Będą kolejne wnioski

– Wykonaliśmy wszystkie zaplanowane czynności i w Smoleńsku, i w Moskwie –
mówi prokurator Karol Kopczyk. W Smoleńsku robiono pomiary terenu, nad którym
samolot Tu-154M leciał w ostatnich sekundach przed katastrofą, to jest rejonu
bliższej radiolatarni, świateł podejścia przed progiem pasa, a także miejsca
upadku maszyny. Bardzo dokładnie specjaliści przyjrzeli się drzewom, o które
zahaczył tupolew, w tym ściętej brzozie, po zderzeniu z którą, według ustaleń
rosyjskiego MAK i komisji Jerzego Millera, oderwała się część lewej konsoli
skrzydła.

Prokurator Kopczyk i dwaj biegli oraz specjalista geodeta byli w Smoleńsku
przez tydzień. Weszli m.in. do pomieszczenia wykorzystywanego do kierowania
ruchem lotniczym, czyli tzw. wieży. Budynek został (może specjalnie na tę
okazję) odnowiony, przynajmniej z zewnątrz. Czy także w środku jego wyposażenie
nie zostało dyskretnie "zmodernizowane"? Tu pozostaje liczyć na profesjonalizm
ekspertów i prokuratorów, którzy dokonywali oględzin.
W Moskwie przez dwa tygodnie przebywał mjr Jarosław Sej, ppłk Kopczyk dołączył
do niego po zakończeniu prac w Smoleńsku. Towarzyszyli im cały czas eksperci
lotniczy z Instytutu Technicznego Wojsk Lotniczych. Przesłuchano siedmiu
świadków, osoby odpowiedzialne za przygotowanie lotniska do lotów specjalnych 7
i 10 kwietnia 2010 roku, w tym certyfikację i oblot radioelektronicznych środków
pomocy nawigacyjnej.
Praca polskiej ekipy zakończyła się wcześniej, niż planowano, gdyż wstępnie
założono pobyt do 19 grudnia. Ale, jak relacjonuje prokurator Kopczyk, praca
przebiegała "sprawnie i bez opóźnień". Śledczy nie wyklucza kolejnych wyjazdów.
– Na spokojnie musimy przeanalizować te informacje, które uzyskaliśmy. Trzeba
poczekać na otrzymanie protokołów, skonfrontować je z innym materiałem
dowodowym, jaki mamy już zebrany w śledztwie. Na chwilę obecną nie wykluczam, że
będziemy występowali do strony rosyjskiej o umożliwienie wykonania ponownie
czynności w postaci uczestniczenia w przesłuchaniu lub innych – tłumaczy
Kopczyk. Poza przesłuchaniami w grę wchodzą też oględziny, ekspertyzy biegłych
oraz pozyskanie z Rosji dokumentów. Co do tych ostatnich, to polska prokuratura
będzie o to występowała "z dużym prawdopodobieństwem".
Przesłuchanie w ramach pomocy prawnej polega na tym, że polski prokurator albo
pomagający mu biegły formułuje pytanie, jest ono tłumaczone na rosyjski, po czym
formalnie zadaje je oficer śledczy Komitetu Śledczego. Dialog jest
protokołowany, a podpisany przez wszystkich dokument przekazuje się stronie
polskiej jako realizację wniosku o pomoc prawną. Procedura przesłuchania świadka
oraz oględzin przedmiotów jest dość podobna do polskiej, opisanej w kodeksie
postępowania karnego. Polacy musieli jednak zapoznać się z działem VIII
rosyjskiego kodeksu karno-procesowego, w którym opisano zasady prowadzenia
przesłuchań, oględzin, ekspertyz itd.
Oficerowie śledczy, którzy prowadzą analogiczne do polskiego śledztwo w sprawie
katastrofy smoleńskiej na terenie Federacji Rosyjskiej, jednocześnie sami zadają
pytania, korzystając z okazji, że obecni są ważni świadkowie. Podpułkownik
Kopczyk uważa, że to dobrze, gdyż pytania Rosjan (śledczy Komitetu
przyprowadzali też własnych ekspertów) często nasuwały pomysł, żeby poruszyć
kolejne kwestie. – To dawało czasem szerszy obraz sprawy. Te pytania rodziły z
kolei nasze dodatkowe pytania – opowiada polski prokurator.
Z drugiej strony Polacy i Rosjanie, prowadzący śledztwo w tej samej sprawie,
wolą nie wypytywać się nawzajem o linię postępowania, hipotezy czy ewentualne
decyzje procesowe. – I my, i oni zachowujemy taktownie szacunek dla wzajemnej
niezależności. My prowadzimy swoje śledztwo, Komitet Śledczy swoje postępowanie.
Jesteśmy niezależni, suwerenni i nie wypytujemy o kierunek działania czy plany.
Gdyby mnie ktoś o to pytał, to na pewno odmówiłbym odpowiedzi. Ale na szczęście
nie pytał. I my też nie pytaliśmy – tłumaczy Kopczyk.

Piotr Falkowski
 

drukuj