fot. PAP/Maciej Kulczyński

[NASZ DZIENNIK] Sądy cofają dezubekizację

Byli funkcjonariusze aparatu represji PRL odzyskują dawne świadczenia. Zapadło już 15,6 tys. prawomocnych wyroków sądowych na kwotę ponad 2,6 mld zł – pisze red. Rafał Stefaniuk.

System utworzony na mocy tzw. ustawy dezubekizacyjnej z grudnia 2016 r. jest demontowany. Sądy w zdecydowanej większości orzekają o przywróceniu odebranych świadczeń byłym funkcjonariuszom aparatu represji PRL.

– Od 2021 r. do 30 listopada 2025 r. Zakład Emerytalno-Rentowy MSWiA zrealizował blisko 15,6 tys. prawomocnych wyroków sądowych. Łączna kwota wypłaconych w związku z tym wyrównań emerytalnych przekroczyła 2,6 mld zł – informuje „Nasz Dziennik” Biuro Prasowe Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji.

Aktualnie przed sądami toczy się ponad 1,3 tys. postępowań (I i II instancji) oraz blisko 70 postępowań przed Sądem Najwyższym.

Taki obrót spraw nie powinien nikogo szczególnie zaskakiwać. Jeżeli państwowe instytucje wypełnione są ludźmi, którzy przez lata afirmowali Marksa, Lenina i Engelsa, głosili ich tezy i budowali na nich swoją karierę, to trudno oczekiwać, że nagle odetną się od własnego zaplecza ideowego i towarzyskiego. Zobowiązania trzeba spłacać – podkreśla w rozmowie z „Naszym Dziennikiem” Tadeusz Majchrowicz, były wiceprzewodniczący Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność”.

MSWiA twierdzi, że sądy wykorzystują konstrukcję ustawy, która opierała się na odpowiedzialności zbiorowej. Z pojęcia odpowiedzialności zbiorowej uczyniono bowiem wygodny wytrych pozwalający podważyć niemal każdą decyzję administracyjną.

Tymczasem w tej debacie konsekwentnie pomija się fakt: nikt w organach siłowych Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej nie znalazł się tam z przymusu. Nikt nie był siłą wcielany do Służby Bezpieczeństwa. Ci ludzie podejmowali decyzję świadomie, bo tak chcieli – akcentuje Tadeusz Majchrowicz.

Ustawa w żaden sposób nie łamie nadrzędnych zasad państwa prawa, gdyż odnosi się do osób, które służyły dawnemu systemowi. Do ustawy nie można się przyczepić – ale do tego, jak państwo polskie w czasach PiS i KO broniło swoich racji przed sądami. Nie zauważyłem jakiejkolwiek determinacji – mówi „Naszemu Dziennikowi” mec. dr Michał Skwarzyński z Katedry Praw Człowieka i Prawa Humanitarnego Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego.

Czy można było tę ustawę napisać lepiej?

Trzeba było zacząć od oczyszczenia sądów, prokuratury, wymiaru sprawiedliwości, od wyrzucenia osób zakorzenionych w dawnym systemie. Dopiero wówczas oczyszczanie kraju byłoby możliwe – podnosi w rozmowie z nami Bartosz Kownacki, poseł Prawa i Sprawiedliwości, wiceminister obrony narodowej w latach 2015-2018.

W umowie koalicyjnej rządu Donalda Tuska znalazła się taka zapowiedź. Podczas przedwyborczych spotkań szef KO kilkakrotnie składał deklaracje o przywróceniu świadczeń funkcjonariuszom służb PRL.

Nie jestem zaskoczony tym, że ustawa dezubekizacyjna dziś przegrywa w sądach. Jeśli ten proces miał się udać, należało zacząć w zupełnie innym miejscu. Naszym zasadniczym błędem była kolejność. Najpierw należało oczyścić sądy z naleciałości minionej epoki – z ludzi i sposobu myślenia ukształtowanego w realiach systemu, który z państwem prawa miał niewiele wspólnego, a następnie wprowadzać kolejne rozwiązania legislacyjne –  wyjaśnia Bartosz Kownacki.

Dodaje, że równolegle należało wziąć się za prokuraturę i rozliczyć tych, którzy w poprzednim ustroju pełnili rolę oskarżycieli politycznych.

System zbudowany na mocy tzw. ustawy dezubekizacyjnej z grudnia 2016 r. od początku opierał się na jednym, zasadniczym założeniu: radykalnym ograniczeniu świadczeń emerytalno-rentowych byłych funkcjonariuszy aparatu bezpieczeństwa PRL, którzy służyli państwu o charakterze totalitarnym.

Ustawa wprowadziła mechanizm zbiorowej odpowiedzialności za sam fakt tej służby, jednocześnie pozostawiając przynajmniej w teorii możliwość indywidualnej oceny konkretnego przebiegu kariery zawodowej przed sądem –  podkreśla mec. dr Michał Skwarzyński.

W praktyce oznaczało to drastyczne obniżenie emerytur i rent do poziomu przeciętnego świadczenia wypłacanego przez ZUS, niezależnie od wcześniejszego uposażenia mundurowego.

Kluczowym narzędziem tej regulacji było wyzerowanie wskaźnika naliczania świadczeń za każdy rok pracy w latach 1944-1990 w organach bezpieczeństwa państwa. Tam, gdzie wcześniej stosowano przelicznik 0,7 proc. podstawy wymiaru, ustawodawca wprowadził stawkę zerową. Dodatkowo ustanowiono twardy limit: obniżona emerytura nie mogła przekroczyć średniej krajowej emerytury ZUS, analogicznie renta inwalidzka i renta rodzinna zostały sprowadzone do poziomu średnich świadczeń wypłacanych w powszechnym systemie ubezpieczeń.

Rozwiązanie to miało charakter symboliczny i polityczny – było próbą domknięcia rozliczeń z systemem, który przez dekady korzystał z przywilejów niedostępnych dla reszty społeczeństwa – zwraca uwagę w rozmowie z „Naszym Dziennikiem” dr Krzysztof Kawęcki, politolog.

Problem polega na tym, że ustawa od samego początku była konstrukcyjnie wadliwa.

O jej lukach ostrzegano już na etapie prac legislacyjnych, wskazując, że nie obejmuje ona przypadków fundamentalnych z punktu widzenia rozliczenia komunizmu w Polsce – podnosi Tadeusz Majchrowicz.

Najbardziej jaskrawym przykładem jest brak objęcia regulacją sprawców jednej z najohydniejszych zbrodni lat 80. XX wieku – morderstwa bł. ks. Jerzego Popiełuszki.

Osoby skazane prawomocnymi wyrokami za uprowadzenie, torturowanie i zabójstwo kapelana „Solidarności” nie figurują w bazie świadczeniobiorców Zakładu Emerytalno-Rentowego MSWiA. A to właśnie ten zakład był adresatem ustawy dezubekizacyjnej. Funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa, którzy w 1984 r. dopuścili się tej zbrodni – Grzegorz Piotrowski, Leszek Pękala i Waldemar Chmielewski, a także ich przełożony Adam Pietruszka – zostali skazani już w 1985 roku.

Wraz z wyrokami utracili prawo do uprzywilejowanych emerytur mundurowych, ale jako osoby wydalone ze służby mogli ubiegać się o świadczenia na zasadach ogólnych wypłacane przez ZUS – przypomina dr Krzysztof Kawęcki.

I tu pojawia się zasadniczy paradoks. Zakład Ubezpieczeń Społecznych nie prowadzi odrębnego rejestru takich świadczeń, a ustawa z 2016 r. dotyczy wyłącznie wypłat realizowanych przez Zakład Emerytalno-Rentowy MSWiA. W efekcie autorzy najbardziej odrażającej zbrodni schyłkowego PRL nie zostali objęci mechanizmem obniżenia świadczeń, który dotknął tysiące innych funkcjonariuszy, często znacznie mniej obciążonych.

Symbol połowiczności

Państwo potrafiło utworzyć zbiorową sankcję, ale nie było w stanie zadbać o to, aby objęła ona tych, którzy na nią zasługiwali w pierwszej kolejności. – W tym sensie ustawa dezubekizacyjna stała się nie tyle aktem rozliczenia komunizmu, ile symbolem połowiczności i systemowej bezradności III RP wobec własnej przeszłości – ocenia politolog.

Sprawa wcale nie jest tak prosta, jak próbują ją dziś przedstawiać przeciwnicy rozliczeń. Oczywiście można – i nawet trzeba – zastanawiać się, jaki model byłby lepszy, bo nie ma i nigdy nie będzie ustaw idealnych.

Tę świadomość mamy zarówno dziś, jak i mieliśmy ją w momencie ich uchwalania. Być może należało pójść inną drogą: wprowadzić realną, pogłębioną weryfikację, przyjrzeć się konkretnym życiorysom, zakresowi obowiązków i faktycznej aktywności poszczególnych funkcjonariuszy, a dopiero potem przypisywać ich do jasno określonych kategorii wraz z precyzyjnym wskaźnikiem obniżenia świadczeń – stwierdza Bartosz Kownacki.

Taki mechanizm mógłby skuteczniej ograniczyć pole do interpretacyjnych manipulacji.

Zwłaszcza ze strony sądów, które – w moim przekonaniu – w tej materii wyjątkowo często zawodzą pod względem obiektywizmu – zauważa parlamentarzysta.

Spuścizna zbrodniczego systemu

Wbrew obiegowym narracjom w wielu aspektach ta ustawa nie była zła. Wprowadzała mechanizmy, które nadawały sens idei elementarnej sprawiedliwości dziejowej.

Jednak jako prawnik nie mogę pominąć jeszcze jednego, kluczowego wymiaru: sposobu, w jaki państwo polskie broni własnych interesów. Obniżenie świadczeń byłym funkcjonariuszom aparatu represji nie jest zamachem na prawa człowieka – wskazuje mec. dr Michał Skwarzyński.

Jest aktem obrony państwa przed spuścizną zbrodniczego systemu i symbolicznym zerwaniem z jego logiką.

To, że przez lata – także za poprzednich rządów – państwo nie wykazywało realnej determinacji w rozliczaniu przeszłości i egzekwowaniu sprawiedliwości, jest sytuacją zupełnie inną.

Bo jeśli dziś musimy wypłacać tym osobom ponad 2,6 mld zł, a sprawy są przegrywane masowo, oznacza to jedno: państwo samo rezygnuje z obrony własnego interesu. Sympatyzujący z komuną sędziowie to jedno, a drugie, to czy ktoś chciał bronić sprawiedliwości przed sądem. Mam co do tego wątpliwości – podsumowuje mec. dr Michał Skwarzyński.

Rafał Stefaniuk/ „Nasz Dziennik”

drukuj