fot. IPN/autor nieznany

„Nasz Dziennik”: Ukraińcy wznosili banderowskie hasła w Gdańsku. Sprawą zajęła się policja

Policja prowadzi czynności dotyczące wznoszenia haseł banderowskich przez Ukraińców w Gdańsku – poinformował red. Rafał Stefaniuk z „Naszego Dziennika”.

W piątek na ulicach tego miasta pojawiła się grupa młodych obywateli Ukrainy, którzy skandowali hasła propagujące ideologię banderowską, w rodzaju: „Bandera” i „Sława Ukrainie”.

„To kolejny sygnał, że przekraczana jest granica, której przekraczać nie wolno” – mówi „Naszemu Dziennikowi” dr Krzysztof Kawęcki, politolog.

Obecnie sprawą zajmuje się policja, która prowadzi czynności sprawdzające.

„Policjanci zabezpieczyli nagrania, które pojawiły się w mediach społecznościowych, zajmują się tą sprawą i sprawdzają, czy doszło do złamania przepisów prawa” – informuje „Nasz Dziennik” asp. szt. Mariusz Chrzanowski, oficer prasowy Komendanta Miejskiego Policji w Gdańsku.

Jak ustalił „Nasz Dziennik”, zabezpieczony materiał zostanie poddany oględzinom przy udziale tłumacza biegłego sądowego. Po analizie zostaną podjęte dalsze decyzje procesowe.

Nie są to pierwsze tego typu prowokacje w ostatnich dniach. Kilka dni wcześniej na murach we Wrocławiu pojawiły się napisy: „СЛАВА УПА”, a więc „sława UPA”, i charakterystyczne czarno-czerwone barwy – symbole związane z Ukraińską Powstańczą Armią i OUN.

„Mówimy więc o kolejnym etapie, o jawnej i celowej prowokacji. To już nie są anonimowe graffiti pod osłoną nocy – to demonstracyjne, publiczne działania z pełną świadomością ich znaczenia” – wskazuje politolog.

Jak dodaje, nie ma wątpliwości, że jest to testowanie reakcji – lub jej braku – ze strony władz Polski oraz organów ścigania. Dotychczas bowiem trudno mówić o jakiejkolwiek stanowczej odpowiedzi.

„Widać wyraźnie, że Ukraina to nie jest jeszcze Europa w sensie cywilizacyjnym. To echo dawnego >>homo sovieticus<<, myślenia wciąż przesiąkniętego postsowiecką pogardą wobec innych narodów i ich wrażliwości. Młodzi Ukraińcy zachowują się tak, jakby Polska była ich własnym podwórkiem, gdzie wolno mówić wszystko, co tylko przyjdzie im do głowy, nawet jeśli oznacza to deptanie naszej pamięci i narodowej godności” – zwraca uwagę w rozmowie z „Naszym Dziennikiem” Jacek Kotula, były podkarpacki radny.

Nie sposób zakładać, że ludzie, którzy wznoszą banderowskie hasła na polskich ulicach lub tworzą napisy na murach wychwalające jedną z najbardziej zbrodniczych organizacji w Europie, nie wiedzą, kim był Stepan Bandera i jak jego postać jest odbierana w Polsce.

„Doskonale rozumieją, jak głęboka w polskiej pamięci narodowej jest trauma spowodowana ludobójstwem dokonanym na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej. Wiedzą, jak ważne dla Polaków jest upamiętnienie ofiar ukraińskiego ludobójstwa. I mimo to – a może właśnie dlatego – wybierają te symbole i hasła w tym szczególnym czasie, w rocznicę tamtej rzezi” – stwierdza dr Krzysztof Kawęcki.

Otwarta prowokacja

Na zachodniej Ukrainie kult UPA i Bandery to zjawisko, niestety, powszechne. Ale kiedy te symbole wkraczają na ulice polskich miast, mają wymiar nie tylko symboliczny – stają się prowokacją.

„To działania polityczne, które wbrew zaklęciom liberalnych polityków nie są odpowiedzią na rosyjską agresję. To nie jest doraźny akt. To konsekwentnie realizowana polityka pamięci, zbudowana na fundamencie nacjonalistycznego szowinizmu” – wyjaśnia politolog.

Ci, którzy organizują takie demonstracje, wiedzą, jaki będzie ich odbiór. Bandera to symbol ludobójstwa.

„Niepojętej zbrodni, która pochłonęła życie ponad 200 tys. naszych rodaków. To nie są suche liczby – to kobiety, dzieci, starcy zamordowani z nieludzkim okrucieństwem. I nikt nigdy nie poniósł za to odpowiedzialności. Nikt nie przeprosił. Nikt nie pozwolił nam nawet godnie pochować ofiar” – podnosi Jacek Kotula.

W tym kontekście skandowanie haseł ku czci Bandery w polskim mieście to nie tylko prowokacja – to szyderstwo.

„Plunięcie Polakom w twarz z komunikatem: >>Nic nam nie zrobicie. Śmiejemy się wam prosto w oczy<<” – dodaje.

Choć trudno w to uwierzyć, ta sytuacja to w dużej mierze rezultat naszej własnej polityki.

„Pomagaliśmy bezwarunkowo, bez oczekiwań, bez warunków brzegowych, nawet tych najbardziej podstawowych, jak prawo do godnych pochówków. Polska zadłuża się, żeby pomagać, a tymczasem wdzięczność przeradza się w pogardę” – zauważa rozmówca „Naszego Dziennika”.

Fakty są brutalne: w Polsce nie obowiązuje przepis wprost penalizujący propagowanie banderyzmu, ale to nie oznacza, że osoby głoszące banderowskie hasła są bezkarne. Wciąż obowiązuje art. 256 Kodeksu karnego, który penalizuje publiczne propagowanie systemów totalitarnych – nazistowskich, komunistycznych, faszystowskich – a także nawoływanie do nienawiści na tle narodowościowym, etnicznym czy religijnym.

„Banderyzm spełnia wszystkie te kryteria. Jest ideologią nienawiści, odmianą faszyzmu o narodowosocjalistycznym rodowodzie. Systemem zbrodniczym” – podkreśla dr Krzysztof Kawęcki.

Jak dodaje, nie można dać się zwieść pułapce relatywizmu, który każe nam myśleć, że banderyzm „to tylko element ukraińskiej tożsamości”.

„Banderyzm w swojej istocie to ideologia antypolska, antyludzka i skrajnie szowinistyczna. Jej źródła sięgają doktryn ukraińskich nacjonalistów, takich jak Dmytro Doncow, autor >>dekalogu ukraińskiego nacjonalisty<<. Wystarczy przeczytać ten dokument, by zrozumieć, z czym mamy do czynienia. Tam nie ma miejsca na kompromisy. Są tylko fanatyzm, przemoc i ślepa wiara w supremację własnego narodu” – ocenia politolog.

Nie da się ukryć: coraz wyraźniej widać, że ideologia ta znajduje – również w Polsce – swoich wyznawców, aktywistów, rzeczników i obrońców.

„A milczenie państwa, zamiast zatrzymać tę falę, daje jej przestrzeń do rozwoju. Jeśli dziś nie postawimy temu tamy, jutro może być już za późno” – podsumowuje rozmówca „Naszego Dziennika”.

Rafał Stefaniuk/Nasz Dziennik/radiomaryja.pl

drukuj