Bankructwo utopii
Kryzys w Grecji to kompromitacja, ale nie tyle – albo raczej nie tylko –
gospodarki Hellady, ale przede wszystkim pewnej idei i jej promotorów. Nie
chodzi o samą ideę Unii Europejskiej – bo jest niewątpliwie piękna: zjednoczyć
kraje kontynentu i stworzyć potęgę gospodarczą oraz wspólnotę ludzi i narodów.
Piękną ideą jest też unia walutowa. To pomysł o potencjalnie olbrzymich
perspektywach. Zbankrutowała idea realizacji tego planu ponad prawami ekonomii.
Z dominacją polityki nad ekonomią mieliśmy do czynienia przez całe
dziesięciolecia systemu komunistycznego, a mimo to niektórych ludzi niczego to
nie nauczyło. Europejscy politycy – jak sami przyznali – postanowili z euro
uczynić narzędzie przede wszystkim polityczne, które miało "scementować Unię
Europejską na wieki". A tymczasem ekonomiści przestrzegali, że gdy chce się mieć
autonomiczne, krajowe polityki fiskalne, czyli własne systemy podatkowe i własne
budżety państwa, to integrować walutowo można tylko kraje bardzo do siebie
podobne. W przeciwnym przypadku w sytuacji kryzysu mogą między nimi powstać
napięcia powodujące w słabszych krajach dalekosiężne negatywne skutki. Kryzysu
nikt nie przewidywał, zatem naprędce dokonano integracji walutowej, włączając do
unii walutowej Grecję i inne słabsze kraje. Gdyby miały własne waluty, to
dostosowanie nastąpiłoby tak jak w Polsce – przez osłabienie kursu walutowego –
wtedy wewnętrzne relacje płac i kosztów w większości dóbr i wynagrodzeń się nie
zmieniają, a zmiana kursu poprawia bilanse z zagranicą. Gdy nie ma własnej
waluty, to dostosowanie może nastąpić tylko poprzez radykalne obniżenie płac, co
uderza przede wszystkim w najbiedniejszych i klasę średnią – i nie ma co się
Grekom dziwić, że protestują.
Mówi się, że Grecy żyli ponad stan, że "sami są sobie winni". Po części jest to
prawda, ponieważ dla uzasadnienia przyłączenia do strefy euro nieco "poprawiono"
statystyki przez specjalne zabiegi finansowe, ukrywając brak spełnienia
wymaganych kryteriów integracyjnych (zwanych kryteriami z Maastricht). Ale jest
to tylko po części prawda. Komisja Europejska doskonale o wszystkim wiedziała,
ale zależało jej na włączeniu Grecji do strefy euro po prostu dla wygody
najsilniejszych krajów. Liczono, że będąc w strefie euro, Grecja stopniowo
"wyrówna braki".
Ratowanie Grecji czy niemieckich banków?
Szydło wyszło z worka przez to, że wybuchł nieoczekiwany przez nikogo kryzys.
Gdy spadły dochody z turystyki, a Grecja stała się dla turystów europejskich
zbyt drogim krajem, zabrakło tego mechanizmu dostosowawczego, jakim była własna
waluta – jej potanienie przywróciłoby Grecji turystyczną atrakcyjność. W efekcie
niedobory środków trzeba było kompensować rosnącym zadłużeniem.
W tych krytykach pomija się istotną przyczynę kryzysu, jaką jest wpędzanie
krajów w zależność od zagranicznych pożyczkodawców. Deficyt budżetowy i będący
jego konsekwencją dług publiczny są naturalnym i niezbędnym elementem realnej
ekonomii – w sytuacji kryzysu deficyt łagodzi jego skutki, wprowadzając do
gospodarki dodatkowe środki i przez to ją pobudzając. Będący tego skutkiem dług
nie stanowi wielkiego problemu, jeśli papiery skarbowe są częścią majątku
krajowych podmiotów – nie jest to wielki problem, gdyż spłata tego długu
krajowym wierzycielom oznacza powrót pieniądza do krajowej gospodarki. Gdy
jednak wierzycielami są pożyczkodawcy zagraniczni, spłata długu oznacza realną
stratę dla krajowej gospodarki i tylko pogłębia kryzys.
W efekcie nie wiemy, czy ratowanie Grecji jest ratowaniem Grecji czy faktycznie
poprawianiem bilansów jej wierzycieli, czyli francuskich i niemieckich banków. W
tej sytuacji wszelkie recepty to zalecenia moralnie wątpliwe, sytuacji w samej
Grecji bowiem nie poprawią, mogą nawet pogłębić jej kryzys gospodarczy, a skoro
faktycznie chodzi o jej wierzycieli, to powinno się jasno powiedzieć, że to o to
chodzi, a nie mamić szerokiej publiczności fałszywymi uzasadnieniami.
Zalecenia i wymogi stawiane Grecji nie są żadnym rozwiązaniem problemu. Powtarza
się stare, skompromitowane zalecenia prywatyzacji i cięć wydatkowych, które mogą
tylko pogłębić kryzys państwa. Cięcia wydatków sprowadzające się do obniżenia i
tak niskich emerytur i płac nie są rozwiązaniem, doprowadzą bowiem do osłabienia
popytu wewnętrznego greckiej gospodarki, pogłębiając jej kryzys. Deficyt trzeba
redukować sposobem najbardziej logicznym: poprawiając ściągalność podatków od
najbogatszych i od firm zagranicznych – a w tym trzeba autentycznej współpracy
międzynarodowej.
Natomiast prywatyzacja podstawowych infrastrukturalnych dziedzin oznaczałaby
przejęcie ich przez kapitał zagraniczny, w wyniku czego z jednej strony nastąpi
zwiększenie i tak wysokich kosztów utrzymania, z drugiej – transfery zysków z
Grecji, co będzie realną utratą części jej dochodu narodowego (podobnie jak w
przypadku Polski, która traci około 3,5 proc. PKB rocznie w wyniku transferu
dochodów), a to będzie oznaczało tylko pogłębienie kryzysu – i to w długim
okresie.
Grecja musi oczywiście naprawić swe finanse, ponieważ dała się – podobnie jak
Polska – ponieść pewnym neoliberalnym iluzjom forsowanym przez grupy interesów,
a wprowadzonym przez niekompetentnych polityków. Przede wszystkim trzeba
przywrócić ściągalność podatków od podmiotów zagranicznych, którym nadano
nieuzasadnione przywileje (dotyczy to też bogatszej części własnych obywateli).
Deficyt redukować należy zatem nie poprzez cięcia wydatków uderzające w zwykłych
ludzi, bo to będzie pogłębiało kryzys, lecz przez zwiększanie dochodów
budżetowych. Potrzebny jest także wzrost ogólnej wydajności pracy i wsparcie
służących rozwojowi dziedzin przemysłu, co jest jednak kwestią bardziej
długofalowych działań.
O prawo do autonomii
Rodzi się jednak naturalne pytanie: czy za przedwczesne wciągnięcie Grecji do
strefy euro ma płacić społeczeństwo tego pięknego kraju, czy powinni płacić
niekompetentni promotorzy fałszywych idei? Skoro kryzys Grecji jest kryzysem
fałszywych idei, to rozwiązań trzeba szukać w zmianach idei. Ekonomiści mówią,
że skoro powiedziało się A – forsując integrację walutową, to trzeba powiedzieć
B – realizując integrację fiskalną. Europa potrzebuje zatem prawdziwej wspólnej
polityki fiskalnej, wyrażonej we wspólnym budżecie z prawdziwego zdarzenia (bo
ten obecnie tworzony to tylko namiastka budżetu) i wspólnej polityce podatkowej
– czyli utworzenia czegoś na miarę budżetu federalnego, który kompensowałby
naturalne regionalne różnice, takie jak między turystyczną Grecją i regionami o
najsilniejszym przemyśle. W zjednoczonej Europie nie da się uciec od tego, że
najbogatsi będą musieli oddać większą część swych dochodów na rzecz dobra
wspólnego, co w praktyce będzie oznaczało transfery do biedniejszych regionów
dla skompensowania rosnących napięć.
Nasuwa się jednak pytanie, czy w tej strukturze organizacyjnej Unii jest to w
ogóle możliwe. Kryzys grecki jest kryzysem Unii o szerszych, nie tylko
ekonomicznych, konsekwencjach. Czy w ironicznych, niemal kabaretowych jej
określeniach, że jest to lustrzane odbicie nieistniejącego już Związku
Socjalistycznych Republik Radzieckich, czyli Związek Kapitalistycznych Republik
Radzieckich, nie ma czegoś na rzeczy? Te coraz częściej dające się słyszeć
lekceważące albo wręcz negatywne opinie o Unii, wypowiadane przez zwykłych
ludzi, mogą szczególnie irytować euroentuzjastów i być zaskoczeniem dla unijnych
polityków, ale są faktem, z którego trzeba wyciągać wnioski.
Upadek Związku Radzieckiego jest przecież wyjątkowo silnym dowodem na to, że nic
z tego, co człowiek stworzy na siłę, przemocą polityczną, wbrew naturalnym
tendencjom i woli ludzi, nie trwa wiecznie, zatem żadne "cementowanie" Unii
wspólną walutą nie zapewni jej wieczności. Wspólnota narodów może się utrzymać
tylko wtedy, jeśli znaleziona zostanie formuła autentycznego przywództwa
respektującego prawa poszczególnych członków wspólnoty do zachowania swej
względnej autonomii i obrony majątków narodowych przed drapieżnością grup
interesu stojących ponad i poza narodami.
Prof. Jerzy Żyżyński
Autor jest ekonomistą, profesorem na Wydziale Zarządzania Uniwersytetu
Warszawskiego, członkiem Narodowej Rady Rozwoju powołanej przez śp. prezydenta
Lecha Kaczyńskiego.
