
[Nasz Dziennik] Prof. M. Ryba: Rosja rozumie tylko język siły i realnych strat, a nie dyplomatyczne połajanki czy deklaracje „głębokiego zaniepokojenia”
Rosja rozumie tylko język siły i realnych strat, a nie dyplomatyczne połajanki czy deklaracje „głębokiego zaniepokojenia”. Tu pojawia się prosty mechanizm: skoro Moskwa testuje cierpliwość NATO dronami, to Zachód może odpowiedzieć, dostarczając Ukrainie nowocześniejsze systemy, które będą razić cele w głębi terytorium rosyjskiego. To nie musi być wprost działanie państw Sojuszu – wystarczy wzmocnić Kijów bronią obronną i ofensywną z jasnym komunikatem: „To efekt waszych prowokacji wobec NATO” – mówił prof. Mieczysław Ryba, historyk z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, w rozmowie z dziennikarzem „Naszego Dziennika”.
Rafał Stefaniuk: Rosja naruszyła naszą przestrzeń powietrzną dronami, a informacja o tym rozeszła się od Waszyngtonu po Tokio i Pekin. Czy należało się spodziewać tak silnego poruszenia opinii międzynarodowej?
Prof. Mieczysław Ryba: To było do przewidzenia, bo właśnie od tego, jak stanowczo zareaguje społeczność międzynarodowa – szczególnie NATO, z kluczową rolą Stanów Zjednoczonych – zależy nasze bezpieczeństwo w przyszłości. Historia daje nam jasny przykład: w listopadzie 2015 roku tureckie F-16 zestrzeliły rosyjski bombowiec Su-24 za naruszenie ich przestrzeni powietrznej. Maszyna spadła na terytorium Syrii, a Moskwa w jednej chwili pojęła, że musi się cofnąć – od tamtej pory taki incydent się nie powtórzył. I to pokazuje, że twarda odpowiedź działa. Oczywiście, wokół obecnej sytuacji krążą spekulacje – Białoruś dorzuca swoje, a Rosja swoje. Mówi się też o winie Ukrainy. Jeśli potwierdzi się, że był to świadomy ruch Moskwy, to zasada pozostaje niezmienna: im mocniejsza reakcja Zachodu, im bardziej dotkliwa dla Kremla, tym większa gwarancja, że podobnych prowokacji już nie zobaczymy.
Rosja rozumie tylko język siły i realnych strat, a nie dyplomatyczne połajanki czy deklaracje „głębokiego zaniepokojenia”. Tu pojawia się prosty mechanizm: skoro Moskwa testuje cierpliwość NATO dronami, to Zachód może odpowiedzieć, dostarczając Ukrainie nowocześniejsze systemy, które będą razić cele w głębi terytorium rosyjskiego. To nie musi być wprost działanie państw Sojuszu – wystarczy wzmocnić Kijów bronią obronną i ofensywną z jasnym komunikatem: „To efekt waszych prowokacji wobec NATO”.
Już 15 września do Polski przyjeżdża szef chińskiej dyplomacji Wang Yi. Czy ta wizyta może stać się realną szansą, aby poprzez Pekin wywrzeć presję na Rosję?
To wizyta absolutnie kluczowa, i to nie tylko w wymiarze kurtuazyjnym. Trzeba ją obserwować z najwyższą uwagą, bo nie istnieje dziś państwo o większych możliwościach nacisku na Rosję niż Chiny. Wbrew pozorom to właśnie Pekin ma w rękach narzędzia, które mogą zmusić Kreml do cofnięcia się o kilkaset kilometrów – i wystarczyłby do tego jeden telefon Xi Jinpinga. Widać to szczególnie w kontekście strategicznych szlaków handlowych: wystarczy spojrzeć na przykład Małaszewicz i rolę tzw. suchego portu w wymianie towarowej między Chinami a Europą. Chiny uważają nas za bardzo poważnego partnera. To jest siła. Jeżeli na skutek rosyjskich prowokacji zamknięte zostałoby przejście białoruskie, także kolejowe, to tak naprawdę Pekin byłby jednym z największych przegranych, bo traciłby na tym logistycznie i ekonomicznie. W tej grze wygrywa ten, kto jest nie głośniejszy, lecz ten, kogo głos Rosja uznaje za niepodważalny. I takim krajem są Chiny.
Dzisiejsza sytuacja geopolityczna wymaga od Polski niezwykle trudnego balansowania między Wschodem a Zachodem?
Polska musi pamiętać, że w chińskiej optyce jesteśmy punktem strategicznym. Przez nasz kraj przejeżdża, albo tu dociera, aż 90 proc. transportów w ramach China Railway Express. Do tego dochodzą projekty takie jak Centralny Port Komunikacyjny. W oczach Pekinu rysują się one jako potencjalne centra logistyczne pierwszej ligi. To są fakty, które trzeba umiejętnie wykorzystywać w rozgrywce z Rosją.
Ale przy tym nie wolno zapominać, że naszą podstawą bezpieczeństwa są Stany Zjednoczone i NATO?
Tak, i to się nie zmienia. Jednocześnie trzeba rozmawiać także z Pekinem, a nawet w pewnych okolicznościach z samą Moskwą. To jest kwestia nie sympatii, ale pragmatyzmu: dyplomacja polega nie na obrażaniu się, lecz na utrzymywaniu mostów, które w krytycznej chwili mogą się okazać jedynym kanałem komunikacji. Jeśli spalilibyśmy wszystkie ścieżki, sami skazalibyśmy się na porażkę. Dlatego balansowanie to nie luksus, lecz konieczność – a ci, którzy chcą, aby Warszawa odwróciła się plecami do Pekinu, w praktyce źle życzą Polsce, bo odcinają ją od kluczowych narzędzi wpływu w grze, która rozgrywa się tu i teraz.
Incydent z rosyjskimi dronami, które naruszyły naszą przestrzeń powietrzną, powinien być dla NATO sygnałem alarmowym, że Moskwa jest gotowa posunąć się do działań wymierzonych w państwa Sojuszu?
Dokładnie tak. Tu szczególnie mam na myśli kraje Europy Zachodniej, które wciąż zachowują się tak, jakby żyły w świecie sprzed 24 lutego 2022 roku. Im dalej od naszej granicy, tym większa beztroska – jakby wojna toczyła się gdzieś w innej galaktyce, a nie tuż za granicą Unii. Tymczasem rzeczywistość jest brutalna: Rosja nie ma żadnych oporów, aby testować odporność Sojuszu i sprawdzać, jak daleko może się posunąć. W Stanach Zjednoczonych świadomość tego zagrożenia jest większa, bo to właśnie Amerykanie utrzymują tutaj najwięcej swoich wojsk, a ich interesy są bezpośrednio związane z tym, czy wschodnia flanka będzie bezpieczna.
Czy fakt, że w neutralizacji rosyjskich dronów uczestniczyło nie tylko polskie wojsko, ale również holenderskie i włoskie samoloty, a dodatkowo wykorzystano niemieckie systemy Patriot, można uznać za wyjątkowo mocny i pozytywny sygnał?
Zdecydowanie tak. To dowód, że mamy do czynienia nie z martwą literą traktatów, lecz z mechanizmami, które w praktyce działają błyskawicznie. Skoro w sytuacji nagłego zagrożenia udało się w tak krótkim czasie zsynchronizować działania kilku państw, to znaczy, że system reagowania naprawdę funkcjonuje, a decyzje nie muszą czekać na długie, biurokratyczne uzgodnienia. To bardzo dobry prognostyk na przyszłość – bo jeśli udało się sprawnie zareagować teraz, to w sytuacji jeszcze poważniejszego kryzysu możemy oczekiwać podobnej, wspólnej i natychmiastowej odpowiedzi. To sygnał nie tylko dla nas, ale też dla Kremla: NATO jest nie klubem dyskusyjnym, lecz realną siłą zdolną do szybkiego działania.
Generał Wiesław Kukuła poinformował, że strona białoruska ostrzegła Polskę o nadlatujących dronach, co – biorąc pod uwagę napięte relacje między Warszawą a Mińskiem – wydaje się zaskakujące. Jak należy interpretować taki gest ze strony Białorusi?
To rzeczywiście intrygująca sytuacja. Nagle okazuje się, że w tym konkretnym przypadku współpraca z Białorusinami była możliwa, a nawet realnie się odbyła. Co więcej, przekazali oni szereg informacji, które – rzecz jasna – wymagają teraz weryfikacji, bo nie możemy wykluczyć elementów dezinformacji. Według ich relacji drony miały wlecieć na nasze terytorium w wyniku zakłócenia systemów radarowych, a część z nich Białorusini rzekomo sami zestrzelili. To są twierdzenia, które muszą zostać sprawdzone przez nasze służby. W mojej ocenie wygląda to jednak na próbę uniknięcia eskalacji – Mińsk nie ma interesu w tym, aby front konfliktu przesunął się pod jego granice, bo taka destabilizacja byłaby dla Białorusi obciążeniem, a nie zyskiem. Nie można też zapominać o szerszym tle politycznym: pojawiają się sygnały, że Amerykanie zaczynają otwierać pewne kanały komunikacji z Białorusią, mówi się o planowanej wizycie Donalda Trumpa czy rozmowach z Alaksandrem Łukaszenką. To może być dodatkowy powód, dla którego Mińsk próbuje wysłać sygnał, że nie chce brać udziału w dalszej eskalacji, przynajmniej w tym fragmencie układanki.
Dziękuję za rozmowę.
Rafał Stefaniuk/„Nasz Dziennik”


