Archiwa „Marty”

Fotografie, akta śledcze, legitymacje oraz filmy kręcone o ppor.
Armii Krajowej Alinie Fedorowicz "Marcie" trafiły do stołecznego Archiwum Akt
Nowych. Wśród materiałów znalazła się kopia listu od Jana Pawła II.

– Tą uroczystością chcemy także uczcić pamięć wszystkich żołnierzy "Zenona",
którego podwładną była Alina Fedorowicz – powiedział podczas uroczystości
przekazania archiwaliów Tadeusz Krawczak, dyrektor Archiwum Akt Nowych. Wśród
materiałów są m.in. różnego typu zaświadczenia, fałszywe dokumenty, pod którymi
"Marta" działała po wojnie, wycinki prasowe czy kopia listu przesłanego jej
przez Papieża Jana Pawła II. Archiwum otrzymało też dokumenty z jej działalności
w okresie komunistycznym i w stanie wojennym.
Przekazania tych pamiątek dokonał syn "Marty" – Jerzy Fedorowicz. Jak zaznaczył,
jego matka cieszyła się ogromnym szacunkiem wśród kolegów z oddziału. – Jako
niemal absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego była autorytetem dla tych młodych
chłopaków, w większości pochodzących z małych miejscowości. Oni ją uwielbiali, a
ona im pomagała, pisała za nich życiorysy, opisywała ich historie. Był wśród
nich również mój ojciec, tuż po maturze, z tzw. lepszego domu i myślę, że dość
szybko szalenie się w niej zakochał, bo była także bardzo piękna – zaznaczył
Fedorowicz.
Alina Fedorowicz ps. "Marta", ppor. Armii Krajowej, urodziła się w 1913 r. w
rodzinie ziemiańskiej. Działając w konspiracji w ramach ZWZ-AK, w 1941 r.
wyjechała do Białej Podlaskiej z zadaniem zdobycia informacji o losach polskich
jeńców w ZSRS. Była jedną z pierwszych osób w kraju, która otrzymała informacje
o ich rozstrzelaniu. Służyła również jako łączniczka terenowa m.in. Oddziału
Lotnego Stefana Wyrzykowskiego "Zenona". Została aresztowana przez NKWD pod
koniec 1944 roku. Po zwolnieniu działała w konspiracji antysowieckiej na
Podlasiu, współredagując tajne czasopismo "Reduta". Od 1946 r. razem z mężem
ppor. Eugeniuszem Fedorowiczem ps. "Stary" działali pod przybranym nazwiskiem
Wirscy. Ujawnili się dopiero w 1947 r. po przeniesieniu się do Polanicy-Zdroju.

Jacek Dytkowski
 

drukuj