fot. PAP/Jakub Kaczmarczyk

[Nasz Dziennik] Odesłani z kwitkiem. Szpitale przestają przyjmować pacjentów

Szpitale przestają przyjmować pacjentów. Sygnały o ograniczeniach leczenia nowych pacjentów napływają z całej Polski – czytamy na łamach „Naszego Dziennika”.

Potwierdza to w rozmowie z „Naszym Dziennikiem” Jakub Kosikowski, rzecznik Naczelnej Izby Lekarskiej.

– Dziś mamy informacje z kilkudziesięciu szpitali w Polsce. W poszczególnych placówkach ograniczenia w przyjmowaniu pacjentów dotyczą nawet kilku oddziałów. Dlatego możemy na pewno dziś mówić, że mamy około 100 oddziałów w Polsce, które odsyłają pacjentów – wskazuje.

Zaznacza, że na razie dotyczy to świadczeń planowych.

– Głównie z zakresu ortopedii, chirurgii, okulistyki, neurologii i reumatologii. Zdarza się jednak, że odmowy dotyczą kardiologii, kardiochirurgii czy endoskopii. Mimo zapowiedzi Ministerstwa Zdrowia, że nie będzie dochodzić do przypadków odsyłania pacjentów do innych szpitali, mamy sygnały, że niektóre placówki w ogóle zawiesiły przyjmowanie pacjentów. Szpitale tłumaczą, że w tym roku nie mają możliwości udzielić pomocy pacjentom i muszą ograniczyć wszystkie przyjęcia. Nie są w stanie kredytować więcej przyjęć – alarmuje Jakub Kosikowski.

Tymczasem we wczorajszym komunikacie NFZ poinformował, że na bieżąco wywiązuje się z płatności za świadczenia, które wynikają z podpisanych umów.

Wśród placówek ograniczających przyjęcia pacjentów znajduje się m.in. Szpital Chorób Płuc w Górnie. Jak przekazuje nasz rozmówca, placówka nie przyjmuje chorych z gruźlicą. Lekarz mówi nam też o wstrzymaniu przyjęć na oddział kardiologiczny w jednym z warszawskich szpitali.

Niektóre szpitale zaczęły nawet limitować świadczenia nielimitowane.

– Skoro NFZ od kilku miesięcy nie płaci, to szpitale same zaczęły nakładać limity. Nie są w stanie dłużej kredytować leczenia – zaznacza Jakub Kosikowski.

Przedstawiciel NIL dodaje, że pierwsze sygnały o ograniczeniu przyjęć na oddziały pojawiły się już w lipcu.

– Wtedy to były naprawdę pojedyncze przypadki. Dziś mamy takich sygnałów coraz więcej – potwierdza.

Wskazuje moment, od którego liczba szpitali czy oddziałów nieprzyjmujących nowych pacjentów zaczęła się zwiększać.

– Pani minister 16 października zapowiedziała, że takie sytuacje będą mieć miejsce. Dlatego dyrektorzy placówek medycznych niejako ośmielili się o tym mówić. I nie możemy się łudzić, bo do końca roku takich sytuacji będzie tylko więcej – zapowiada.

Akcentuje, że decyzje dyrekcji poszczególnych szpitali zależą w dużej mierze od kondycji finansowej regionalnego NFZ i sytuacji finansowej danego szpitala.

– Jeżeli szpital ma odpowiednią poduszkę finansową, to nie będzie się przejmował odroczoną płatnością i będzie leczył – wyjaśnił rzecznik NIL.

Przypomnijmy, że NFZ poinformował w ubiegłym tygodniu, że otrzymał dodatkowe 3,5 mld zł na sfinansowanie świadczeń, co zmniejsza tegoroczną lukę w jego budżecie do ok. 10,5 mld zł.

 – To jest bardzo dobra informacja, ponieważ oznacza, że część pacjentów otrzyma leczenie w terminie. Niemniej nadal brakuje ponad 10 mld zł. A same szpitale mają 25 mld zł długów w Polsce i one po prostu w większości nie są w stanie kredytować NFZ – zwraca uwagę Jakub Kosikowski.

Dodaje, że w pewnym stopniu sytuacja rozwiąże się 1 stycznia 2026 r., ale tylko pozornie.

– Wtedy zaczną obowiązywać nowe budżety, więc szpitale będą mogły leczyć, korzystając z pieniędzy, które zaczną spływać na bieżąco. Jeśli pieniędzy brakuje, to tylko kwestia czasu, kiedy kolejne operacje zaczną być limitowane, czyli zaczną spadać z grafików. Jeżeli w tym roku brakuje 14 mld zł, to już w kolejnym roku ta luka będzie wynosić 23 mld zł. Jeśli spadek świadczeń wykonywanych przez szpitale w tym roku zaczął być widoczny już w październiku, to w przyszłym roku ten stan alarmowy rozpocznie się już prawdopodobnie w sierpniu – przewiduje Jakub Kosikowski.

I mówi, że taka sytuacja wynika z zaburzeń płatności NFZ.

– To nawet nie jest wina NFZ, bo przecież oni zarządzają takimi środkami, jakie otrzymują – konstatuje.

Potwierdzają to szacunki ekspertów. Przypomnijmy, że w pierwszej połowie października światło dzienne ujrzała wiadomość, że na rozliczenie świadczeń Funduszowi brakuje w tym roku około 14 mld zł. Po tych doniesieniach zapadła decyzja o zasileniu NFZ środkami z rezerw Kancelarii Prezesa Rady Ministrów i z rezerw budżetowych wskazanych przez Ministerstwo Finansów, o czym informowała minister zdrowia.

Tracą najsłabsi

Danuta Kądziołka, wiceprzewodnicząca Rady Krajowego Sekretariatu Ochrony Zdrowia NSZZ „Solidarność”, wskazuje w rozmowie z „Naszym Dziennikiem”, że ten gigantyczny kryzys nie jest zaskoczeniem.

– Zdawaliśmy sobie z tego sprawę, gdy rząd dokładał starań, aby utrzymać stabilną sytuację do wyborów prezydenckich, ale potem wszystko nieuchronnie musiało się posypać – podkreśla.

Zwraca jednak uwagę, że stan takiego uspokajania czujności dotyczył świadczeniodawców systemu.

– Dlaczego Ministerstwo Zdrowia uspokajało świadczeniodawców, obiecując przez wiele miesięcy, że płatności są pod kontrolą i nie ma zagrożenia ani dla świadczeń limitowanych, ani dla nielimitowanych? – pyta rozmówczyni.

Przedstawicielka „Solidarności” nie ma wątpliwości, że kryzys w służbie zdrowia jest pokłosiem fatalnego stanu finansów publicznych naszego państwa.

– Ale nie tylko. Również wynika z liberalnego podejścia do problemu. Pod rządami liberałów nieuchronnie tracą ci, którzy są słabi, a zyskują mocni i operatywni – stwierdza.

Mimo że po 1 stycznia nastąpi finansowanie świadczeń z nowego budżetu, to Danuta Kądziołka nie ukrywa, że dłuższa perspektywa obecnego sposobu finansowania NFZ jest wręcz przerażająca.

– Już wiadomo, że na tegoroczny deficyt NFZ w przyszłym roku nałoży się nowy, szacowany na 24 mld zł. Rodzi się pytanie, czy nie będzie go więcej, jeśli np. ugruntuje się proces wzrostu bezrobocia, a tym samym zmniejszą się przychody ze składek zdrowotnych. W przyszłym roku dostaniemy się pod reżim szczególnej dyscypliny finansowej, a to nie pozwoli na dalsze beztroskie zadłużanie – analizuje.

Nasza rozmówczyni zauważa, że powodów do niepokoju jest wiele.

– Tymczasem premier z uśmiechem na ustach zapewnia nas, że jesteśmy potęgą gospodarczą, a Polakom żyje się bardzo dobrze i coraz lepiej – punktuje cynizm Donalda Tuska.

Rodzi się też pytanie, czy zmuszanie szpitali do podejmowania decyzji o ograniczaniu przyjęć pacjentów nie będzie pretekstem do zamykania poszczególnych oddziałów, czy wręcz likwidacji całych placówek.

– Z pewnością małemu szpitalowi jest znacznie trudniej utrzymać bezpieczną sytuację finansową, ale likwidacja działalności w pierwszym etapie także jest kosztochłonna. Weźmy pod uwagę np. odprawy dla zwalnianych pracowników czy ekwiwalenty za niewykorzystane urlopy, a także problemy z dostawcami. Dopiero w dłuższej perspektywie czasowej może, choć nie musi, przynosić oszczędności – zaznacza.

Danuta Kądziołka zwraca uwagę na jeszcze inny ważny aspekt.

– Jak redukcja działalności medycznej ma się do zabezpieczenia na wypadek wojny? Jesteśmy zalewani informacjami o tym, że znaleźliśmy się w sytuacji zagrożenia militarnego. Na wypadek wojny zawsze organizowało się sieć małych, gęsto rozlokowanych placówek. Ustawa konsolidacyjna w powiązaniu z zachętami finansowymi zakłada proces odwrotny i o ile w czasach stabilnych w niejednym przypadku mogłoby to być zasadne, to w czasach zagrożenia jest mocno problematyczne. O tym się milczy – podsumowuje przedstawicielka „Solidarności”.

Urszula Wróbel/„Nasz Dziennik”

drukuj