Posiołek na stepie

Od maja do września 1936 r. z Podola i Wołynia deportowano do
Kazachstanu od 50 do 60 tys. Polaków.


Pierwsi Polacy znaleźli się w Kazachstanie ponad dwieście lat temu.
Byli to zesłani tam konfederaci barscy i uczestnicy Powstania Kościuszkowskiego.
Później w bezkresne stepy trafiali uczestnicy zrywów narodowych z XIX wieku. Tym
ostatnim Kazachstan zawdzięcza pierwsze na świecie opisy jego mieszkańców i ich
kultury. W tym roku mija 76 lat od masowej deportacji do Kazachstanu Polaków z
Ukrainy – z Podola i Wołynia. Przez kilkadziesiąt lat byli pozbawieni kontaktów
z Polską, dyskryminowani ze względu na narodowość, słuchali antypolskiej
propagandy, byli wynaradawiani i musieli ukrywać życie religijne. Polska Ludowa
nie interesowała się nimi, zostali zapomniani. Zachowali jednak świadomość
swojego pochodzenia, a starsze pokolenie żywą wiarę i głębokie przywiązanie do
Kościoła. Ci, którzy urodzili już w Kazachstanie, czują się związani z Polską i
mają nadzieję, że Macierz o nich pamięta.

"Element kontrrewolucyjny"
O deportacji Polaków zadecydowało kilka powodów. Niepowodzenie, jakim zakończył
się plan ich sowietyzacji i przygotowania z nich kadr bolszewickich działających
przeciwko Polsce; zdecydowane trzymanie się przez nich Kościoła i wiary;
najsilniejszy w porównaniu z innymi grupami ludności opór przeciwko kołchozom w
latach 1929-1930 oraz plan przygotowania terenów graniczących z Polską do
planowanej z nią wojny. Polacy, uznani za "element kontrrewolucyjny", ściągnęli
na siebie wściekłość Stalina i szczególnie krwawe represje pod koniec lat 30.
Liczba rozstrzelanych wówczas Polaków była wszędzie, ale szczególnie na
Ukrainie, procentowo o wiele większa niż wśród innych narodowości. W kwietniu
1936 r. zarządzono ich deportację z zachodnich, sąsiadujących z Polską obwodów:
żytomierskiego, winnickiego i kamieniecko-podolskiego do Kazachstanu. Od maja do
września wywiezionych zostało od 50 do 60 tys. Polaków.

Informację o wywózce podawano tydzień lub kilka dni wcześniej. Wolno było
zabrać przedmioty domowe i krowę, jeśli ją ktoś posiadał. W towarowych wagonach
umieszczano po 5-6 rodzin. Wśród czekających na dworcach płaczących ludzi
krążyli komendanci NKWD, zapewniając ich, że jadą do ciepłego kraju i na żyzne
ziemie, gdzie niczego nikomu nie brakuje. Wywożono wszystkie kategorie ludzi.
Bogatszych i biednych, tzw. kułaków (do tej kategorii byli zaliczani także
ludzie bardziej religijni) i "aktyw kościelny", to znaczy chodzących do
kościoła. Przede wszystkim jednak wysiedleniu podlegali ludzie o widocznej,
polskiej świadomości narodowej i religijnej. Nie wywożono ludności żydowskiej i
księży. Ci ostatni zostali już wcześniej aresztowani i skazani. Podróż trwała
2-3 tygodnie. Dla wyrwanych brutalnie ze swoich rodzinnych stron ludzi,
wyrzuconych na odległy o kilka tysięcy kilometrów pusty step, był to dramat
trudny do opisania.

Przywieźli w czyste pole
Warunki życia, na jakie zostali skazani wygnańcy, lepiej ukazują wspomnienia
ludzi wywiezionych do Kazachstanu (można je spotkać tylko wyjątkowo) niż prace
naukowe (ukazują je wspomnienia Marii Kuberskiej pt. "To było życie…".
Wspomnienia z Kazachstanu 1936-1996, Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 2006. Z
nich pochodzą niektóre tytuły w tekście i cytaty).

Do końcowych stacji kolejowych podjeżdżały ciężarówki i zabierały przybyszów.
Jechały w step. Zatrzymywały się w miejscach, gdzie tkwiły ponumerowane paliki z
napisami: "Toczka 1", "Toczka 2" (Punkt 1, Punkt 2) itd., odległe od sobie kilka
kilometrów. Przy nich stały duże namioty, niedaleko była studnia. Każda "toczka"
oznaczała miejsce na powstanie "posiołka" (osiedla, wioski). W namiotach, w
niesłychanym tłoku, bez światła i bez jakichkolwiek mebli, mieściło się po
kilkanaście rodzin. Nie było drzew. Zagotowanie wody wymagało zbierania suchych
chwastów na stepie i wyschniętego nawozu krowiego (tzw. kiziaku) jako paliwa.
Przez kilka dni po przyjeździe ludzie nie mogli pogodzić się z sytuacją, w
jakiej się znaleźli. Głośno narzekali, czasem żądali odwiezienia ich z powrotem.
Tak było w jednej z grup przywiezionej spod Żytomierza. Gdy jednak aresztowano
kilku mężczyzn, którzy już nie wrócili, narzekania ustały. Już w pierwszych
dniach nakazano ludziom budować domy, by mogli przeżyć zimę. Wznoszono je z
pewnego rodzaju dużych cegieł z wydeptanej gliny i słomy, wysuszonych na słońcu,
które każda rodzina musiała sobie sama zrobić. Nazywały się "saman". Chaty były
do połowy wkopane w ziemię. Na dach kładziono rodzaj strzechy ze słomy i
przysypywano ją ziemią. Poszycie przeciekało w czasie deszczu i woda zalewała
mieszkanie. Niekiedy w jednym małym pomieszczeniu składającym się na chatę
mieściły się dwie rodziny. Panował ścisk i trudno było mówić o higienie,
zwłaszcza zimą, gdy brakowało wody. "Jezu kochany, jakie te chaty były",
wspomina jedna z Polek. Pierwsze umierały małe dzieci, ponieważ nie było dla
nich żadnego pokarmu, oraz ludzie starsi. Zimą, nawet po wyjściu do studni po
wodę w czasie buranu (burza śnieżna), ludzie błądzili i zamarzali w śniegu.
Znajdowano ich martwych po kilku dniach. Z zasypanych śniegiem chat nie można
było wyjść. Powstającym osiedlom ich mieszkańcy nie nadawali nazw znanych im z
Ukrainy. Obawiali się, że nie powrócą w rodzinne strony… Powstawały więc nazwy
Stiepnoje, Oziernoje itp.

"I zrobili nas niewolnikami"
Deportowanych skierowano do pracy w kołchozach, gdzie byli darmową siłą roboczą.
By przeżyć, należało kraść dostępne na polach płody rolne. Groziły za to surowe
kary w postaci kilku lat więzienia i wielu je poniosło. Ratowała ludzi wzajemna
pomoc w nielegalnym zdobywaniu żywności. Niektórym rodzinom udało się uciec do
odległych sowchozów (państwowe gospodarstwa rolne), w których, w przeciwieństwie
do kołchozów (spółdzielnie rolne), za pracę płacono pieniędzmi. W czasie wojny
mężczyzn zabierano do "trudarmii", to znaczy do batalionów roboczych. Wielu ich
nie przeżyło ze względu na panujący w nich głód i choroby. Gdy po wojnie
niektórzy zaczęli uciekać z Kazachstanu, by wrócić w rodzinne strony, władze w
1949 r. wprowadziły tzw. komendanturę. Nikt nie miał prawa opuścić swojej
wioski, za to wszyscy od 16. roku życia musieli co tydzień lub dwa meldować się
na posterunku milicji obecnym w każdym osiedlu. Na udanie się do innego posiołka
konieczne było pisemne pozwolenie komendanta, obowiązywało natychmiastowe
zameldowanie się u niego po powrocie. Kto tego nie dopełnił, szedł na 15 dni do
aresztu albo otrzymywał karę 100 rubli. Funkcje komendantów pełnili Rosjanie i
Ukraińcy, wcześniej zamieszkali w Kazachstanie. Dopiero w 1956 r. "komendantura"
została zniesiona. Wcześniej kołchoźnicy otrzymali niewielkie działki pola do
własnego użytku. Sadzili ziemniaki i warzywa, dzięki czemu polepszyły się
warunki ich życia. Przy chatach powstały niewielkie pomieszczenia dla zwierząt
domowych. Niektórzy mieli prymitywne żarna do mielenia pszenicy, zrobione ze
znalezionych kamieni przez osoby bardziej zaradne. Ludzie zaczęli budować
normalne domy mieszkalne. We wspomnieniach powtarza się zdanie: "O polskości nie
było mowy". Dzieci chodziły do rosyjskiej szkoły, w której wyszydzane były wiara
i religia.

"Strasznie nas tu za wiarę cisnęli"
Deportowani zabierali ze sobą książeczki do nabożeństwa, śpiewniki i krucyfiksy.
Okazało się, że w Kazachstanie władze nie tolerują praktyk religijnych i stosują
terror, by je zniszczyć. Ukazuje to następujące wydarzenie. W 1941 r. zmarł w
osiedlu Stiepnoj w obwodzie kokczetawskim starszy człowiek wywieziony spod
Kamieńca Podolskiego. Obecna na pogrzebie jego znajoma Genowefa Bielecka
wspomina, że sąsiadka zmarłego Leonida Ilnicka, matka trojga małych dzieci, w
dniu pogrzebu do zebranych w chacie ludzi powiedziała: "Tak pobożny był człowiek
i wynieść go z domu bez modlitwy?". Rozpoczęła odmawianą na pogrzebach w Polsce
modlitwę "Anioł Pański". Odmówili ją wszyscy zebrani. W nocy zajechał przed jej
chatę "czornyj woron" (czarny kruk), zamknięta i pomalowana na czarno złowroga
ciężarówka używana przez NKWD do przewożenia aresztowanych i więźniów. Zabrana
kobieta już nie wróciła do domu.

Wiara w Boga była jedynym oparciem moralnym deportowanych, prześladowania jej
nie zniszczyły. Ludzie ci przywieźli w sobie z rodzinnych stron bogatą kulturę
religijną i ona pomagała im żyć nią w podziemiu. Były to tradycyjne nabożeństwa
paraliturgiczne, takie jak Różaniec, Godzinki do NMP, Droga Krzyżowa,
nabożeństwa majowe i październikowe oraz tzw. pominki, czyli wspólne modlitwy za
zmarłych w 9. i 30. dzień po śmierci oraz w jej rocznice. Przywiązywano do nich
dużą wagę. Polacy znali na pamięć wiele dawnych pieśni religijnych.
Konspiracyjnie obchodzone były niedziele i święta kościelne, pomimo gróźb, że za
tajne zebranie na modlitwę pół posiołka pójdzie do więzienia. Modlono się przy
szczelnie zasłoniętych oknach. Ukryte modlitwy były z reguły bardzo długie i
trwały od dwóch do czterech godzin. Mizerne chaty były pierwszymi kościołami i
one tworzyły najważniejszą więź społeczną, niszczoną przez system inwigilacji i
zastraszenia. Starsi zastanawiali się nad tym, w jaki sposób chociaż częściowo
uratować wiarę. Ich dzieci już w przedszkolach i w szkole słyszały bowiem, że
człowiek, który się modli, jest ciemny i zacofany. To było główne zagrożenie. Bo
chociaż starali się przekazać wiarę swoim dzieciom i wnukom, to słowa
nauczyciela, że Boga nie ma, szyderstwo, kpina i ośmieszanie ludzi wierzących
były skuteczną formą walki z religią. Trwała ona ponad 50 lat i nie pozostała
bez wpływu. Dziś znaczna część dawnego, młodszego pokolenia zesłańców nie ma nic
przeciwko wierze w Boga, ale do kościoła nie chodzi. Do kościołów idą ich dzieci
i wnuki. W pierwszym okresie w utrzymaniu życia religijnego ważną rolę odegrały
cmentarze i stawiane na nich krzyże. Powstały bardzo szybko i były jedynym
miejscem modlitwy tolerowanym z okazji pogrzebu. To dzięki tej pierwszej
przestrzeni sakralnej ziemia kazachska stała się ludziom bliższa. Nie można
pominąć charakterystycznych wzmianek, spotykanych we wspomnieniach
deportowanych, dotyczących Kazachów. Mówią one o tym, że w najgorszych czasach
nigdy Polakom nie szkodzili, a tam, gdzie Kazach był naczelnikiem gminy, "w
sprawach religii znacznie lżej było".

To byli prawdziwi Polacy
W połowie lat 50. Nikita Chruszczow zwolnił z łagrów więźniów politycznych, w
tym księży katolickich. Kilku z nich zostało skierowanych na zesłanie do
Kazachstanu. Po zorientowaniu się, że istnieją tu liczne skupiska katolików,
Polaków i Niemców, podjęli wśród nich konspiracyjną i półlegalną pracę
duszpasterską. Na szczególne wyróżnienie zasługują księża: Władysław Bukowiński,
Józef Kuczyński i Bronisław Drzepecki, wszyscy trzej z diecezji łuckiej. Bardzo
ważną rolę w ukrytym duszpasterstwie odegrał także w latach 60. wędrowny
konspiracyjny duszpasterz Polaków, kapucyn ze Lwowa, o. Alojzy Kaszuba.

Wiadomości o księżach obecnych w Kazachstanie rozchodziły się błyskawicznie
wśród Polaków i Niemców. Nie widziano tam kapłanów od 20 lat i dlatego budzili
najwyższe zainteresowanie. Duszpasterstwo rozpoczęło się od nabożeństw i
udzielania sakramentów ludziom gromadzącym się potajemnie w chatach i
mieszkaniach prywatnych. Później w wykupionych domach powstały prowizoryczne
kaplice. Były nieustannie przepełnione wiernymi. Ksiądz Bukowiński pracował w
Karagandzie, gdzie było duże skupisko Niemców, lecz podejmował konspiracyjne
wyprawy misyjne do odległych skupisk Polaków w różnych częściach Kazachstanu i
gdzie indziej. Ksiądz Drzepecki zbudował kaplicę w Zielonym Gaju w północnym
Kazachstanie, gdzie miał bliską rodzinę deportowaną z Podola, i był
duszpasterzem kołchoźników. W północnym Kazachstanie, w miejscowości Taincza,
znalazł się także ks. Kuczyński. W okolicy żyło ok. 20 tys. Polaków. Byli też
Niemcy. Maria Kuberska z Tainczy pisała o nim, że "był pierwszym objawieniem
Bożym w Kazachstanie" i jemu zawdzięcza nawrócenie. Przybycie księży do tych
ostatnich miejscowości było wynikiem listów i próśb miejscowych ludzi. Ze
względu na nich wspomniani trzej księża przyjęli obywatelstwo sowieckie i
zrezygnowali z powrotu do Polski.

Wielki napływ wiernych do miejsc kultu spowodowany obecnością księży i ich
pracą zaskoczył i zaniepokoił władze. Pod koniec 1958 r., po z górą dwóch latach
ich niezwykłej pracy, zostali aresztowani i skazani na kilka lat łagrów. Ksiądz
Kuczyński dostał wyrok 10 lat. Oskarżony został o posiadanie radiostacji i
rozmowy z Ameryką i z Watykanem. Z tego wyroku odbył siedem lat jako górnik
kopalni węgla w Workucie. Władze miały powód do niepokoju. W maju 1957 r. ks.
Kuczyński pisał do kolegi w Polsce: "Ochrzciłem już pięć tysięcy", i dodawał, że
ma pracę najowocniejszą, jaką miał kiedykolwiek w życiu. Gdy delegacja wiernych
z Tainczy prosiła naczelnika obwodowego Urzędu ds. Kultów Religijnych w
Kokczetawie o jego zwolnienie, usłyszała w odpowiedzi, że jest niemożliwe: "Co
on zdziałał za dwa lata, my za dwadzieścia lat nie odrobimy".

Można się zadumać nad planami Opatrzności. Jeszcze dwadzieścia lat trwała
walka z religią i pełne poświęcenia starania o rejestrację kaplicy lub przyjazd
księdza. Biorąca w nich udział bardzo zasłużona dla życia religijnego Anna
Rudnicka z Krasnoarmiejska w północnym Kazachstanie wspominała, że pod koniec
lat 60. aż 70 razy do obwodowego Urzędu ds. Kultów Religijnych w Kokczetawie
jeździły delegacje z tej miejscowości z podaniami o rejestrację kaplicy. Na jej
zakupienie dał środki o. Kaszuba, któremu ludzie za jego ofiarną pracę dawali
tyle pieniędzy, że miał ich w nadmiarze. Zmarł we Lwowie z wyczerpania w 1968
roku. Gdzie indziej analogiczne starania wyglądały podobnie. Dziś we
wspomnianych i innych miejscowościach w Kazachstanie, w których z niezwykłym
poświęceniem pracowali wspomniani księża, stoją kościoły. Pracuje w nich
kilkudziesięciu księży, w tym ok. 30 z Polski, i ponad 50 zakonnic. W 1995 r.
powołane zostało do życia w Karagandzie seminarium duchowne. Kilkuosobowa grupa
alumnów studiuje w różnych seminariach duchownych, także w Polsce. To wszystko
by nie zaistniało bez życia religijnego w rodzinach polskich i niemieckich
pomimo trwających kilkadziesiąt lat prześladowań i odważnej walki o prawo do
swobód religijnych w systemie sowieckim. Wymagała ona wielu poświęceń zarówno
kapłanów, jak i wiernych. "To byli prawdziwi Polacy", mówiła o swoich rodakach z
obwodu kokczetawskiego Anna Rudnicka. W tej walce niezastąpioną rolę odegrali
pierwsi księża polscy, którzy w połowie lat 50. przybyli do Kazachstanu. We
wrześniu 2001 r., do stolicy tego kraju, Astany, przybył Ojciec Święty Jan Paweł
II i dwukrotnie przemówił po polsku do rodaków. Witał także tych, którzy
przyjechali z Uzbekistanu, Tadżykistanu, Turkmenistanu i Kirgistanu. To była
niezwykła ich nobilitacja jako Polaków w oczach innych narodowości, a przede
wszystkim nagroda za wierność Kościołowi i Polsce i za lata poniżenia.

"I my się zostali w Kazachstanie"
Rozwiązanie się ZSRS radykalnie zmieniło dotychczasową sytuację religijną i
narodowościową w Kazachstanie. Rozpoczęła się repatriacja różnych narodowości
zesłanych do tego kraju. Wyjechali Niemcy, Litwini, Łotysze, Żydzi, Ukraińcy,
Węgrzy, a także Rosjanie. Polska bardzo zawiodła nadzieje kazachskich Polaków. W
latach 90. uchwalono wprawdzie ustawę mówiącą, że każda gmina w Polsce może
zaprosić rodzinę polską z Kazachstanu, gdy zapewni jej mieszkanie i pracę.
Istniejące w naszym kraju 1586 gmin wiejskich, 586 gmin wiejsko-miejskich i 306
gmin miejskich tylko w niewielkiej części zainteresowało się tą formą
repatriacji rodaków ze Wschodu.

Spisy ludności wymieniają znacznie ponad 40 tys. Polaków w Kazachstanie.
Najstarsze pokolenie marzy o Polsce, ale nie myśli o wyjeździe, choć mówi: "Nas
wypędzili z Ojczyzny. Tu nie moja ojczyzna. To ziemia cudza". Dla tych ludzi za
późno na repatriację. Natomiast młodsze pokolenie, pomimo prawnego pojawienia
się warunków zachowania polskości (możliwość tworzenia oświaty polskiej i
organizacji polskich) i swobód religijnych, nie widzi pespektyw dla siebie i
swoich dzieci w Kazachstanie i szuka możliwości opuszczenia tego kraju.
Przyczyny są oczywiste. Nieznany Polakom, trudny język kazachski stał się
językiem urzędowym, co sprawia, że są oni spychani na margines, tracą
dotychczasowe stanowiska, a nawet pracę. Budzi się nacjonalizm, który ich
niepokoi. Dochodzą ich głosy: "Gośćmi u nas jesteście, wracajcie do siebie",
niekiedy o wiele mocniejsze. Młodzi, mając do wyboru: pozostać lub wyjechać
gdziekolwiek, jeśli tylko mogą, wybierają to drugie. Ich świadomość narodowa
bywa różna. Wyjeżdżają do Rosji lub do Niemiec. W okręgu kaliningradzkim koło
Ozierska są już trzy polskie wioski. Przyjechali tu, by być bliżej Polski. Ci,
którym udało się przyjechać na studia do Macierzy, po ich ukończeniu nie myślą o
powrocie. Nie mają do czego. Jest w Kazachstanie grupa inteligencji polskiego
pochodzenia, lecz jest ona zwykle wynarodowiona i rozproszona po olbrzymiej
przestrzeni tego kraju. W 2009 r. prezes Związku Polaków w Kazachstanie Witali
Swincicki został mianowany przez prezydenta Nursułtana Nazarbajewa zastępcą
przewodniczącego Zgromadzenia Narodu Kazachstanu, ciała konsultacyjnego przy
prezydencie. W tym samym roku stwierdził, że powinien być kontynuowany proces
repatriacji Polaków.

Ks. prof. Roman Dzwonkowski


Ksiądz Roman Dzwonkowski jest socjologiem, długoletnim wykładowcą na KUL,
specjalizuje się w historii Kościoła katolickiego w byłych krajach ZSRS. Autor
wielu publikacji o martyrologii polskiego duchowieństwa na Wschodzie.

drukuj