Węgrzy chcą tych reform

Z Mariuszem Bocianem, niezależnym ekspertem ds. Węgier, rozmawia
Piotr Falkowski

Cały pakiet ustaw, nad którym pracuje węgierski parlament, to kwestie
uważane za kontrowersyjne. Viktor Orbán i jego partia znowu będą oskarżani o
tendencje totalitarne. Czy to nie zbyt wielkie ryzyko w obliczu kryzysu
gospodarczego?

– Ta polityka Fideszu obliczona jest na własne społeczeństwo. Po ośmiu latach
rządów socjalistów istniała potrzeba rządów silnej ręki i mocnego przywództwa,
co też pokazał wynik wyborów. Oczekiwano, że rząd będzie prowadził twardą
politykę nie tylko wewnętrzną, ale i w stosunku do graczy zewnętrznych, czyli
Unii Europejskiej, koncernów zagranicznych. Węgrzy oczekiwali demonstrowania
silnej pozycji i jest to realizowane. Pod takim kątem dokonano zmian w
konstytucji, promujących nową filozofię państwa. Można też było zauważyć
elementy tej filozofii podczas pracy poprzedniego rządu Orbána (1998-2002).

Tylko że ta filozofia jest bardzo niepoprawna politycznie i narusza
interesy wpływowych ośrodków, a przez to naraża państwo na krytykę.

– Moim zdaniem i zdaniem wielu Węgrów, błędem jest fatalna polityka
komunikacyjna władz Węgier. To, co robi Fidesz, byłoby zupełnie inaczej
odbierane, gdyby nie stosował on tak otwarcie konfrontacyjnej retoryki, np. w
kontaktach z Międzynarodowym Funduszem Walutowym. Ostatnie nieporozumienia w
związku z pomocą finansową i bankiem centralnym można było zupełnie inaczej
rozegrać. Podobnie podatki nakładane na sektor bankowy, energetyczny i
telekomunikacyjny, zdominowany przez zagraniczne koncerny, można było wyjaśnić
potrzebą walki z kryzysem. A tymczasem ogłoszono walkę z obcym dyktatem.

Po uchwaleniu ustaw, które dają rządowi i parlamentowi pewien wpływ na
bank centralny, może dojść do obniżenia ratingów Węgier, załamania współpracy z
MFW. A sytuacja forinta nie jest najlepsza.

– Rzeczywiście media zaraz podchwytują takie doniesienia, a to jest sprzężone z
reakcjami instytucji finansowych. Już widać bardzo silną zagraniczną presję na
Orbána. Niedawno Hillary Clinton napisała do niego list, będący wyraźnym
ostrzeżeniem, podobne sygnały idą z Unii Europejskiej. W znaczących mediach,
m.in. w USA, ukazało się ostatnio wiele artykułów o Węgrzech, utrzymanych w
krytycznym tonie wobec rządu w Budapeszcie. W ubiegłym tygodniu delegacja MFW z
hukiem opuściła Węgry w proteście przeciwko obecnie głosowanej ustawie o banku
narodowym. Tylko że oni już jechali do Budapesztu z nastawieniem na porażkę.
Wiadomo było, że Orbán nie zgodzi się na ich warunki, a Fundusz potrzebował
dodatkowego argumentu przeciw niemu, który właśnie znalazł. Być może Orbán i
Fidesz nie dadzą się i pójdą w zaparte. Ale to zależy przede wszystkim od
sytuacji gospodarczej.

Orbán ma przed sobą jeszcze dwa i pół roku kadencji i większość
parlamentarną. Musiałoby chyba nastąpić załamanie na wzór grecki, żeby
dobrowolnie ustąpił.

– Dla tych, którzy naciskają na odejście Orbána, najlepszym rozwiązaniem byłoby
powołanie tzw. rządu ekspertów. Pojawiła się też koncepcja rekonstrukcji rządu.
Na Węgrzech jest takie "superministerstwo" gospodarki, kierowane przez Györgya
Matolcsyego, który obarczany jest winą za niepowodzenia reform jako ich twórca.
Zostanie on prawdopodobnie zdymisjonowany, a z resortu wydzielone ministerstwo
finansów. Większą rolę uzyskać ma też prawa ręka Orbána – Mihály Varga, który
był ministrem finansów w jego pierwszym rządzie.

Jak na tę nagonkę reagują zwykli Węgrzy?
– W przeciwieństwie do niektórych polskich mediów, które już trąbią o wielkim
społecznym poruszeniu przeciw Fideszowi, uważam, że społeczeństwo rozumie ciężar
sytuacji spowodowanej kryzysem. Ale mandat zaufania do rządu jest wciąż duży i
nie można mówić o wzroście popularności opozycji czy też nowej formacji byłego
socjalistycznego premiera Ferenca Gyurcsánya. Ludzie są pogodzeni z tym, że
potrzebne są czasem radykalne reformy.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj