Barbarzyńcy, Reguła św. Benedykta i my

Gdy znów przychodzą czasy barbarzyńskiej inwazji, Reguła świętego Benedykta
może być lekarstwem dla zagrożonej kultury. Wzywa nas ona do życia nie w rytmie
świata, lecz we własnym, wyznaczonym przez naprzemienną modlitwę i pracę. Uczy
dystansu do życia światowego i zarazem afirmuje piękno Stworzenia. Wybór imienia
Benedykt przez ks. kard. Josepha Ratzingera po wyniesieniu na Stolicę Piotrową
jest – jak sam Ojciec Święty wyjaśniał – odwołaniem się do tradycji i
dziedzictwa ojca zachodniego monastycyzmu i jego aktualności.

Upadek Rzymu… i czasy po jego upadku, kiedy – wedle świadka epoki, Grzegorza z
Tours – "rozpasane barbarzyństwo ludów uwalnia się z więzów, podwaja się przemoc
władców, heretycy atakują, a katolicy bronią świątyń, wiara Chrystusa u wielu
rozpala się coraz bardziej, u innych jednak chłódnie i staje się letnią…". I
barbarzyńcy, wszędobylscy barbarzyńcy, którzy chociaż mienią się chrześcijanami,
to przecie – jak pisał wielki poeta tamtych czasów, Prudencjusz – "Między
Rzymianinem a barbarzyńcą zachodzi taka różnica, jak między istotą dwunożną,
obdarzoną mową, a niemym czworonogiem…". Bo barbarzyńcy szwargoczą w dziwnych
narzeczach, jakże obcych klasycznej łacinie i grece; więc "Gdy Goci zaczną
wrzeszczeć: Eils! Skapia matzia in drinkan! – O, jakże trudno wtedy układać
dostojną poezję" (epigramat z "Anthologia Latina" w przekładzie Zygmunta
Kubiaka).

Pokusa zejścia do katakumb
Czyż nasze czasy nie przypominają schyłku starożytności? Momentu upadku
rzymskiego imperium i pierwszych wieków po nim? Zewsząd słychać, że owszem, że
tak: bo przecie zalewa nas barbarzyństwo, upada tradycyjna kultura, poszczególne
państwa zaś – niegdyś z ducha lub choćby z litery chrześcijańskie – zaczynają
promować działania sprzeczne z prawem Bożym, sprzyjając wszelakim wynaturzeniom,
marginalizując nauczanie Kościoła, a na dodatek niszcząc ostoję wiary –
tradycyjną rodzinę, oraz ostoję kultury – tradycyjny dukt wykształcenia. Wielu
więc przepowiada, że już wkrótce Kościół znów zstąpi do katakumb, a Polacy się
wynarodowią… Czy rzeczywiście tak się stanie?
Przede wszystkim przyszłość jest w ręku Boga, który pozostawił nam realny udział
w jej kreowaniu poprzez kształtowanie każdego dnia. Musimy reagować tu i teraz,
a będzie – co Bóg da. Reagujmy więc – tylko jak? Zastanawiając się nad tym,
pocznijmy od uważnego spojrzenia za siebie, na wspomniane czasy upadku Rzymu.
Rzymska cywilizacja bardzo przypominała naszą; brakowało jej tylko
elektryczności i komputerów; te zastępowali Rzymianom niewolnicy. Reszta
"urządzeń" cywilizacyjnych wyglądała nader podobnie. Aż przyszli barbarzyńcy i
wszystko się zawaliło. Zauważmy jednak, że moment "zawalenia" się Rzymu to wcale
nie epoka katakumb! Wszak w epoce katakumb kultura chrześcijańska dopiero się
rodziła, zaledwie zaznaczyła swoją odrębność wewnątrz świata pogan. Gdybyśmy zaś
zechcieli cofnąć się do owego "czasu katakumb", oznaczałoby to program
defensywny. Bo katakumby to nawet nie osławiona przez publicystów "oblężona
twierdza": wszak jeśli "twierdza" jest "oblężona", to jednak znajduje się w
centrum uwagi, choćby wrogiej! Tymczasem katakumby były na marginesie. Wyszliśmy
z nich posłuszni Chrystusowemu poleceniu i obietnicy: "Idźcie na cały świat i
nauczajcie wszystkie narody, a oto Ja jestem z wami aż do skończenia świata". Te
słowa uskrzydlały pierwszych chrześcijan. Gdybyśmy teraz świadomie wycofali się
w głąb katakumb, oznaczałoby to świadomą rezygnację z Chrystusowego polecenia,
zaprzeczenie istocie chrześcijaństwa, zaparcie się Pana!

Ocalenie w klasztorach
Dziś zatem, w naszej epoce zezwierzęcenia i barbarzyństwa, musimy dawać sobie
radę inaczej. Jak? Odpowiedź przynosi właśnie reakcja Kościoła na barbarzyńskie
inwazje. Kultura chrześcijańska w ich czasach rozkwitała. Pomimo że barbarzyńcy
rozbili imperium rzymskie, nie byli w stanie zniszczyć Kościoła, który do
katakumb już się nie wycofał. Niszczały i nędzniały miasta, znikały szkoły,
degenerowały się język i literatura, ale wspólnota Kościoła pozostała. I wkrótce
znów zakwitła dzięki pierwszym klasztorom, w których na przemian: wznoszono
żarliwe modły – i pracowano nad utrwalaniem starożytnej wiedzy i kultury, która
poza klasztorami wymarła. Mówiąc inaczej: wspólnota Kościoła przetrwała i
zakwitła znowu dzięki Regule świętego Benedykta, która uratowała kulturę
łacińską w klasztornych enklawach, które swą siecią oplotły Europę; klasztory
zastąpiły biblioteki, szkoły, po części nawet wyręczając dawne rzymskie państwo
w jego obowiązkach.
Czy więc, jeśli znów przychodzą czasy barbarzyńskiej inwazji, to Reguła świętego
Benedykta będzie ponownie lekarstwem na dzisiejsze czasy? Patrzę na
benedyktyńskie wspólnoty, które mamy dziś w Polsce, na Tyniec, Lubiń… Patrzę
na francuskich benedyktynów – przyjaciół Papieża Benedykta XVI z tradycyjnego
klasztoru w Fontgombault. Widzę, ilu z nas do tych klasztorów pielgrzymuje i
czerpiąc z nich siłę, może bez większych duchowych strat żyć w naszym
zdegenerowanym świecie. Już tylko sądząc po tym świadectwie, da się powiedzieć,
że Reguła świętego Benedykta jest rzeczywiście skutecznym antidotum na
dzisiejsze czasy.

Wspólnota i świat
Ale nie o to mi chodzi. Dziś akurat nie piszę w tym celu, aby wzywać do
wstępowania w szeregi benedyktynów (choć, oczywiście, wzywam, bo powołania
benedyktyńskie wspierać trzeba). Otóż duch benedyktyńskiej Reguły przekracza
mury klasztorne. Wprawdzie nie jestem ani specjalistą, ani znawcą tej wielkiej
Reguły, ani też nie badam jej wpływu na współczesne społeczeństwo. Wiem jednak
tyle, że wystarczy obcować z nią choć przez kilka chwil, aby zachwycić się i
dojść do bardzo ważnych wniosków. I polecić wszystkim nie tyle jej lekturę
(choć, rzecz jasna, polecam), lecz niektóre istotne cechy jej natchnionego
charakteru, które z pożytkiem dadzą się zastosować w życiu naszych rodzin,
kręgów towarzyskich i przyjacielskich, a nawet instytucji. Zwłaszcza że waga tej
Reguły poparta jest nie tylko jej pięknem, ale i ową udowodnioną skutecznością w
czasach upadku.
Mianowicie, Reguła mówi o dobrze zorganizowanej wspólnocie: "Naszą zaś
pracownią, w której mamy się posługiwać pilnie tymi wszystkimi [narzędziami
dobrych uczynków], jest stałe życie we wspólnocie w ramach klauzury
klasztornej". Jest to mimo wszystko wspólnota w pewien sposób otwarta na
otaczający ją świat (wszak z tego świata przybywają do niej kolejni jej
członkowie), ale i świadoma tego, że świat zewnętrzny tchnie nieuporządkowaniem,
i dlatego jego wtargnięcie może mieć skutki tragiczne. Nasza chrześcijańska
wspólnota może i powinna zatem bez ogródek, świadomie i oficjalnie się od tego
świata odgrodzić. I regulować kontakt z nim. Żeby nie pozwolić mu na zapanowanie
nad sobą.
Dalej. Ta wspólnota benedyktyńskiej Reguły nie musi tłumaczyć się ze swojego
dystansu do świata. Na odwrót: może i powinna otwarcie głosić, że świat jest
kochany, piękny – ale też i gorszy, i gorszący, barbarzyński. I wyciągać z tego
wnioski, bo przecież "jeżeli zasady te będziemy nieustannie, we dnie i w nocy,
wypełniać i jeżeli w dzień Sądu zyskają one uznanie, wówczas otrzymamy od Pana
nagrodę, którą On sam obiecał: Czego oko nie widziało, ani ucho nie słyszało…
jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują". Reguła uczy więc
radykalnej dumy i radości z tego, że jest się chrześcijaninem – właśnie
radykalnym, bo świadomym ostatecznego celu życia. Tu przypomina mi się znajomy
benedyktyn, który na pytanie zatroskanych rodziców: "Jak po chrześcijańsku
wychować dziecko w Amsterdamie?", odrzekł radykalnie: "Wyprowadzić się z
Amsterdamu". Owszem, wspólnota chrześcijańska może i powinna wspomagać ten świat
w jego niedolach, ale nie może być mu poddana, nie może przyznawać mu racji, bić
mu czołem pokłonów. I jeśli, na przykład, świat chce narzucić jej barbarzyński
program szkolny – nasza wspólnota nie może go przyjąć. Albo uzupełni go przez
własny, albo wręcz całkowicie przez własny zastąpi. Jak? Nie czas o tym mówić,
ale to już się gdzieniegdzie, w niektórych chrześcijańskich rodzinach dzieje;
rzecz warta upowszechnienia.
Wspólnota nie żyje w rytmie świata, lecz we własnym, zapewnionym przez
naprzemienną modlitwę i pracę, wypełniane regularnie (czyli wedle Reguły
właśnie) i rozdzielone proporcjonalnie pomiędzy członków wspólnoty. Przez kogo?
Przez opata… Dajmy na to, ojca czy rodziców obojga. Każdy członek wspólnoty ma
bowiem "poleceń opata we wszystkim słuchać, nawet jeśliby on, co nie daj Boże,
sam inaczej postępował, mając wówczas w pamięci ten nakaz Pana: Czyńcie więc i
zachowujcie wszystko, co wam polecą, lecz uczynków ich nie naśladujcie".

Pochwała umiaru
Jak się rzekło, świat nie ma prawa w ten rytm ingerować. Wewnątrz wspólnoty moc
jego musi zanikać. Nie może więc być tak, że w chrześcijańskiej wspólnocie
(myślę tu teraz o pewnej konkretnej "półkościelnej" instytucji
polsko-zachodniej, która organizuje i wakacje, i sesje, i rekolekcje) na żądanie
muzułmanów serwuje się posiłki bez wieprzowiny, ale katolicy muszą w piątki jeść
mięso "w ramach ekumenizmu". Rzeczy, dozwolone w świecie, ale podejrzane, mogą i
powinny zostać wewnątrz wspólnoty wykluczone. Szef wspólnoty może więc orzec, że
nie wolno w jej murach słuchać diabelskiej muzyki czy oglądać telewizji. I
koniec. Zamiast tego mamy "pilnować dróg moich, abym nie zgrzeszył językiem;
wędzidło nałożyłem na usta, oniemiałem w pokorze i powstrzymałem się nawet od
[słów] dobrych". To nieoglądanie i niesłuchanie burkliwych dźwięków to i tak
uproszczenie wobec benedyktyńskiego wymogu milczenia. Ale i to dobre.
A nadto "wierzymy, że Bóg jest wszędzie obecny i że oczy Pana patrzą na dobrych
i na złych na każdym miejscu. Przede wszystkim jednak powinniśmy być tego
niewzruszenie pewni wówczas, gdy uczestniczymy w Służbie Bożej". Musimy mieć
więc swoją Służbę Bożą. Regularnie czytać Pismo Święte, śpiewać Psalmy,
Godzinki, odmawiać Brewiarz… choćby ów "Brewiarz dla świeckich"…
Niekoniecznie przecież tak dosłownie, jak naucza Reguła – ale zacytujmy ją znów,
bo to piękne: "W określonym wyżej czasie… należy trzy razy powtórzyć werset:
Panie, otwórz wargi moje, a usta moje będą głosić Twoją chwałę; a następnie
dodać psalm 3 i Chwała Ojcu; po nim psalm 94 odśpiewany z antyfoną, albo po
prostu. Z kolei następuje hymn ambrozjański, a potem sześć psalmów z
antyfonami…".
Mówiłem tu o ograniczeniach i surowości? Czas powiedzieć o miłości wewnątrz
wspólnoty. O tym, że reguła nie uczy skrajnej ascezy i wyrzeczeń, które
wprawdzie pochwala, lecz nade wszystko uczy pokory i umiaru we wszystkim,
cokolwiek zostanie przez nas przedsięwzięte. Dlatego też, zakazując ulegania
przywarom, każe brać je pod uwagę. Nakazuje żyć w prawdzie, czyli w pokorze
względem siebie i innych. I zakazuje opatowi podejmować decyzji wbrew członkom
wspólnoty, ale w łączności ze wszystkimi. "Ilekroć trzeba… podjąć jakąś ważną
decyzję, niechaj opat zwoła całą wspólnotę i przedstawi jej, o co chodzi.
Wysłuchawszy opinii braci, niech ją sam rozważy, a następnie zrobi to, co uzna
za bardziej wskazane".
Tak. W rodzinnej wspólnocie musi trwać rozmowa. Wymiana myśli i chrześcijańska
szczerość. Ktoś mi powie: "No, co pan tu wypisuje, drogi panie! Toż to nie
Reguła świętego Benedykta, tylko reguła jakiejś sekty… Wziął Pan na chybił
trafił cytaty, a dorobił swoje ble-ble…". Otóż po prostu, pozwoliłem sobie na
lekki esej o tym, jaką Regułę ? la św. Benedykt wymarzyłbym dla swojej, na
przykład, rodziny, parafrazując Regułę, owianą autorytetem przetrwania
barbarzyńskiej inwazji – wedle tego, co dyktuje nam dzisiejsze chrześcijańskie
powołanie w barbaryzującym się świecie.
 

Jacek Kowalski

Jacek Kowalski – historyk sztuki, pieśniarz, poeta, tłumacz literatury
starofrancuskiej. Autor licznych książek i płyt CD (m.in. "Niezbędnik Sarmaty",
"Niezbędnik konfederata barskiego", "Wojna i miłość, Grunwald 1410 po Kowalsku").
Zob. www.jacekkowalski.pl

 

drukuj