fot. PAP/Marcin Obara

Ministerstwo Obrony Narodowej zapowiada 500-tysięczną armię. Problemem okazuje się fatalna demografia i wszechobecna antynatalistyczna propaganda

200 tys. rezerwistów do 2039 roku. To oni, obok żołnierzy zawodowych, mają stanowić o sile polskiej armii. W jej budowaniu resort obrony napotyka jednak na poważną przeszkodę – demografię. Dlatego w Polsce toczy się już dyskusja, czy programy dobrowolne będą wystarczające, a jeśli nie, to czym je zastąpić.

 Armia zawodowa wsparta rezerwą i obroną terytorialną – tak przyszłość wojska widzi wicepremier Władysław Kosiniak-Kamysz.

– Naszą ambicją jest armia-500, armia 500-tysięczna, gdzie wielką część będą stanowili również ci, którzy będą w rezerwie najwyższej gotowości – mówił szef MON.

To pomysł resortu obrony na przebudowę rezerw. Bycie rezerwistą wysokiej gotowości ma być dobrowolne i wiązać się z benefitami – rezerwiści będą wynagradzani za ćwiczenia, uzyskają dostęp do kursów i szkoleń.

Szef Sztabu Generalnego Wojska Polskiego, gen. Wiesław Kukuła, tłumaczył, że rezerwa wysokiej gotowości ma być częścią tzw. pierwszego tieru, czyli najlepszych jednostek Wojska Polskiego.

– Które muszą być gotowe do walki w czasie od 5 do 7 dni – powiedział gen. Wiesław Kukuła.

Rezerwa ma być atrakcyjna, by przyciągnąć nowych chętnych. O to z każdym rokiem będzie coraz trudniej, z czego zdaje sobie sprawę resort obrony, który wskazał jednocześnie na zmiany demograficzne.

– (Zmiany demograficzne – przyp. red.) nie działają na korzyść zaciągu do armii, nie działają na korzyść budowania siły społeczeństwa – oznajmił wicepremier Władysław Kosiniak-Kamysz.

Wicepremier Władysław Kosiniak-Kamysz nie jest wiarygodny dla polityków opozycji, mimo ogłoszonych planów o armii liczącej 500 tys. żołnierzy. Poseł Paweł Jabłoński z PiS przekonywał, że spada liczba etatów w wojsku.

– Macie usta pełne frazesów, pełne pięknych słów, a jeśli mówimy o etatach, to zmniejszacie o 14 tysięcy – zauważył poseł Paweł Jabłoński.

Płk prof. Mieczysław Struś tłumaczył, że o wyszkolenie przyszłych żołnierzy – z myślą o silnej armii i rezerwie – państwo powinno troszczyć się już przed maturą, a na pewno na studiach. Dodał, iż państwo polskie powinno wprowadzać nie elementy dobrowolne, ale też obowiązkowe.

– Powinno się wprowadzić powszechne szkolenie proobywatelskie i związane z tym szkolenie wojskowe na wszystkich etapach szkolenia i kształcenia młodych ludzi – zaakcentował prof. płk Mieczysław Struś.

Przez demografię w powodzenie planów resortu obrony nie wierzy szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego. Plany stworzenia wojska liczącego 500 tys. żołnierzy oznaczają pozyskanie 200 tys. rezerwistów do 2039 roku, a skutki kryzysu demograficznego odczujemy już niebawem. Z tego powodu prof. Sławomir Cenckiewicz głośno postawił pytanie o elementy obowiązkowe w nowym systemie i zapowiedział szeroką konferencję na ten temat w Biurze Bezpieczeństwa Narodowego.

– Chcemy o tym realnie podyskutować. Nieprzypadkowo wykładem wprowadzającym będzie wykład dotyczący demografii i jaki to ma wpływ na budowę ewentualnych rezerw – wskazał prof. Sławomir Cenckiewicz w Radiu Zet.

Dyskusja na ten temat nie dotyczy tylko Polski, ale jest obecna w całej Europie. W Niemczech kanclerz Friedrich Merz wprost stwierdził, że dobrowolność może być tylko tymczasowa.

– Jeśli okaże się, że to nie wystarczy, wprowadzimy elementy obowiązkowe. Potrzebujemy koszar, potrzebujemy instruktorów, potrzebujemy struktur, a Bundeswehra już tego wszystkiego nie ma. Teraz są one odbudowywane – podsumował kanclerz RFN.

To wskazywałoby na wariant mieszany. W Polsce zasadnicza służba wojskowa została zawieszona w 2010 roku. W sondażu Social Changes na zlecenie Telewizji wPolsce24 44 proc. Polaków opowiedziało się za jej powrotem, a przymusowego poboru nie popiera 47 proc. badanych.

TV Trwam News

drukuj