Powstanie Warszawskie − Powstanie Polskie. ”Zyga”, ”Rulicz”, ”Kuba”, ”Dzik”, ”Germen”, ”Kamyk”
Powstanie Warszawskie było czynem zbrojnym najdzielniejszych Polaków żyjących pod okupacją niemiecką. Także tych spoza stolicy. Warszawa, stolica odrodzonej w 1918 roku Rzeczypospolitej, od początku niemieckiej okupacji przyciągała młodych ludzi ze wszystkich okupowanych ziem. Wiadomo było, że jeśli „coś się zacznie na dobre”, to tylko w Warszawie.
Warszawa była też doskonałym miejscem konspirowania się Polaków z ziem włączonych przez Hitlera w październiku 1939 roku do Rzeszy. Przez zieloną granicę uciekali do Warszawy ludzie spaleni na Pomorzu czy w Wielkopolsce, poszukiwani przez Niemców jako „wrogowie niemczyzny na wschodzie”. Żyli na fałszywych papierach, szukali kontaktów z konspiracją niepodległościową, zwłaszcza z ZWZ-AK. Wielu dotrwało w ten sposób do pamiętnego wtorku 1 sierpnia 1944 roku. Walczyli i umierali razem z warszawiakami.
Tym skromnym artykułem składam hołd chłopcom z Pomorza Gdańskiego, zwłaszcza z powiatów starogardzkiego, tczewskiego, świeckiego, z Pomorza Nadwiślańskiego. Niech Pomorze i Warszawa zawsze o nich pamiętają. Byli niezwykli, zdeterminowani, by walczyć za wspólną Sprawę.
Strzelec ”Rulicz”
Tadeusz Rekowski urodził się w Starogardzie, był wnukiem pierwszego polskiego burmistrza miasta po latach zaborów. Już jako uczeń szkoły powszechnej należał do drużyny harcerskiej. Ostatnie lata przed wojną uczęszczał do starogardzkiego gimnazjum. Był znany miejscowym Niemcom jako polski patriota i harcerz. Choć miał dopiero 18 lat, nie miał złudzeń co do swego losu pod okupacją niemiecką w rodzinnym mieście. Od początku zapanował terror, Las Szpęgawski spłynął krwią tysięcy Polaków. Kolega Tadeusza, druh Józek Grzybek został zamordowany w zbiorowej egzekucji młodych Polaków w lesie pod Starogardem w nocy 12 września 1939 roku.
W porozumieniu z rodziną Tadeusz wyjechał do Bydgoszczy, a stamtąd przez zieloną granicę ruszył do tzw. Generalnego Gubernatorstwa. W Puławach szybko nawiązał kontakt z ZWZ. Uczestniczył w przerzucie broni do Radomia. Potem rodzina dowiedziała się, że jest w Lublinie. Stamtąd ruszył do Warszawy. Tęsknił do bliskich, jednak by nie narażać rodziców na szykany Niemców, korespondencję słał pod inny adres. Ostatni list był pełen nadziei. 16 lipca 1944 roku pisał, że „koniec już blisko”, „ostatnie dni tej wojny”, dodając: „Jestem pewny, że za dwa miesiące się zobaczymy. Tu [w Warszawie] wszyscy są jak najlepszej myśli”. Oto świadectwo nastroju i siły ducha młodych ludzi przystępujących do Powstania.
Strzelec „Rulicz” dostał przydział do Batalionu „Baszta”, walczył na Mokotowie. Już w środę, 2 sierpnia, został ciężko ranny, amputowano mu prawą nogę. 23. urodziny spędził w oczekiwaniu na sowiecką odsiecz. Niestety, nie nadeszła. 29 sierpnia został przysypany gruzami zburzonej podczas niemieckiego nalotu kamienicy, co pogorszyło jego stan. Żył jeszcze tydzień, umarł na skutek krwotoku 5 września. Pochowany przy ul. Szustra, po wojnie ekshumowany do wspólnej mogiły na cmentarzu powstańców na Woli. Nie spełniły się nadzieje szlachetnego młodzieńca, nie zobaczył już bliskich i wolnej Polski. Czy miałby szanse normalnego życia w powojennym Starogardzie jako wnuk „reakcyjnego burmistrza”, brat działacza Młodzieży Wszechpolskiej?
Kapral ”Zyga”
Zygmunt Bączkowski był rówieśnikiem „Rulicza”, harcerzem tej samej 20. Pomorskiej Drużyny Harcerzy (1. Drużyny Starogardzkiej). Już w szkole powszechnej był zuchem, potem harcerzem. Bardzo lubiany przez rówieśników, miał dar przywódczy, uprawiał sport.
We wrześniu 1939 roku, po wkroczeniu do Starogardu Niemców, rodzice Zygmunta zostali wywiezieni na roboty do Niemiec, 18-latek musiał sam zadbać o swe utrzymanie. Rozpoczął też działalność w konspiracji harcerskiej, która nawiązała później kontakty z przetrzymywanymi w Starogardzie jeńcami angielskimi i francuskimi. Polscy harcerze przekazywali przez druty obozu żywność i informacje o sytuacji na frontach.
Poszukiwany przez policję, ukrywał się w Zelgoszczy u rolnika Lucjana Wyczyńskiego, ojca szkolnego kolegi, Pawła Wyczyńskiego. Tam wspólnie z Izydorem Genczą w czerwcu 1941 roku zakłada konspiracyjną organizację „Jaszczurka”, skupiającą młodych ludzi ze Starogardu i z powiatu starogardzkiego, głównie niedawnych gimnazjalistów, wspieranych także przez swych nauczycieli.
Uczył młodszych kolegów zasad konspiracji, odbierał przysięgę od nowo przyjmowanych, pełnił funkcję łącznika z ośrodkami ruchu oporu na Pomorzu. Używał pseudonimu „Zyga”.
W Starogardzie mógł być w każdej chwili aresztowany. Do tego pojawiło się jeszcze ultimatum namiestnika Hitlera na Pomorze Gdańskie, Alberta Forstera, nakazujące przymusowe przyjmowanie niemieckiej listy narodowościowej. Odmowa oznaczała represje wobec całych rodzin, łącznie z wywózkami do obozów przesiedleńczych, gdzie ludzie umierali. W 1942 roku Zygmunt przedziera się z kilkunastoosobową grupą jaszczurkowców do Warszawy. Zostają zaprzysiężeni w AK. Kończy szkołę średnią na tajnych kompletach, a w tajnej podchorążówce Agrikola otrzymuje przeszkolenie wojskowe. Uczestniczył w akcjach sabotażowych w Młocinach i w Zaborowie, w akcjach zbrojnych na terenie Warszawy. Był instruktorem poligonu szkoleniowego dla młodzieży AK.
W czasie Powstania Warszawskiego walczył w zgrupowaniu „Chrobry II”, obwód „Radwan” (Śródmieście). 20 sierpnia 1944 roku, gdy jego oddział liczył już tylko sześciu ludzi, „Zyga” ginie od niemieckiej kuli. Pochowany przy Srebrnej 10, po wojnie ekshumowany na cmentarz wolski.
Kapral ”Kuba”
Hubert Stangenberg nosił niemieckie nazwisko, jak wielu Polaków na Pomorzu, ale nie miało to znaczenia, bo miał polskie serce. Urodzony w Pelplinie, stolicy biskupów chełmińskich, w pamiętnym dla Pomorzan 1919 roku, kiedy na kongresie wersalskim decydowały się losy Pomorza Nadwiślańskiego. Był harcerzem jako uczeń szkoły powszechnej i gimnazjum w Tczewie. Niezwykle aktywny harcerz orli, posiadał kilkadziesiąt sprawności harcerskich. Mistrz juniorów Pomorza w rzucie oszczepem. Maturę zdał w 1939 roku.
Po przegranej wojnie obronnej przedostał się do Warszawy, w rodzinnym Tczewie miejscowi Niemcy nie oszczędziliby go jako harcerza i polskiego patrioty. Pseudonim „Kuba” przyjął jako harcerz Szarych Szeregów. Używał podrobionych dokumentów na nazwisko Jan Jankowski. Ukończył tajną podchorążówkę Agrykolę. W Powstaniu walczył w rejonie Starówki. Zginął w nocy z 24 na 25 sierpnia na terenie Ogrodu Krasińskich. Pochowany na Nalewkach, po wojnie ekshumowany na Powązki.
Kapral ”Dzik”
Witold Wetta urodził się w Starogardzie. Był harcerzem i żeglarzem. W 1941 roku rozpoczął działalność konspiracyjną w organizacji „Jaszczurka”. Zagrożony przymusowym zaciągiem do Wehrmachtu, w 1942 roku opuścił rodzinne miasto i przez zieloną granicę przedostał się do Warszawy. Natychmiast nawiązał kontakt z konspiracją akowską, ukończył tajną szkołę podoficerską.
W Powstaniu był dowódcą drużyny w „Baszcie”. W alei Niepodległości spotkało go nieszczęście, niemiecki czołg urwał mu obydwie nogi. To było w ostatnich dniach Powstania. Bez nóg nie mógł się ewakuować. Opiekowała się nim sanitariuszka, ale wieczorem przyszli niemieccy bandyci i zamordowali młodego powstańca z Pomorza.
Ksiądz kapelan ”Germen”
Walerian Pączek urodził się w Lipinkach Królewskich na Kociewiu. Służył w Powstaniu jako kapelan, przyjął pseudonim „Germen”. Po kapitulacji Powstania Niemcy go nie oszczędzali, ciągali po najgorszych obozach, był m.in. w Bergen-Belsen. Nie miał złudzeń co do Polski przehandlowanej przez wiarołomnych aliantów, zależnej całkowicie od Sowietów. Pragnął powrotu do kraju, uznał jednak, że na obczyźnie też będzie pomocny rodakom. Umarł w Stanach Zjednoczonych, do końca życia niósł posługę duszpasterską rodakom.
Brunon Gałkowski
Był synem piekarza ze Starogardu i aż do wybuchu wojny pracował z ojcem w jego piekarni. Był też jednak harcerzem i to w jego życiu było najważniejsze. Na początku niemieckiej okupacji Pomorza przedostał się do Warszawy. Nie czekał na represje, miejscowi Niemcy wiedzieli, że jest zdeklarowanym Polakiem. Dotarł nielegalnie do Warszawy. Był kasjerem w kinie i natychmiast nawiązał kontakt z konspiracją AK. W pierwszych dniach Powstania budował barykadę na rogu Marszałkowskiej i Złotej. Walczył. W niedzielę, 6 sierpnia, Niemcy zbombardowali tę barykadę, masakrując obrońców, których ciał nie można było nawet pogrzebać.
”Leon”
Józef Baumgart urodził się w Świeciu. Był kupcem, to była rodzinna tradycja. I był, mimo niemieckiego nazwiska, Polakiem z krwi i kości. W czasie okupacji przedostał się ze Świecia do Warszawy, uczestniczył w konspiracji akowskiej. Posługiwał się dokumentami na nazwisko Janusz Grabowski. Zginął podczas walk powstańczych, lecz nie znamy okoliczności jego śmierci. Takich anonimowych żołnierzy Powstania było wówczas wielu.
”Kamyk”
Edwin Rozenkranz uczył się przed wojną w Tczewie. Obawiał się niemieckich represji w rodzinnym mieście, więc przedostał się potajemnie do Generalnego Gubernatorstwa. Doczekał tam Powstania. Przeżył. Po wojnie zajmował się historią. W czasach komunistycznych pełnej prawdy o Powstaniu Warszawskim nie można było jednak przekazać. Aż do 1954 roku komuniści zakazywali jakichkolwiek obchodów rocznic Powstania (!), uważając je za „awanturę reakcyjnych kręgów londyńskich”. Dziś nie brakuje ich naśladowców w tej „narracji”, choć występują z innych pozycji.
Tymczasem powstańcy warszawscy chcą tylko jednego: modlitwy i pamięci. Nie wykrzykujmy nad ich grobami „genialnych” analiz sytuacji militarnej w okupowanej Polsce, pokrywając nimi własną miałkość i lęki. Oni się nie lękali. „Dulce et decorum est pro patria mori”.
Najcięższa bitwa
Co roku trzeba powtarzać oczywiste prawdy: Polska 1944 roku nie miała dobrego wyboru. Sytuacja była tragiczna, jak w dramacie greckim. Cokolwiek byśmy nie zrobili i tak obracało się przeciwko nam, gdyż Sowieci mieli wolną rękę. Zgodnie z decyzją aliantów, Polska była ich wewnętrznym problemem, ich obszarem operacyjnym. Generał Władysław Anders pisał z Linii Gotów 31 sierpnia 1944 roku: „Jest oczywiście jasne, że nie ma słów, które by mogły wyrazić nasz najwyższy podziw i dumę z powodu bohaterstwa naszej Armii Krajowej i ludności stolicy. Jesteśmy z nimi każdym tętnem naszej krwi. Przeżywamy głęboko tę tragedię i naszą bezsilność w tej chwili, by im pomóc. Wszystkie nasze boje od Monte Cassino przez Ankonę do Linii Gotów wydają się nam małe wobec walki w stolicy”.
Wróg śmiertelny Polaków potwierdzał tę opinię generała słowami Heinricha Himmlera z narady o Powstaniu 21 września 1944 roku: „Jest to najcięższa bitwa, jaką toczyliśmy od początku wojny. Jest porównywalna tylko do walk w Stalingradzie”.
I to jest właściwa miara tego, co się wydarzyło w Warszawie 75 lat temu. Chwała bohaterom! Spotkajmy się na Powązkach i w innych miejscach polskiej hekatomby.
Red. Piotr Szubarczyk/Nasz Dziennik




