Greckiej tragedii nie będzie
Z prof. dr. hab. Andrzejem Kaźmierczakiem z Katedry Bankowości Szkoły
Głównej Handlowej, członkiem Rady Polityki Pieniężnej, rozmawia Mariusz Bober.
Europejscy politycy otwarcie mówią o opuszczeniu strefy euro przez
bankrutującą Grecję. Sytuację pogarsza polityczna niepewność i wstrzymanie
funduszy pomocowych ze strefy euro oraz kredytowania greckich banków przez
Europejski Bank Centralny. Decyzja o powrocie do drachmy to byłby opłacalny
krok?
– Wystąpienie Grecji ze strefy euro pomogłoby temu krajowi przywrócić cenową
konkurencyjność jego gospodarki i ożywić ją. Spadek wartości tutejszej waluty w
stosunku do euro na pewno poprawiłby konkurencyjność eksportu z tego kraju, co
przełożyłoby się na ożywienie tam gospodarki i poprawę kondycji finansów
państwa. Ale taki krok miałby też inne konsekwencje, m.in. polityczne. Mogłoby
to pociągnąć za sobą podobne decyzje innych krajów z południa Europy, które
cierpią na podobną "chorobę" co Grecja, jak Portugalia, Włochy czy Hiszpania.
Przyczyny słabości ich gospodarek są te same: zbyt silny kurs utrzymywanej przez
te kraje waluty – euro – w stosunku do innych walut. Jednak z politycznego
punktu widzenia wystąpienie Grecji ze strefy euro osłabi pozycję i jedność
polityczną Europy Zachodniej.
Zbliża się eurogedon, w tym rozpad strefy euro?
– Myślę, że to nie jest realny scenariusz, bo istnieje coś w rodzaju "twardego
rdzenia" eurolandu złożonego z silnych gospodarczo krajów zainteresowanych
utrzymaniem jednej silnej waluty, która przynosi im korzyści. Ale ze strefy euro
mogą odpaść kraje o dużo niższej konkurencyjności gospodarki i wydajności pracy.
Dla nich jedynym sposobem jej utrzymania jest wystąpienie ze strefy euro i
deprecjacja kursu walut narodowych wobec euro. W krajach tych pokusa odzyskania
takiego narzędzia jest bardzo duża. Kurs walutowy jest bowiem bardzo ważnym
instrumentem polityki gospodarczej. Tak jest np. w Hiszpanii, której grozi wręcz
rewolucja społeczna.
Jeśli Grecja wyjdzie z eurolandu, Hiszpania, Portugalia i Włochy pójdą
jej śladem?
– Należy brać to pod uwagę, zwłaszcza jeśli chodzi o Hiszpanię i Portugalię.
Włochy mogą sobie poradzić z trudną sytuacją finansów publicznych. To jest duży
kraj o bardziej zróżnicowanej strukturze rozwoju gospodarczego. Natomiast dwa
pierwsze państwa są w trudniejszej sytuacji, ponieważ zdecydowanie odstają pod
względem konkurencyjności od reszty Europy. Ale powrót tych krajów do własnych
walut nie będzie oznaczał jakiejś tragedii. Co najwyżej zahamowałby chwilowo
dynamikę handlu międzynarodowego. Nie wydaje mi się również, aby odbiło się to
na sytuacji reszty państw strefy euro, a szczególnie na Polsce, zwłaszcza że
nasz eksport kierowany jest przede wszystkim do krajów założycieli strefy euro,
czyli głównie Niemiec i Francji.
Radosław Sikorski twierdzi, że skutki rozpadu strefy euro byłyby dla nas
gorsze niż rosyjskie rakiety w Kaliningradzie. Ekonomiści zaś straszą upadkiem
co drugiego dużego banku w naszym kraju.
– Na pewno ucierpiałyby filie zagranicznych banków w Polsce. Irlandczycy
sprzedali Bank Zachodni, ponieważ mieli problemy finansowe u siebie. Ale bank
ten nadal działa, choć ma innego właściciela. Zaś co do skutków rozpadu strefy
euro według ministra Sikorskiego, uważam, że dla Polski nie ma nic gorszego od
rosyjskich rakiet z głowicami atomowymi w obwodzie kaliningradzkim. Przypomnę,
że jest to najbardziej zagęszczony pod względem rozmieszczenia broni atomowej i
najbardziej niebezpieczny region na świecie. Dlatego jest on dla nas
zdecydowanie groźniejszy niż rozpad strefy euro. Tak jak wspomniałem, jest to
mało realne. Jej "twardy rdzeń" raczej będzie nadal utrzymywał wspólną walutę.
Upadek choćby części zagranicznych banków w Polsce lub ich sprzedaż może
doprowadzić do wycofywania z nich depozytów przez Polaków?
– Nie wierzę w to, by co drugiemu bankowi w Polsce groził upadek. System bankowy
w naszym kraju ma wysokie zabezpieczenie kapitałowe, a poza tym działa u nas
Bankowy Fundusz Gwarancyjny, który zgromadził odpowiednie środki finansowe na
wypadek konieczności pomocy bankom, gdyby popadły one w kłopoty. Również NBP ma
gotowy scenariusz wsparcia banków komercyjnych, gdyby były zagrożone. Dlatego
Polsce bardzo daleko do sytuacji Grecji. Pamiętajmy, że tam spadek PKB wynosi 5
proc., podczas gdy my mamy wzrost gospodarczy wynoszący obecnie ponad 3
procent… To dwa różne światy. Dlatego nie ma zagrożenia dla stabilności
naszego systemu bankowego. Oczywiście, jest problem groźby wycofywania kapitału
przez banki-matki. Ale nie wiadomo, czy zdecydują się na to, ponieważ działające
w naszym kraju ich oddziały są jednak bardzo dochodowe. To kury znoszące złote
jajka.
Polskie instytucje finansowe, choć mamy ich niewiele, powinny odkupić
przynajmniej niektóre dochodowe banki?
– Gdyby nadarzyła się taka okazja, opowiadałbym się za przeprowadzeniem
repolonizacji banków. Mamy obecnie takie możliwości.
Jak w rzeczywistości na sytuację gospodarczą Polski wpływa kryzys w
strefie euro?
– Niewątpliwie tamtejsza sytuacja ma wpływ na naszą gospodarkę, ponieważ Polska
jest zaliczana do tzw. wschodzących rynków. To zaś oznacza, że najszybciej
reagują one na zmianę nastrojów międzynarodowych inwestorów. Gdy więc pojawiają
się trudności banków strefy euro, zwykle reagują one, wycofując kapitał z naszej
gospodarki.
To dlatego ekonomiści mówią, że nasza złotówka tańczy, jak jej Grecja
zagra?
– Tak, ponieważ wśród wszystkich rynków wschodzących z Europy
Środkowo-Wschodniej Polska jest wiodącym krajem, do którego trafia najwięcej
kapitału zagranicznego. W same tylko nasze obligacje zainwestował on 150 mld
złotych. Ale też najszybciej wycofuje swój kapitał w sytuacji jakichś zawirowań.
Ma tu bowiem najwięcej do stracenia. Jesteśmy więc swoistym papierkiem
lakmusowym sytuacji ekonomicznej w naszym regionie.
Greckie firmy są już nieobecne na naszym rynku, a nasze banki nie
kupowały obligacji tego kraju…
– Jednak powiązania między krajowymi rynkami, w tym między dużymi instytucjami
finansowymi a ich filiami, oddziałami w Polsce, są tak duże, że zarządzanie
kapitałami w ramach portfeli międzynarodowych grup finansowych uległo
internacjonalizacji. Stąd tak szybkie reakcje na kryzys w Grecji również na
naszym rynku. To jest skutek globalizacji rynków finansowych.
Ekonomiści przewidują gwałtowny spadek wartości polskiej waluty w
przypadku kolejnych problemów w strefie euro. NBP jest na to przygotowany?
– Sama inflacja prowadzi do spadku wartości naszej waluty, dlatego NBP chce temu
zapobiec. Według prognoz już w połowie przyszłego roku uda nam się osiągnąć cel
inflacyjny i zredukować inflację do 2,8 procent. Jeśli zaś chodzi o kurs waluty,
to władze Polski są przygotowane do obrony złotówki. Pierwszym źródłem wsparcia
jest Bank Gospodarstwa Krajowego, który ma olbrzymie zapasy walut obcych
pochodzących z funduszy unijnych. One już są wykorzystywane do obrony naszej
waluty. Ponadto rosną też rezerwy dewizowe NBP i nie zawaha się on wykorzystać
ich w razie potrzeby. Ubiegłoroczne czterokrotne interwencje banku centralnego
były bardzo skuteczne i zapobiegły deprecjacji złotego.
Racjonalne są w takim razie apele do rządu o opracowanie planu B dla
Polski na wypadek rozpadu eurolandu?
– Takie apele są zasadne, bo rozsądek podpowiada, aby być przygotowanym na
najgorsze. Jak taki plan powinien wyglądać? To trudne pytanie. Na pewno
oznaczałoby to spadek naszego eksportu, na co trzeba byłoby się przygotować. Nie
widzę natomiast zagrożeń dla stabilności sektora finansowego w Polsce.
Należałoby natomiast zabezpieczyć się przed groźbą utraty płynności przez banki,
co byłoby rolą przede wszystkim NBP.
Pakt fiskalny może cokolwiek zmienić w sytuacji krajów strefy euro?
– Kraje strefy euro przede wszystkim powinny same sobie pomóc. Jednak pakt
fiskalny wcale temu nie służy. Zawiera on błąd w rozumowaniu. Zakłada bowiem, że
wystarczy tylko ograniczyć wydatki, zmniejszyć deficyty budżetowe i przywrócić
równowagę finansom publicznym, a od razu ożywi to gospodarkę. Niestety, nie jest
to realne. Pakt fiskalny w ten sposób dusi rozwój gospodarczy. Udział bowiem
wydatków państwa w gospodarkach zagrożonych bankructwem krajów z południa Europy
sięga 40-50 procent. Powstaje więc błędne koło: drastyczne cięcia wydatków
powodują spadek wzrostu gospodarczego i wzrost bezrobocia, co z kolei zmniejsza
dochody podatkowe i wywołuje jeszcze gorszy kryzys budżetowy. Dlatego słuszna
jest propozycja, by nie poprzestawać na duszeniu gospodarki poprzez cięcia
fiskalne, ale podejmować rozwiązania pobudzające wzrost gospodarczy, który
napędza dochody budżetu.
Po co więc rząd Donalda Tuska podpisał pakt fiskalny i zgodził się
przekazać 6 mld euro na wsparcie dla eurobankrutów?
– To było nieporozumienie, ponieważ złożono zobowiązania bez jakichkolwiek
korzyści z tego tytułu. Prawo uczestniczenia w posiedzeniach ministrów finansów
strefy euro bez wpływu na ich przebieg nic nam nie daje. W dodatku przyjęcie
paktu fiskalnego zmusza władze Polski do dławienia naszej gospodarki. A przecież
sytuacja w naszym kraju jest jednak inna niż państw strefy euro. Na takich
warunkach nie trzeba było przystępować do paktu.
Niedawna podwyżka stóp procentowych przez Radę Polityki Pieniężnej o 25
punktów bazowych ma powstrzymać inflację. Czy będzie to jednak skuteczne tuż
przed Euro 2012?
– Niewątpliwie ta podwyżka ma swoje uzasadnienie. Pamiętajmy, że inflacja
wzrosła w kwietniu w porównaniu z marcem z 3,9 proc. do 4,0 procent. Co więcej,
prognozy wskazują, że jeszcze we wrześniu inflacja osiągnie 4,4 procent. Poniżej
tej wielkości może spaść dopiero w grudniu br. Tymczasem tak wysoka inflacja
jest niekorzystna dla gospodarstw domowych, zwłaszcza dla osób mało i średnio
zarabiających. To one przede wszystkim płacą podatek inflacyjny. Dlatego należy
walczyć z inflacją, a stopa procentowa jest najlepszym instrumentem rynkowym do
tego celu. Ponadto, jeśli przyjrzeć się poziomowi stóp procentowych w Polsce w
ujęciu realnym [nawet po podwyżce stopa depozytowa NBP wynosi 3,25 proc. –
red.], to po odjęciu od nich stopy inflacji (4 proc.) okazałoby się, że są one
lekko ujemne. Zaś takie stopy zniechęcają do oszczędzania i lokowania
oszczędności w bankach. Oprocentowanie depozytów terminowych w bankach
komercyjnych po odjęciu inflacji jest ujemne. Ale mieliśmy też powody
zewnętrzne, aby podnieść poziom stóp procentowych. Ze względu na trudną sytuację
strefy euro oraz tamtejszych banków istnieje ryzyko, że centrale działających w
Polsce zagranicznych banków mogą wycofywać kapitał z naszego sektora bankowego.
Poniosły bowiem olbrzymie straty na obligacjach greckich, więc będą chciały się
dokapitalizować. Będą musiały też poprawić swoją płynność finansową. Mogą
wycofywać kapitał z Polski również dlatego, że obecnie wchodzi w życie tzw. nowy
system regulacyjny Bazylea III, który wymusza na bankach komercyjnych
podniesienie kapitałów własnych. Zagraniczne banki-matki będą chciały uzupełnić
swoje kapitały, wycofując je z Polski. Mogą nawet zostać zmuszone do sprzedaży
swoich filii w naszym kraju. Aby pokryć straty na greckich obligacjach oraz
dokapitalizować się zgodnie z Bazyleą III, potrzebują ok. 500 mld euro!
Zagraniczne centrale ulokowały w naszym kraju na chwilę obecną depozyty na sumę
ok. 30 mld euro. Gdyby wycofały swój kapitał, doprowadziłoby to do spadku
walutowego kursu złotówki, co z kolei jeszcze bardziej zwiększyłoby poziom
inflacji w naszym kraju. Deprecjacja złotego powoduje bowiem wzrost cen dóbr
importowanych i przekłada się na wyższe koszty produkcji krajowej.
W jaki sposób podniesienie stóp procentowych może powstrzymać zachodnie
centrale przed wycofywaniem kapitału z Polski?
– Podniesienie stóp procentowych zwiększa atrakcyjność lokat bankowych w Polsce
dla inwestorów zagranicznych. Atrakcyjne pozostają też dla nich polskie
obligacje skarbowe. Pozostawienie zaś kapitału zagranicznego w Polsce sprzyja
utrzymaniu stabilności złotówki.
Podwyżka stóp procentowych dotknie jednak osoby spłacające kredyty w
złotówkach, których wynagrodzenia w ostatnim czasie dodatkowo zjada inflacja…
– Oczywiście, podwyżka ma też negatywne strony. Rzeczywiście podniesie to
oprocentowanie kredytów zarówno dla gospodarstw domowych, jak i dla
przedsiębiorstw. Ale jeżeli chodzi o kredyty mieszkaniowe, to wartość kredytów
złotówkowych jest zdecydowanie mniejsza niż kredytów walutowych. RPP musiała
wyważyć wszystkie racje. Przeważyły względy konieczności walki z inflacją,
której obecny poziom w średniej i dłuższej perspektywie jest niekorzystny dla
polskiej gospodarki. Tymczasem mocną presję na jej zwiększenie wywiera także
nasilenie żądań podwyżek płac w przemyśle i sektorze publicznym. Doprowadzą one
również do jakiegoś zwiększenia płac w sektorze prywatnym. Rada Polityki
Pieniężnej uważa, że w dłuższej perspektywie inflacja hamuje wzrost gospodarczy,
zwiększa bezrobocie. Zresztą już obecnie obserwujemy hamowanie tempa wzrostu PKB.
O ile na początku roku wynosił on 4,3 proc., o tyle obecnie szacuje się go na
niewiele powyżej 3 proc., a bezrobocie oscyluje wokół 13 procent. Jeśli obniżymy
inflację, to w ślad za nią spadną także stopy procentowe, co będzie korzystne
dla kredytobiorców.
Na razie spada kurs złotówki do euro i franka szwajcarskiego, co uderza
w tych Polaków, którzy zawarli umowy kredytowe w tych walutach…
– Ale Rada nie ma wpływu na oprocentowanie kredytów w walutach obcych. Jednak
także ze względu na te osoby podniesienie stóp procentowych było zasadną
decyzją. Złagodzi to bowiem spadek wartości złotówki wobec walut, w których
Polacy zaciągnęli kredyty, czyli głównie franka szwajcarskiego i euro, a zatem
zmniejszy koszty spłaty rat takich kredytów walutowych. Działa parytet stóp
procentowych. Podniesienie oprocentowania w Polsce spowoduje napływ kapitału
zagranicznego i umocnienie kursu złotego.
Dziękuję za rozmowę.
