Bracia Kowalczykowie jak terroryści
Na opolskim ratuszu nie zawiśnie tablica honorująca braci Kowalczyków.
Prezydent miasta Ryszard Zembaczyński pod presją Platformy Obywatelskiej, SLD,
byłych żołnierzy LWP i milicjantów wycofał się z inicjatywy, na którą wcześniej
wyraził zgodę. Na łamach lokalnej prasy Kowalczykowie zostali porównani do
zamachowca z Norwegii. Autorem analogii jest funkcjonariusz jednostki, która
pacyfikowała kopalnię "Wujek", protesty robotnicze w Poznaniu w 1956 roku i
"zdobywała" Czechosłowację w 1968 roku.
Prezydent Opola Ryszard Zembaczyński odstąpił od upamiętnienia braci Jerzego i
Ryszarda Kowalczyków. Tablica przypominająca o wydarzeniach sprzed 40 lat miała
w październiku zawisnąć na murach opolskiego ratusza. Inicjatorzy jej
umieszczenia określali Kowalczyków jako "kontynuatorów walki o wolną i
niepodległą Polskę", którzy wysadzili aulę Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Opolu
"ku przestrodze i opamiętaniu zbrodniarzy z SB, MO, LWP i ich mocodawców z PZPR,
sprawców masakry robotników Wybrzeża w grudniu 1970 r. Czynem tym uniemożliwili
mającą odbyć się następnego dnia haniebną celebrację wręczania zbrodniarzom
nagród i orderów za przelanie polskiej krwi". Tablica nie zostanie jednak
zawieszona. Ze względów politycznych, a dokładnie z powodu presji, jaką wywarły
na Zembaczyńskim władze miejscowej Platformy Obywatelskiej, SLD, "Gazeta
Wyborcza" oraz środowisko byłych milicjantów, esbeków i żołnierzy Ludowego
Wojska Polskiego. On sam tłumaczył, że skoro społeczność Opola się temu
sprzeciwia, decyzję należy odłożyć. – Pan prezydent to niestety osoba, która pod
presją jednej czy dwóch zorganizowanych grup społecznych wycofuje się –
komentuje jeden z jego współpracowników.
W tym roku, 5 października przypada 40. rocznica wysadzenia przez braci
Kowalczyków auli obecnego Uniwersytetu Opolskiego, kiedyś Wyższej Szkoły
Pedagogicznej. Był to ich protest przeciw krwawemu stłumieniu robotniczych
wystąpień w grudniu 1970 roku w Gdańsku, Gdyni, Szczecinie i Elblągu przez
milicję i wojsko. Budynek wyleciał w powietrze w środku nocy, na kilka godzin
przed uroczystością uhonorowania w gmachu uczelni funkcjonariuszy SB i MO z
okazji dnia milicjanta. W akcji nikt nie zginął, uszkodzony został jedynie
budynek uczelni. Jerzy Kowalczyk dostał karę śmierci, którą zamieniono potem na
25 lat więzienia. Tyle samo miał spędzić za kratkami jego brat Ryszard, w tym
czasie jeden z pracowników naukowych Politechniki Opolskiej. Obydwaj zostali
uznani za terrorystów. Dzisiaj, mimo licznych publikacji historycznych, prób
rehabilitacji sądowej i zatarcia wyroku, znów odezwały się głosy podobne do
tych, jakie w latach 70. zdecydowały o wieloletnich wyrokach więzienia.
Na łamach "Gazety Wyborczej" Zbigniew Owczarek, prezes zarządu wojewódzkiego
Związku Żołnierzy Wojska Polskiego, porównał Kowalczyków do
zamachowca-terrorysty z Norwegii. "Jeśli będziemy gloryfikować czyn braci
Kowalczyków, zachęcimy innych do podobnych czynów. Najnowszy przykład z
Norwegii, przecież Breivik podłożył bomby, bo nie pasował mu tamten ustrój" –
stwierdził były funkcjonariusz LWP. – Ta zła konotacja miała wpłynąć na decyzję
prezydenta Opola Ryszarda Zembaczyńskiego, który pod presją własnej partii,
czyli Platformy Obywatelskiej, wycofał się ze złożonej obietnicy – podkreśla
Wiesław Ukleja, członek komitetu honorowego upamiętnienia braci Kowalczyków i
wieloletni działacz opozycji. W skład Komitetu weszli m.in.: prof. Zdzisław
Krasnodębski, prof. Jacek Bartyzel, Marian Terlecki, Andrzej Gwiazda czy
Krzysztof Wyszkowski.
LWP nadaje ton
– Funkcjonariusze komunistycznych służb bezpieczeństwa SB i MO, ale również LWP
nie mają żadnego moralnego mandatu, aby komentować to wydarzenie – ocenia
historyk Sławomir Cenckiewicz. Jak podkreśla, oni sami w tamtym czasie byli
filarem, na którym opierała się cała obrona systemu komunistycznego, przeciwko
któremu walczyła cała rodzina Kowalczyków. – Nie można stwarzać, również w
mediach, sytuacji, w której słowo Kowalczyków przeciwstawiane jest wypowiedziom
ludzi, którzy nie tylko bronili komunizmu, ale systemu, w którym Związek
Sowiecki decydował o tym, że Polska będzie w jego strefie wpływów – dodaje
Cenckiewicz. "Prezydent Ryszard Zembaczyński pozbawił się szacunku okazanego mu
przez inicjatorów upamiętnienia i członków komitetu honorowego. Stało się tak
nie tylko z powodu złamania przyrzeczenia i deklaracji wmurowania tablicy na
ścianie opolskiego ratusza, ale z powodu uległości wobec nacisku ze strony
moralnych i rzeczywistych spadkobierców komunistycznych zbrodni, występujących
pod szyldem służb mundurowych reprezentowanych przez płk. Owczarka z 10.
Sudeckiej Dywizji Pancernej im. Bohaterów Armii Radzieckiej, która brała udział
w rozgramianiu protestów robotniczych w Poznaniu w 1956 roku, najeździe na
Czechosłowację w 1968 roku i pacyfikacji kopalni "Wujek" w początkach stanu
wojennego w 1981 roku" – napisali w oświadczeniu członkowie Stowarzyszenia. Jak
podkreślają, Zembaczyński uległ również "politycznym spadkobiercom mocodawców
zbrodni z 1970 r., aktywistom SLD oraz karierowiczom i ignorantom z Platformy
Obywatelskiej, która dla zdobycia i utrzymania władzy dawno wyrzekła się
ideowo-moralnych związków z solidarnościowym rodowodem".
Co ciekawe, w lipcu plany umieszczenia tablicy wydawały się oczywiste. –
Prezydent Zembaczyński jako pierwszy przedstawiciel władz lokalnych wykazał
odwagę i determinację, by stanąć w obronie prawdy i lekceważonych wartości
narodowych, które legły u podstaw moralnej inspiracji wielkiego ruchu
wolnościowego, jakim był Niezależny Samorządny Związek Zawodowy "Solidarność" –
podkreślają członkowie Stowarzyszenia Pamięci Narodowej. W lipcu jako
przedstawiciele komitetu honorowego upamiętnienia czynu braci Kowalczyków
spotkali się z prezydentem.
– Wszystkim nam znana była odmowa ze strony Senatu Uniwersytetu Opolskiego. W
związku z tym powstała konieczność wyboru innego miejsca w Opolu. Pan prezydent
zgodził się z naszą opinią, że tablica powinna zawisnąć na ratuszu – relacjonuje
Wiesław Ukleja, członek komitetu i wieloletni działacz opozycji. Jak podkreśla,
prezydent zobowiązał się do prowadzenia tej sprawy pod względem formalnym, a
więc złożenia stosownego wniosku na posiedzeniu Rady Miasta oraz Komitetu
Ochrony Miejsc Pamięci Walk i Męczeństwa. Jednak kilka tygodni później z
inicjatywy się wycofał. Teraz członkowie Stowarzyszenia będą chcieli powiesić
ufundowaną ze społecznych środków tablicę w jednym z opolskich kościołów. –
Swojej decyzji nie zmienimy mimo takiej postawy prezydenta. Chcemy, by tablica
kłuła w oczy wszystkich, którym się nie podoba – zapowiada Wiesław Ukleja.
Maciej Walaszczyk
