Bezradność prokuratury i rządu

Z dr. Przemysławem Czarnkiem, konstytucjonalistą z Katolickiego
Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II, rozmawia Paulina Jarosińska

Prokurator generalny Andrzej Seremet spotkał się wczoraj z premierem Donaldem
Tuskiem, by – jak to określił na konferencji prasowej we wtorek – prosić o pomoc
w związku z opóźnieniami w realizacji wniosków o pomoc prawną do strony
rosyjskiej. Po roku karmienia nas informacjami, że śledztwo przebiega bez
zarzutów i nikt w prace prokuratury nie może ingerować, nagle okazuje się, że
jednak potrzebuje ona pomocy rządu…

– Niezależność prokuratury zostawiłbym na boku – ona wynika z przepisów. To, że
prokurator generalny występuje do szefa rządu z prośbą o wsparcie w śledztwie
dotyczącym katastrofy smoleńskiej z uwagi na to, że strona rosyjska nie
odpowiada na wnioski strony polskiej, to jeszcze nie przekreśla niezależności
prokuratury. Ja skomentowałbym to z innej strony. To, że prokurator Seremet rok
i kilka dni po katastrofie smoleńskiej zwraca się do Donalda Tuska z taką
prośbą, świadczy o kompletnej bezradności nie tylko prokuratury, ale i rządu.
Pokazuje to również fałsz zapewnień, którymi byliśmy – jak pani powiedziała –
karmieni przez rok. Przez pierwsze pięć miesięcy utrwalano, również przez
większość mediów, zupełnie nieprawdziwy obraz śledztwa – oto wmawiano nam, że
współpraca pomiędzy obydwiema stronami układa się znakomicie i bez żadnych
zarzutów. To było oficjalne stanowisko. Dopiero później pojawiły się jakieś
"drobne" problemy, a teraz okazuje się, że dokładnie rok po katastrofie mamy
związane ręce i nie możemy wykonać żadnych kroków. Powtórzę: spotkanie premiera
z prokuratorem generalnym świadczy o całkowitej bezradności strony polskiej
wobec obstrukcji Rosji.

Przez rok prowadzenia postępowania nie słyszeliśmy głosów, że prokuratura
potrzebuje pomocy rządu.

– A przecież było zupełnie inaczej – pomoc rządu była konieczna, aby cokolwiek
mogło ruszyć w śledztwie. Tymczasem prokuratura i rząd upierali się, że wszystko
jest w porządku.

Czy dzisiaj takie wsparcie może coś jeszcze dać?
– Ale my wciąż nie wiemy, o jakie wsparcie chodzi. Co polski rząd może dzisiaj –
rok i kilka dni po katastrofie – zrobić w sprawie śledztwa smoleńskiego? Moim
zdaniem, w tej chwili jesteśmy kompletnie rozłożeni przez bierność polskiej
strony. Jesteśmy bezradni również przez to, że prokuratura utrzymywała, iż
współpraca z prokuratorami rosyjskimi przebiega znakomicie. W tej chwili jestem
absolutnie sceptyczny co do wyników śledztwa i postępowania. We wtorek słyszałem
w jakimś programie telewizyjnym, że prokuratura będzie badała jeszcze wrak, ale
nie wiadomo kiedy, bo nie wiadomo, kiedy on do Polski wróci. Od tego uzależnia
prokuratura ostateczny wynik postępowania. Badanie wraku samolotu kilkanaście
miesięcy po katastrofie, w sytuacji kiedy uległ on znacznemu zniszczeniu, nic
konkretnego nie może nam dać. Obym się mylił.

Andrzej Seremet powiedział: "Zwracałem się i zamierzam zwrócić się ponownie o
pewne wsparcie polskiego rządu. Takie wsparcie otrzymywałem, ponieważ
wielokrotnie moje kontakty z MSZ umożliwiały otwarcie się pewnych kanałów
dyplomatycznych". Czy według Pana widać skutki tych działań?

– No właśnie, gdzie są pozytywne skutki dla państwa polskiego wynikające z
"otwarcia kanałów dyplomatycznych"? Dziś już wiemy, że zdecydowana większość
wniosków prawnych strony polskiej skierowanych do Rosji zostaje bez odpowiedzi,
a jeżeli one były, to już kilka miesięcy post factum. Przecież nawet możliwość
przesłuchania Rosjan na okoliczność badania przyczyn katastrofy pojawiła się
dopiero w tym roku, a wszyscy wiemy, że to grubo po niewczasie.

Teoretyzując: uważa Pan, że przez miniony rok była w ogóle szansa na to, żeby
takie kanały dyplomatyczne zadziałały?

– Rząd miał czas i możliwość działania w pierwszych tygodniach po katastrofie,
aby porozumieć się z Rosją na gruncie dwustronnych umów dotyczących wyjaśniania
jej przyczyn i podstaw prawnych prowadzenia śledztwa. Ten czas nie został
wykorzystany, nie została wykorzystana oficjalna obietnica Miedwiediewa złożona
kilka godzin po katastrofie. A później już całkowicie strona polska rozłożyła
się pod ciężarem obstrukcji strony rosyjskiej. Na to zresztą, co ciekawe,
zwracał uwagę nasz akredytowany Edmund Klich. Kiedy przyjechał z Rosji tuż po
katastrofie, podniósł alarm w mediach, że oddajemy śledztwo stronie rosyjskiej –
a dokładnie, jeśli dobrze pamiętam, że jesteśmy na garnuszku strony rosyjskiej.
Dopiero po rozmowie z Donaldem Tuskiem zmienił zdanie, co również jest bardzo
znaczące.

Po wczorajszych komentarzach widać, że dziennikarzom np. "Gazety Wyborczej"
trudno się jednak pogodzić z krachem hipotezy naciskowej.

– Nie znam szczegółów postępowania prokuratorskiego, mamy jednak do czynienia z
pewną asymetrią. Prokuratura wykluczyła zdecydowanie tezę o zamachu i właściwie
w ogóle się jej nie badało przez pierwszy okres, natomiast nie wykluczono na
początku tezy o naciskach, chociaż nie wynikały one z zarejestrowanych rozmów w
kabinie pilotów, z którymi wcześniej mogliśmy się zapoznać. Nie jestem w stanie
skomentować, czy obalono tezy o naciskach za późno, czy za wcześnie. Natomiast
sam fakt, że do nacisków nie doszło, był jasny wcześniej dla wszystkich, którzy
chcieli obiektywnie podejść do zapisów rozmów z kokpitu. Nie można z nich
wysuwać wniosków, że padł absurdalny rozkaz "Lądujcie we mgle" czy "Lądujcie,
nawet jeśli się rozbijemy".

Jednak "Gazeta Wyborcza" i tak ma swoją wersję zdarzeń, w której jest
oczywiste, że te naciski były, ponieważ prokuratura nie bada "atmosfery, która
panowała w Polsce w dniu lotu", a komenda prezydenta "lądować" nie padła, "bo
nie musiała". "Gazeta Wyborcza" dla poparcia swoich tez sfabularyzowała wręcz
zapisy rozmów.

– W jednym z programów telewizyjnych w dniu rocznicy katastrofy smoleńskiej
usłyszałem logiczne wyjaśnienia specjalistów – emerytowanych pilotów 36. SPLT.
Według nich, w trakcie lotu VIP pewien naturalny nacisk występował i występuje
zawsze. Każdy VIP, umówiony na spotkanie z przywódcami innych państw czy też
udający się na oficjalne uroczystości, oczywiście chce wylądować na czas i się
nie spóźnić. To naturalne. Natomiast powtórzę – nie oznacza to, iż ktokolwiek
powiedziałby: "Lądujmy, nawet jeśli mielibyśmy się rozbić". I takich słów od
początku, kiedy tylko poznaliśmy zapisy z rozmów w kabinie pilotów, nie
słyszeliśmy. To, co słyszeliśmy, to słowa szefa Protokołu Dyplomatycznego, że
"mamy problem". Każdy czyta te słowa, jak chce. Ja widzę w nich wyraźne
zakłopotanie faktem, że lot odbywa się bez należytego przygotowania, bo nie było
przygotowań dotyczących lotniska zapasowego. Tylko kto za to odpowiada, jeśli
nie służby podległe Radzie Ministrów? Atmosfera wokół lotu i jego przygotowanie
przez odpowiednie służby podległe rządowi mogły wygenerować nacisk na pilotów.
Tyle tylko, że prezydent RP nie miał z tym nic wspólnego. Warto wrócić w tym
miejscu do bombardowanych słów Jarosława Kaczyńskiego, że oto pasażerowie
Tu-154M zostali "zdradzeni o świcie". Otóż właśnie tak było – zostali zdradzeni
przez byle jakie państwo, które nie jest w stanie zadbać o właściwe procedury i
ich przestrzeganie w przypadku lotów z najważniejszymi osobami w państwie na
pokładzie. Państwo, które nie jest w stanie zadbać o bezpieczeństwo swoich
przywódców w warunkach pokoju. Przypomnę też, że jest to konstytucyjne zadanie
rządu. To musiało się skończyć katastrofą – prędzej czy później.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj