Amerykańskie Tea Parties są jak „Solidarność”
Z prof. Peterem A. Redpathem, filozofem z Uniwersytetu Świętego Jana w Nowym Jorku, rozmawia Łukasz Sianożęcki
Czy
nie odnosi Pan wrażenia, że pośród amerykańskich głów państwa istnieje
pewien podział co do docenienia wartości „Solidarności”? Mam tu na myśli
szerokie wsparcie dla tego ruchu ze strony prezydenta Ronalda Reagana i
wielki szacunek ze strony późniejszych republikańskich prezydentów. Z
kolei prezydenci reprezentujący Partię Demokratyczną nie żywią aż takiej
sympatii do tego polskiego związku. Dlaczego?
– Myślę, że
większość amerykańskich prezydentów, zarówno republikanów, jak i
demokratów, ma duży szacunek dla ruchu „Solidarność”. Być może
demokratyczni prezydenci nie wyrażają tego tak otwarcie jak
republikańscy, ze względu na fakt, iż „Solidarność” jest głęboko
związana z osobą Papieża Jana Pawła II, i także w tym kontekście z
Ronaldem Reaganem i premier Wielkiej Brytanii Margareth Thatcher.
Dziś
obie największe partie w Stanach Zjednoczonych są mocno przesiąknięte
współczesnym socjalizmem, jednak Demokraci są zdecydowanie bardziej
zaangażowani w jego aktywną promocję i forsowanie praw z niego
wypływających. O ile więc oni wspierają go otwarcie, o tyle Republikanie
wspierają go pośrednio, wielu z nich robi to nieświadomie, np. poprzez
wyrażanie zgody na wprowadzenie reform ekonomicznych oraz polityki
społecznej, zwłaszcza w wymiarze moralnym, które wspierają rozwój
socjalizmu. Najlepszym przykładem są tu Republikanie libertariańscy. Oni
są zawsze wśród pierwszych, którzy twierdzą, że są antysocjalistyczni,
podczas gdy polityka moralna, którą wspierają, jest identyczna z tym, co
głoszą lewicowcy. Także jedni z najbardziej zamożnych polityków
republikańskich popierają zabiegi wzmacniające socjalizm w USA. I także
wśród takich polityków znajdziemy tych, którzy twierdzą, że
„Solidarność” jest im bliska ze względu na swój antysocjalizm. Moim
zdaniem, słowa te w ustach polityków tego typu to zwyczajna czcza
gadanina, pomniejszająca wymowę ideową „Solidarności”.
Wspomniał
Pan o „wielkiej trójce”, czyli o Ojcu Świętym Janie Pawle II,
prezydencie Ronaldzie Reaganie i premier Wielkiej Brytanii Margareth
Thatcher. Czy podziela Pan opinię, że bez tych trzech postaci nie byłoby
„Solidarności”?
– Całkowicie zgadzam się z taką oceną. Wszyscy
troje doskonale rozumieli, czym jest prawdziwa wolność. Bowiem
„wolność”, którą proponuje socjalizm, także ten dzisiejszy, to wolność
scentralizowana, wolność zbiurokratyzowana. Taka „wolność” nie ufa
zwykłemu człowiekowi, ma go za głupca, zacofanego, niezdolnego do
zrozumienia i korzystania z wolności bez pomocy, kiedyś politycznych, a
dziś bardzo często naukowych aparatczyków. Takiej „wolności”
„Solidarność” mówiła zdecydowane „nie”!
Jakie inne wartości,
które głosiła „Solidarność”, są dziś warte, a może nawet konieczne do
dalszego kultywowania? Jakie wzorce może czerpać z niej młodzież?
–
Myślę, że w Stanach Zjednoczonych, aby komuś młodemu dokładnie
wytłumaczyć, czym była „Solidarność”, trzeba ją przyrównać do tzw. Tea
Parties. Czyli oddolnego ruchu, który zrodził się naturalnie w wyniku
fatalnych rządów, w tym przypadku prezydenta Baracka Obamy. To nawet sam
ten rząd jakby pchnął obywateli do stworzenia takiego ruchu. Myślę, że
obecnie wiele zachodnich kultur, bardziej niż czegokolwiek innego,
potrzebuje właśnie takich oddolnych ruchów, stworzonych przez obywateli
zniechęconych socjalistyczną dyktaturą, która niestety rozwija się w
coraz większej ilości państw Zachodu. Takie ruchy jednak nigdy nie
powinny zostawać partiami politycznymi. W mojej opinii, powinny one
ciągle być z boku głównego nurtu politycznego, aby w jak najlepszy
sposób i w jak najdłuższym terminie wywierać wpływ na swój kraj.
Wiele
osób działających aktywnie w „Solidarności” musiało opuścić Polskę w
czasie stanu wojennego lub później, w okresie prześladowań
komunistycznych. Czy zna Pan Polaków mieszkających w USA, którym
dziedzictwo „Solidarności” wciąż jest bliskie?
– Tak, jest wielu
takich ludzi. To właśnie dzięki nim „Solidarność” jest ciągle dobrze
znanym, rozpoznawanym i szanowanym wśród obywateli amerykańskich ruchem.
Mam także dwóch przyjaciół, Amerykanów z urodzenia, którzy są wyjątkowo
zafascynowani „Solidarnością” i z pasją oddają się promowaniu jej
dziedzictwa.
Dziękuję za rozmowę.
