Będziemy musieli opróżnić magazyny
Z Tomaszem Chmalem, ekspertem w dziedzinie bezpieczeństwa
energetycznego
z Instytutu Sobieskiego, rozmawia Łukasz Sianożęcki
Co
dla Polski oznacza wstrzymanie tranzytu gazu przez Białoruś?
–
Oznacza przede wszystkim to, że dwa istotne z polskiego punktu widzenia
przejścia gazowe będą wyłączone z eksploatacji. Mam tu na myśli oczywiście
Kondratki i Wysokoje. W konsekwencji pojawi się konieczność tłoczenia większej
ilości gazu przez Ukrainę. Pojawia się tylko pytanie, czy potencjał tego
gazociągu będzie wystarczał w dłuższym okresie na pokrycie zapotrzebowania na
gaz w Polsce. Wydaje mi się, że nie będzie to do końca możliwe, i gdyby ten
konflikt na linii Białoruś – Gazprom miał się utrzymywać, możemy mieć do
czynienia z sytuacją kryzysową.
Na ile realne jest wystąpienie w
Polsce kolejnego kryzysu gazowego?
– To wszystko zależy od tego, jak
długo będzie trwał ten konflikt. Dotąd spory między Białorusią a Rosją udawało
się rozwiązywać dość sprawnie. Tak więc gdyby konflikt był krótkotrwały, wówczas
istniałaby możliwość korzystania z magazynów gazu, które zatłoczone są surowcem
w 50 procentach. To jest jednak rozwiązanie czasowe. Jeśli taka sytuacja miałaby
się utrzymywać, wtedy może się pojawić konieczność ograniczenia dostaw gazu dla
odbiorców. Stałoby się to dopiero wtedy, gdyby nie udało się znaleźć innego
wyjścia, tzn. gdyby doszło do wyczerpania zasobów z magazynów lub nie dałoby się
tłoczyć większych ilości przez Ukrainę.
Gazprom uspokaja, że brakujące
20-30 proc. może z powodzeniem transportować właśnie przez Ukrainę…
–
Pamiętajmy, że rosyjskim gazem zainteresowanych jest sporo odbiorców. Nie jest
to tylko Polska. Tak więc jest to kwestia tego, jak te ilości będą nominowane,
czyli jak będzie dostarczany gaz do Niemiec, którędy będzie dostarczany do
Polski itp. W tej chwili wygląda na to, że nie ma specjalnie innego wyjścia jak
zwiększenie dostaw z tej właśnie strony. Otwarta jednak pozostaje kwestia
wydolności tego przejścia, nominacji i zarządzania taką sytuacją. Na dłuższą
metę wydaje się to niełatwe, bo trzeba pokrywać zapotrzebowanie krajowe i
uzupełniać magazyny gazu. Sezon letni wykorzystywany był właśnie głównie w tym
celu, aby gaz zatłaczać do magazynów. Jeżeli będziemy mieć do czynienia z
odwrotną sytuacją, czyli z koniecznością zwiększenia zapotrzebowania na bieżące
zużycie krajowe przy jednoczesnym uzupełnianiu magazynów, wówczas będzie to
bardzo trudne. Nie jest to sytuacja łatwa, szczególnie przed
zimą.
Zazwyczaj, jak Pan zauważył, konflikty te udawało się
rozwiązywać dość sprawnie. Dziś jednak Łukaszenka mówi o rozpoczęciu „wojny
gazowej z Gazpromem”. Jak odbierać takie słowa?
– W dużej mierze nie jest
to wcale sprawa dostaw gazu, ale kwestia polityczna. Takie słowa Łukaszenki z
całą pewnością nie ułatwiają sytuacji. Pamiętajmy, że w przyszłym roku na
Białorusi odbędą się wybory prezydenckie. Rosjanom prawdopodobnie zależałoby na
tym, aby powtórzyć ukraiński scenariusz. A Łukaszenka stał się w ostatnim czasie
wyjątkowo asertywny w swoich działaniach. Mam tu na myśli choćby oprotestowanie
unii celnej, niewysłanie wojsk do Kirgistanu i inne tego typu działania. Na
Kremlu nie są one z całą pewnością odbierane pozytywnie. I takie potknięcie w
płatnościach, do jakiego doszło w tym przypadku, zostało natychmiast przez Rosję
wykorzystane. Sposób reakcji jest jednak niewspółmierny do zadłużenia i relacji
długoterminowych pomiędzy partnerami.
Białoruś twierdzi, że Gazprom
jest jednak wobec niej jeszcze bardziej zadłużony. Czy nie byłoby jakiegoś
prostszego wyjścia z tej sytuacji? Na przykład zapłacenia różnicy?
–
Rosjanie nie kwestionują wysokości tego zadłużenia z tytułu tranzytu. Zazwyczaj
rozwiązuje się to prostą kompensatą, jeżeli mamy do czynienia z dwiema
wierzytelnościami. Nie wiem jednak, czy w tym wypadku tak jest. Natomiast sama
reakcja jest niewspółmierna do sytuacji. W normalnym, cywilizowanym świecie,
jeżeli mamy dług, nie wstrzymuje się automatycznie dostaw. Najpierw się
negocjuje, później wysyła mediatorów, następnie zaś wylicza się odsetki i czeka.
Wstrzymywanie dostaw jest działaniem ostatecznym. Tak więc takie postępowanie
Rosji jest ewidentnie wywieraniem presji politycznej i próbą wskazania na
niewiarygodność Łukaszenki jako partnera, a Białorusi jako szlaku tranzytowego.
Może jednak Białoruś sama podważa tę wiarygodność, choćby
stwierdzeniami o „podbieraniu” Gazpromowi gazu tranzytowego?
– Takie
słowa odbieram jako stosowanie zasady oko za oko. Na nieodpowiedzialność za
wstrzymanie dostaw gazu odpowiadamy nieodpowiedzialnymi wypowiedziami. Jest to
już klasyk we wzajemnych stosunkach między tymi krajami. Jedno państwo zachowuje
się nieodpowiedzialnie, drugie reaguje tak samo. W konsekwencji oba na tym
tracą. Nieco bardziej straci pewnie Białoruś z uwagi na obniżenie znaczenia
szlaku tranzytowego. Jest to więc w tej chwili łabędzi śpiew Mińska, jeśli
bowiem zostaną zrealizowane projekty, na których zależy Rosjanom i do których
dążą z całą mocą, czyli Nord Stream i South Stream, wówczas szlak tranzytowy
przez Białoruś ogromnie straci na znaczeniu. Te argumenty są więc chyba
ostateczną próbą Łukaszenki ugrania czegokolwiek. Oczywiście w cywilizowanym
świecie takie stwierdzenia w ogóle nie powinny paść.
Dziękuję za
rozmowę.
