fot. PAP/Tytus Żmijewski

[Nasz Dziennik] B. Nowak: „Edukacja zdrowotna” niesie za sobą ogromne niebezpieczeństwo infekowania naszych dzieci złymi treściami, ponieważ będą epatować permisywną edukacją seksualną

„Dzisiaj z całą pewnością możemy powiedzieć, że „edukacja zdrowotna” niesie za sobą ogromne niebezpieczeństwo infekowania naszych dzieci złymi treściami, które je w dużej mierze po prostu zniszczą, ponieważ będą epatować permisywną edukacją seksualną” – mówiła Barbara Nowak, radna PiS, b. małopolska kurator oświaty, w rozmowie z dziennikarzem „Naszego Dziennika”. Jeżeli rodzice – jak dodała Barbara Nowak –  sobie nie życzą, żeby dzieci uczestniczyły w zajęciach, muszą je z nich wypisać, a uczniowie pełnoletni sami złożyć deklarację rezygnacji.


Urszula Wróbel: Dlaczego już teraz – w środku wakacji – powinniśmy mówić i myśleć o wypisaniu dzieci z zajęć „edukacji zdrowotnej”?

Barbara Nowak:  To sprawa tak bardzo ważna, że należy już teraz o tym myśleć, żeby nie zapomnieć we wrześniu w porę wypisać dziecko z tzw. edukacji zdrowotnej. Dzisiaj z całą pewnością możemy powiedzieć, że „edukacja zdrowotna” niesie za sobą ogromne niebezpieczeństwo infekowania naszych dzieci złymi treściami, które je w dużej mierze po prostu zniszczą, ponieważ będą epatować permisywną edukacją seksualną. Pośród wielu treści, m.in. tych stricte zdrowotnych, znajdują się te, które mają na celu zniszczyć spokój naszych dzieci. I właśnie dlatego trzeba pamiętać, że dziecko nie może uczestniczyć w tych zajęciach.

Mimo że zajęcia będą nieobowiązkowe, to jednak rodzic będzie musiał wypisać z nich swoje dziecko.

Ten mechanizm jest bardzo przebiegły, ponieważ zakłada, że wszystkie dzieci są wpisane w te zajęcia. I jeżeli rodzice sobie nie życzą, żeby dzieci uczestniczyły w zajęciach, muszą je z nich wypisać, a uczniowie pełnoletni sami złożyć deklarację rezygnacji. Jeśli więc rodzice nie usłyszą w odpowiednim czasie, że mają prawo do wypisania dzieci z zajęć, to będą one wpisane na listę i będą to dla nich zajęcia obowiązkowe. Dlatego dobrze, że już teraz „Nasz Dziennik” udostępnia oświadczenia, z których rodzice mogą i powinni skorzystać.

Wszystko ma się rozstrzygnąć na początku września, kiedy rodzice będą zajęci spinaniem grafiku całej rodziny na najbliższy rok szkolny i mogą zwyczajnie przegapić termin wypisania dziecka z „edukacji zdrowotnej”, który mija 25 września.

Dlatego warto o tym pomyśleć już dziś. Szkoły przecież nie są zamknięte na cztery spusty – są sekretariaty, które w określonych godzinach i dniach są czynne, i można, korzystając z tego wolniejszego czasu, już teraz wypisać dziecko z zajęć. Można też złożyć takie oświadczenie za pośrednictwem dziennika elektronicznego. Nie musimy czekać na to do września. To, co jest najistotniejsze w tej chwili, to jednak skuteczna komunikacja wśród rodziców i podjęcie bez zwłoki działania.

Są wakacje, warto poświęcić więcej czasu swoim dzieciom i rozmowom z nimi na temat szkodliwości nowego przedmiotu. Nie można wykluczyć, że na dzieciach będzie w szkołach wywierana presja, aby uczestniczyły w zajęciach.

Pamiętajmy, że to rodzice mają pełne prawo decydować o swoich dzieciach, aż do czasu osiągnięcia przez nie pełnoletności, a często i dużo dłużej. To trzeba nieustannie rodzicom uświadamiać, ponieważ cały czas są oni wybijani ze swojej roli. Poprzez różnego rodzaju działania w szkole powoli odbierana im jest ta władza rodzicielska. Widzimy mocną ingerencję organów państwa w to, co się dzieje w rodzinie. Przykładem jest zarówno forsowanie „edukacji zdrowotnej”, ale także rozwiązania umożliwiające dzieciom powyżej 13. roku życia korzystanie z porad lekarzy czy psychologa bez wiedzy i udziału rodzica. Dlatego trzeba głośno mówić o tym, że to rodzice powinni podjąć decyzję w sprawie nowego przedmiotu. Obserwujemy, jak ogromny jest wpływ różnego rodzaju ośrodków, zwłaszcza tych lewackich, na dzieci. By dotrzeć do nich, wykorzystywane są wszystkie możliwe kanały informacyjne, w tym internet. Dlatego faktycznie istotne jest, żeby w czasie wakacji rodzice przeznaczyli dużo więcej czasu na rozmowy z dziećmi, żeby też wprowadzili nawyk rozmawiania z dziećmi i nawyk relacjonowania przez dzieci tego, co się wydarzyło danego dnia w szkole. To jest szalenie istotne, ponieważ o tym, co się dzieje niedobrego w szkole, rodzice dowiadują się najczęściej właśnie od swoich dzieci. W lewackiej szkole nikt rodzica nie poinformuje o ideologizacji, bo przecież dziś to ona jest celem szkoły pod rządami Barbary Nowackiej. Nie jest ich intencją ani też celem informowanie rodziców, którzy mogliby się temu sprzeciwić. Dlatego to ważny apel: nauczmy się rozmawiać z dziećmi, nauczmy dzieci szczerości i codziennego informowania o tym, co się dzieje w szkole – co ich cieszy, niepokoi. Tylko w ten sposób jesteśmy w stanie odpowiednio wcześnie zareagować i przypilnować bezpieczeństwa dzieci.

Czy słuszne są obawy, że dyrektorzy szkół, nauczyciele będą namawiać rodziców do tego, aby nie wypisywali dzieci z „edukacji zdrowotnej”?

Niestety, tak. Należy się spodziewać działań poprzez emocje, poprzez wzbudzenie współczucia. Rodzice mogą być informowani, że jeżeli nie będzie odpowiedniej liczby uczestników zajęć z „edukacji zdrowotnej”, to jakiś nauczyciel straci pracę, że nie będzie mógł utrzymać swojej rodziny, że to spowoduje jakieś ogromne perturbacje w jego życiu. I będzie się budować narrację, że winni temu będą rodzice, którzy nie pozwalają, żeby ten nauczyciel miał zatrudnienie. To jest taka perfidia. Ale to nie wszystko. Już dziś dzwonią i piszą do mnie, z całej Polski, zdenerwowani rodzice, iż w ten sposób się na nich wpływa. Zwracają uwagę, że słyszą od nauczycieli czy dyrektorów, że co prawda są „jakieś” niewłaściwe treści w podstawie programowej, ale przecież nauczyciel, który będzie prowadził zajęcia, jest gwarantem tego, że tych treści nie będzie przedstawiał. To oczywiście jest kłamstwo, bo nauczyciel musi się rozliczać ze swojego nauczania. Musi zrealizować podstawy programowe, nie może ich ominąć, nie może ich zakłamać. Tylko o tym się już rodzicom nie mówi. Niestety, dochodzą do mnie sygnały, że jedni rodzice atakują drugich i próbują ośmieszyć tych, którzy chcą wypisać dziecko z zajęć. Oskarżają ich, że odbierają swoim dzieciom możliwość „dobrego funkcjonowania w społeczeństwie”, i zastraszają, że jeśli ich dziecko nie będzie uczestniczyło w zajęciach, to będzie wyrzucane poza grupę, poza nawias życia społecznego. Dlatego zachęcam do zapoznawania się z rzetelnymi informacjami na temat nowego przedmiotu, które są dostępne zarówno na łamach „Naszego Dziennika”, jak i np. na stronie Koalicja na rzecz Ocalenia Polskiej Szkoły. Nie dajmy się zmanipulować kłamliwym, lewackim przekazom.

Co wiemy na temat podręczników do tego przedmiotu?

Właściwie jeszcze nic. To nadal jest wielka zagadka. Ale możemy się spodziewać, że temat edukacji seksualnej będzie odpowiadał założeniom ministerstwa, które ten komponent przedmiotu potraktował zgodnie z wytycznymi WHO, czyli w nurcie edukacji seksualnej o charakterze progresywnym. Tutaj należy zwrócić uwagę na jeszcze jedną kwestię. W podstawach programowych tego przedmiotu znajdują się przecież treści, które są realizowane na innych przedmiotach. Zatem ci uczniowie będą mieli powtarzane wiadomości. To obciążenia, które będą zmuszeni przyjąć, a przeciwko którym ponoć protestuje pani Nowacka i jej ekipa. Wszystko to pokazuje, że tak naprawdę nie chodzi o edukację zdrowotną. Cele są zdecydowanie inne. Chodzi o to, żeby zachwiać spokojem naszych dzieci, by niszczyć ich poczucie bezpieczeństwa i je demoralizować. Szkoła pani Nowackiej nie chroni, nie broni dzieci, tylko im szkodzi.

Negatywne konsekwencje, o których mówimy, to nie jest kwestia prawdopodobieństwa czy naszych domysłów, ale analiza tego, co się wydarzyło kilkanaście lat temu w Europie Zachodniej, gdzie wprowadzano do szkół, przedszkoli założenia edukacji seksualnej.

Jest to zupełnie niebywała sytuacja, kiedy w dobie powszechnego przekazu informacji, kiedy my dokładnie wiemy, jakie są skutki wprowadzania permisywnej edukacji seksualnej niemal w całej Europie Zachodniej, brniemy tym samym torem. Do tej pory w polskich szkołach był prowadzony przedmiot wychowanie do życia w rodzinie. I efekty tego przedmiotu są wymierne. W Polsce odnotowuje się dużo mniej chorób przenoszonych drogą płciową niż na Zachodzie, a małżeństwa są trwalsze. Inicjacja seksualna podejmowana przez młodych ludzi następuje dużo później niż na Zachodzie. Również aborcja, którą tak usilnie lewica chce wprowadzić do polskiego prawa, jest na Zachodzie smutną normą. Dlatego nie łudźmy się – „edukacja zdrowotna”, w założeniu zawierająca treści de facto zachęcające do rozwiązłości, akceptująca dewiację, będzie młodych ludzi deprawować. To nie jest kwestia możliwych negatywnych konsekwencji, tylko czasu, kiedy w Polsce te wszystkie zjawiska, zachowania, procesy nastąpią. Dlatego jeszcze raz apeluję: chrońmy nasze dzieci.

Dziękuję za rozmowę.

Urszula Wróbel/„Nasz Dziennik”

drukuj