niepokalanej”. Otwieram pierwszą stronę i widzę wpis: „Jan Budziaszek przyjęty do Rycerstwa Niepokalanej 7 kwietnia 1947 roku”. Okazało się, że na legitymacji widniał podpis samego ojca Maksymiliana Kolbego, który tę książeczkę musiał podpisać przed wojną in blanco.


Czyli to też jakiś znak…


– Nie ma przypadków na świecie. Świat jest doskonale urządzony, gdybyśmy tylko potrafili odczytywać Boże znaki, które dostajemy. Bardzo często powtarzam: „Codziennie dajesz mi, Panie, znaki, a ja wciąż szukam innych znaków”. Wszystko mieści się w genialnym planie Bożym, tylko trzeba iść tą drogą. Czasem się trzeba przewrócić, czasem nogę złamać, bo wszystko jest łaską. Gdy to zrozumiałem, moje życie w jednej chwili przewróciło się do góry nogami. Zacząłem z różańcem jeździć po całym świecie.


Po Pana przemianie środowisko artystyczne odwróciło się od Pana?


– Tak, trwało to siedem lat. Nie jest przyjemne, gdy twoi najbliżsi przyjaciele odwracają się od ciebie…


Uznali Pana za wariata?


– I to poważnego. Nie mogli pojąć tego, co się stało, bo byłem ich pupilkiem, duszą towarzystwa. Jak trzeba było opowiadać kawały damsko-męskie, to nikt nie miał prawa mnie przebić. Nagle wszystko się urwało. Było to tak bolesne dla środowiska, że wyrzucono mnie nawet z zespołu, który był dla mnie najwspanialszym układem towarzyskim na świecie. Ból był tym większy, że nie wyrzucili mnie z roboty dlatego, że źle grałem. Byłem tam jednym z najlepszych instrumentalistów, ale nie chcieli już takiego Budziaszka. Kiedyś znany poeta Zbyszek Książek powiedział mi: „Myśmy myśleli w Krakowie, że ty nam chcesz udowodnić, że jesteś od nas lepszy”. W życiu bym tego nie wymyślił. Byłem solą w oku dla całego środowiska, moi najlepsi przyjaciele, jak mnie widzieli, przechodzili na drugą stronę ulicy.


Od lat jeździ Pan z rekolekcjami po całym świecie. Jak są one odbierane przez ludzi, w końcu nie staje przed nimi osoba duchowna, tylko świecka, i to w dodatku perkusista? Co chce Pan przekazać ludziom?


– Nie wiem, jak są odbierane, ale na dwa lata do przodu mam zapięty kalendarz na Wielki Post i Adwent. Dostaję zaproszenia od uczelni, instytutów teologicznych, seminariów, różnych parafii w Polsce i na świecie. Dziwię się tylko, dlaczego. Ostatnio, tydzień przed Świętami Bożego Narodzenia, byłem w Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu, gdzie miałem spotkanie nie tylko ze studentami, ale i z wykładowcami. Poznałem tam fantastycznych profesorów. Jedynym moim zadaniem jest opowiadać innym o tym, co się wydarzyło w moim życiu, a czego ja nie jestem autorem, i udowodnić im, że każdy z nich jest w oczach Boga jedyny, niepowtarzalny, najwspanialszy na kuli ziemskiej. Mówię im: „Wiecie, po co do was przyjechałem? Żeby wyżebrać od was dotyk dłoni”. Dłonią przekazujemy sobie znak pokoju. Kiedy czynię to, patrząc głęboko w oczy, w których można zobaczyć duszę człowieka, całe moje wnętrze przechodzi do drugiego człowieka, a jego do mnie. Ludzie głupieją, bo widzą, że nie moralizuję ani nie chcę nikogo na siłę nawracać. My, chrześcijanie, naśladowcy Pana Jezusa, przychodzimy na świat po to, żeby kochać ludzi, a nie nawracać. Jedyną formą ewangelizacyjną jest miłość. Czym zwyciężała Matka Teresa z Kalkuty? Ona nie pytała się umierającego człowieka, czy jest komunistą, czy ateistą, lecz w każdym cierpiącym człowieku widziała cierpiącego Chrystusa. Nie pójdę tam, gdzie mnie nie wołają, a jak mnie wołają, to lecę na skrzydłach. Nie odważyłbym się komukolwiek zaproponować, żeby mnie zaprosił na rekolekcje, a bez przerwy tak się dzieje.


Czy są takie rzeczy, których Pan się boi?


– Boję się chociażby o dzieci, których mam dwoje – 32-letnią córkę Basię i 28-letniego syna Jacka. Choć są już dorośli, widzę, że czasem muszą poparzyć sobie ręce na własne życzenie, bo nie dają się przekonać. Basia pracuje jako historyk sztuki i jest związana z Akademią Sztuk Pięknych w Walencji w Hiszpanii. Jacek jest informatykiem, obecnie studiuje kolejny fakultet – stosunki międzynarodowe z językiem chińskim. Ma absolutnego bzika na punkcie tego języka. Nie można z nim jeździć samochodem, bo jak się wsiada do jego auta, to trzeba słuchać tylko chińskiego języka. Za każdym razem, jak przyjdzie do mnie, przynosi mi jakieś ciekawostki chińskie.


Dzieci nie wykazywały zainteresowań muzycznych?


– Starały się kiedyś muzykować, bo moją ambicją było, żeby trochę tej muzyki liznęły. Baśka przez cztery lata chodziła do szkoły muzycznej, gdzie uczyła się gry na gitarze. Nie mogła jednak przezwyciężyć stresu, że będzie grała przed ludźmi. Kiedy grała u siebie w pokoju, słyszałem za ścianą, że bardzo dobrze jej to idzie, lecz w momencie, gdy uświadomiła sobie, że ktoś za drzwiami może tego słuchać, momentalnie kończyło się granie. Często powtarzałem jej: „Dziecko kochane, jeżeli masz grać, to masz grać dla ludzi. Bo jeżeli granie dla ludzi nie będzie dla ciebie radością, tylko rodzajem jakiegoś egzaminu, to nie ma to sensu”. Jacek z kolei nie chciał pójść do szkoły muzycznej, aczkolwiek już od gimnazjum grał na bębnach w pięciu zespołach w Krakowie. Mówił, że w szkole muzycznej nie będą go uczyć takiej muzyki, jaką on chce grać. I Baśka, i Jacek świetnie rysują. Najpiękniejszy mój portret namalowała moja córka, gdy chodziła do liceum. Jacek z kolei był specem w malowaniu zwierząt. Obecnie gra razem ze swoją dziewczyną muzykę jazzową. Ona na basówce, a on na bębnach. Grają jeszcze amatorsko, bo w tej chwili, żeby zrobić karierę muzyczną, trzeba być naprawdę wybitnym instrumentalistą. O wiele łatwiej było czterdzieści lat temu.


A jak Pana żona i dzieci odbierają to, co Pan robi?


– Należałoby ich o to zapytać. Jedno jest pewne, że żona – wykłada konserwację sztuki na ASP w Krakowie – ma ze mną bardzo trudne życie. Mój spowiednik powtarzał mi dziesiątki razy: „Twoja żona pójdzie prosto do nieba, bez przystanków w czyśćcu, dlatego że wytrzymała z tobą 40 lat”. Wyszła za mąż za człowieka najbardziej rozrywkowego w Krakowie i nagle po latach wszystko przewróciło się o 180 stopni. Do naszego domu przychodziło zawsze wiele osób i to się do dziś nie zmieniło. Z tym jednym wyjątkiem, że przedtem przychodzili na wróżby i marihuanę, a dzisiaj przychodzą modlić się na różańcu.


Kiedy zaraził Pan wiarą i misją ewangelizacyjną Skaldów i powstało „Moje Betlejem”?


– Tak naprawdę podejrzewam, że moi koledzy nawet się nad tym nie zastanawiają, dlatego że część z nich przychodzi normalnie do pracy. Ale Jacek Zieliński bardzo się przejmuje i przynajmniej w czasie tras styczniowych „Mojego Betlejem” jest codziennie na Mszy Świętej i codziennie przyjmuje Komunię Świętą. Jakaś świątobliwa siostra powiedziała, że gdyby Budziaszek nie zwariował, to by „Moje Betlejem” nie powstało. Zawiera ono kilkanaście kolęd autorskich, które z pozoru niczym się nie wyróżniają. Gdy jednak podczas koncertu robię wprowadzenie do każdej kolędy, powstaje cały spektakl, misterium. Ze Skaldami gram już 44 lata, zawsze są jakieś sukcesy, ale takich braw, jakie dostajemy po koncercie „Moje Betlejem”, nigdy w historii zespołu nie było. Ludzie się wzruszają, przeżywają. Oprócz „Mojego Betlejem” robię co roku w Boże Ciało w Rzeszowie wielki koncert ewangelizacyjny „Jednego Serca. Jednego Ducha”. Skupia on 250 wykonawców, a gromadzi kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Jest zawsze transmitowany przez TV Trwam.


Jak dzisiaj postrzegany jest Pan przez krakowskie środowisko artystyczne?


– Jak mówiłem, wielu było przerażonych moją przemianą, natomiast dzisiaj, jak jest komuś ciężko, to do mnie przychodzi. Proszę zapytać Ryśka Rynkowskiego, Marka Bałatę, Staszka Soykę, tych wszystkich muzyków, którzy się ze mną zetknęli. Gdy parę lat temu Staszek Soyka miał trudności, dzwonił od czasu do czasu i mówił do mnie: „Muszę do ciebie przyjechać, by pooddychać świeżym powietrzem, bo jest mi ciężko”. Gdy Muniakowi umarł ojciec, każdy, kto go spotkał na ulicy, klepał go po ramieniu i starał się go na siłę pocieszyć. Powiedział mi, że już nie może wytrzymać, bo każde klepnięcie go dobija. Spytał, czy może przyjść do mnie. Pomyślałem: „Co ja mu powiem?”. Poszedłem przed Najświętszy Sakrament i tam przyszła myśl, żebym absolutnie nie ważył się mu nic mówić, ale go wysłuchał. Tak też zrobiłem, nie proponowałem mu rozmowy. Po dwóch godzinach powiedział: „Wiesz co, Janek, dziękuję, puściło”. A ja mu przecież nic nie powiedziałem. Nie ma nic gorszego, gdy chcemy jak przyjaciele Hioba doradzać, pouczać.


Czym dla Pana jest modlitwa, jak wygląda Pana rozmowa z Bogiem?


– Nie wstanę z łóżka, dopóki nie odmówię dziesiątki Różańca. Już kiedy się budzimy, a oczy nasze otwierają się wcześniej niż usta na modlitwie, możemy zostać atakowani przez szatana; on nie zawsze podrzuca nam same grzeszne myśli, ale zależy mu najbardziej na tym, żebyśmy się bez przerwy czegoś bali. W momencie, kiedy cały czas jesteśmy na modlitwie, szatan nie ma do nas dostępu. Nie ma problemu życiowego, który by nie był do rozwiązania w tajemnicach różańcowych. Ważne, żebyśmy umieli słuchać, co chce nam Pan powiedzieć. Gdy przychodzę przed Najświętszy Sakrament, staram się nie prosić o nic Pana Boga, bo On wszystko wie, tylko otworzyć ucho, serce i ręce i czekać. Czasem pięć minut, czasem godzinę albo i dłużej, ale nie zdarzyło się, żeby nie spłynęła na mnie jakaś informacja najbardziej mi potrzebna w tym momencie. Matka Teresa mówiła: „Jeżeli nie wiesz, jaką podjąć decyzję w życiu, spędź noc przed Najświętszym Sakramentem, gwarantuję ci, że rano podejmiesz dobrą decyzję”. Moją modlitwą codzienną jest Różaniec.


Czy ma Pan jakieś pasje poza-muzyczne?


– Piłkę nożną w najlepszym wydaniu. Nie interesuję się ligą polską. Jedyne okazje, w których włączam telewizor, to rozgrywki grupowe ligi mistrzów, no i ewentualnie mistrzostwa Europy czy świata w piłce nożnej. Tu mnie nie można zatrzymać, muszę to oglądać. Poza tym piszę codziennie „Dzienniczek perkusisty”, codziennie czytam również cztery strony Pisma Świętego.


Dlaczego cztery?


– Uświadomiłem sobie kilka lat temu w czasie Pasterki, że tyle lat czytam Pismo Święte, a nigdy go nie przeczytałem w całości. Pomyślałem, że warto codziennie czytać po parę stron. Dlatego też podzieliłem Pismo Święte na 365 dni i wyszło mi prawie cztery strony. Choćbym miał nie jeść obiadu czy kolacji i chodzić głodny, to muszę te cztery strony przeczytać, oprócz oczywiście czytań liturgicznych na dany dzień.


Gdyby kilkadziesiąt lat temu posiadał Pan tę wiedzę, którą ma Pan obecnie, założyłby Pan rodzinę czy poszedł inną drogą?


– Zdecydowanie założyłbym rodzinę, dlatego że nie wyobrażam sobie życia bez kobiety. Jestem bardzo często w seminariach duchownych i zawsze chylę czoła przed chłopakami, którzy potrafią wyrzec się życia i całkowicie oddać Panu Jezusowi, natomiast Pan Bóg postawił na mojej drodze kobietę, aby mnie doprowadzić duchowo do miejsca, gdzie teraz jestem. Bez żony bym niczego nie zrobił.


Jak ocenia Pan współczesną muzykę w porównaniu z tamtą, kiedy Pan zaczynał grać?


– Oceniać ją możemy dopiero za dwadzieścia, trzydzieści lat. Musimy sobie uświadomić jedną rzecz, że sztuka jest zwierciadłem nastrojów społecznych. Tymczasem dzisiaj w świecie panuje coraz większy chaos. Jest takie stare chińskie przysłowie, że gdy jakaś cywilizacja zbliża się ku końcowi, to widać to najlepiej w sztuce. Wtedy czym brzydziej, tym lepiej. To by dobrze określało dzisiejszy stan, wydaje mi się, że wszystko, co najpiękniejsze w muzyce, zostało już stworzone. Najpiękniejsza muzyka polska powstawała po drugiej wojnie światowej, kiedy ludzie z nadzieją odbudowywali nasz kraj. Proszę sobie wyobrazić, że najpiękniejsze utwory Skaldów, Czerwonych Gitar i innych zespołów z tego okresu powstawały przy fortepianie akustycznym czy gitarze akustycznej. Trwało to do momentu olbrzymiego skoku rozwoju instrumentów elektronicznych. W latach 80. XX wieku pojawiły się bezduszne komputery. 90 procent materiału w muzyce rozrywkowej, której dzisiaj słuchamy, jest nagrane na komputerach. Jest to wszystko doskonałe, precyzyjne, tylko nie ma tam duszy. Dzisiejsi muzycy nie poszukują inspiracji w melodii czy harmonii, a jedynie w brzmieniu i w tym się prześcigają między sobą. Nie lansuje się sztuki, tylko człowieka. Proszę zauważyć, że wszyscy w Polsce wiedzą dziś, kto to jest Doda czy Rubik, ale gdyby spróbowali coś zaśpiewać z ich repertuaru, to się nie da. Taką „gwiazdę” wylansuje się na rok czy dwa lata, a potem się o niej zapomina. My, Skaldowie, już nie będziemy dawno żyli, a ludzie wciąż będą śpiewać „Kulig” (który powstał w 1968 roku) czy „Wiolonczelistkę” lub „Listonosza”, lub „Do szopy wszyscy” z „Mojego Betlejem”. Nie chcę oceniać, być może nie dorosłem do tego, co się dzisiaj tworzy, ale jeżeli to jest dobre, to przetrwa.


Dziękuję Panu za rozmowę.
drukuj