Knebel dla Sikorskiego
Donald Tusk wiedział o głównych tezach berlińskiego wystąpienia ministra
Radosława Sikorskiego – ustalił "Nasz Dziennik". Ale nie docenił jego wagi i
zbagatelizował skutki. Dlatego premier przez kilka dni milczał, a
przedstawiciele rządu i Platformy Obywatelskiej starali się neutralizować
negatywny przekaz. Pominięcie prezydenta w procedurze konsultacji było już
jednak celowym działaniem szefa rządu i ministra.
Poniedziałkowe wystąpienie Radosława Sikorskiego na forum Niemieckiego
Towarzystwa Polityki Zagranicznej w Berlinie zostało odczytane jako wezwanie do
ściślejszej integracji Unii Europejskiej, budowania struktury na kształt Stanów
Zjednoczonych Europy, co oznaczałoby znaczne ograniczenie suwerenności państw
członkowskich. Sikorski wzywał Niemcy do obrony strefy euro, postulując wręcz
budowanie UE pod niemiecką hegemonią. Opozycja – PiS i Solidarna Polska – ostro
zaatakowała Radosława Sikorskiego, obiecując złożenie wniosku o jego dymisję i
postawienie przed Trybunałem Stanu. Przedstawiciele innych partii byli dla
ministra bardziej wyrozumiali, choć nie brakowało głosów, że Sikorski powinien
swój pomysł przedstawić najpierw w Polsce, a nie w Niemczech. Ale najwięcej
emocji budziło pytanie, czy Radosław Sikorski konsultował swoje wystąpienie z
premierem i prezydentem, czy też pozwolił sobie na polityczną samowolę.
Wczoraj wątpliwości w tej kwestii rozwiał rzecznik rządu Paweł Graś, który
najpierw w radiowej Trójce, a potem w innych rozmowach z dziennikarzami
zapewnił, że przemówienie szefa dyplomacji było konsultowane z premierem
Donaldem Tuskiem. Wprawdzie Graś zastrzegł, że konsultacje nie były prowadzone
"co do każdego przecinka", ale szef rządu wiedział o głównych tezach wystąpienia
Sikorskiego w Berlinie. Na brak konsultacji skarżył się dzień wcześniej
Bronisław Komorowski, bo tekst przemówienia dotarł do jego kancelarii dopiero w
dniu wygłoszenia, Sikorski nie prosił też prezydenta o żadne spotkanie w tej
sprawie.
Z informacji, do jakich dotarł "Nasz Dziennik", wynika, że Donald Tusk nie
docenił wagi wystąpienia swojego ministra. – Premier oczywiście wiedział, z czym
do stolicy Niemiec jedzie Radosław Sikorski, jednak nie zdawał sobie sprawy z
tego, jaki rezonans wywołają słowa szefa dyplomacji, jakie to wzbudzi protesty –
mówi w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" jeden z posłów Platformy. – Donald Tusk
został po prostu zaskoczony. Teraz ma pretensje do Sikorskiego, że został
wsadzony przez niego na minę i musi szukać sposobu wyjścia z afery bez szwanku
dla wizerunku rządu i swojego – dodaje. Inny z parlamentarzystów PO podkreśla,
że według najbliższych współpracowników premiera znowu dało o sobie znać
"rozbudowane ego" ministra Sikorskiego. Co więcej, szef MSZ planował "dać odpór"
krytykom, ale Tusk zabronił mu publicznego wypowiadania się w kraju na ten temat
i ta cisza może trwać do 14 grudnia, gdy w Sejmie odbędzie się debata na temat
polityki zagranicznej. Do tego czasu, jak ma nadzieję przewodniczący PO,
sytuacja nieco się uspokoi i emocje opadną. – Premier milczał do wczoraj. Nie
zabierał głosu, bo ze współpracownikami analizował, jakie szkody dla rządu
przyniosło przemówienie Sikorskiego i w jaki sposób odpowiedzieć na ataki
opozycji – mówi nam osoba z kancelarii premiera.
Operacja: neutralizacja
Jak na razie Donald Tusk nakazał swoim współpracownikom i parlamentarzystom
osłabianie wymowy i znaczenia deklaracji Radosława Sikorskiego. Polega to
zwłaszcza na podkreślaniu, że minister przedstawił swój głos "w dyskusji o
przyszłości Unii", ale przede wszystkim, że konferencja w Berlinie miała
charakter nieformalny, więc Sikorski nie prezentował też oficjalnego stanowiska
rządu. – Czym innym są oficjalne wystąpienia premiera, oficjalne noty rządu
polskiego, a czym innym nieformalne wystąpienia, takie jak ministra Sikorskiego
w Berlinie – wyjaśnia rzecznik rządu Paweł Graś. Wspiera go Dariusz Rosati,
poseł PO, minister spraw zagranicznych w rządzie SLD – PSL, który też podkreśla,
że Sikorski nie prezentował stanowiska rządu, ale wykorzystał berlińskie forum
do przedstawienia swojej wizji integracji europejskiej. Również niektórzy inni
politycy Platformy stoją na stanowisku, że nie ma powodów do krytykowania
ministra spraw zagranicznych, bo jego wypowiedź nie jest stanowiskiem rządu,
więc nie można mówić o zmianie priorytetów polskiej polityki zagranicznej.
Ale i w partii rządzącej nie brakuje głosów krytycznych. Najgłośniej wyraził je
Grzegorz Schetyna, przewodniczący sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych. Co
prawda Schetyna stwierdził wczoraj w Sejmie, że "wystąpienie Radosława
Sikorskiego rozpoczyna debatę na temat przyszłości UE", ale jednocześnie były
marszałek Sejmu wskazuje, iż minister spraw zagranicznych wypowiadał się w
imieniu całego rządu. – Premier mówi ustami szefa MSZ. To jest przedstawiciel
rządu odpowiedzialny za politykę zagraniczną, to jest nie tylko głos szefa
dyplomacji, ale całego rządu – stwierdził Grzegorz Schetyna. Co ciekawe,
Schetyna przy okazji potwierdził, że przesunięcie do połowy grudnia terminu
debaty w Sejmie na temat polityki zagranicznej ma ostudzić atmosferę wokół rządu
i ministra Sikorskiego, bo posłowie muszą "mieć czas i dystans".
Jeden ze współpracowników Grzegorza Schetyny mówi nam, że w jego partii bardzo
możliwy jest wybuch konfliktu wokół kwestii unijnych. Część posłów i senatorów
popiera bowiem ideę głębszej integracji, ale inni są temu zdecydowanie
przeciwni. Teraz Donald Tusk bada również nastroje w swojej partii, aby się
zorientować, czy warto się przy tematach UE upierać. Tym bardziej że znowu rząd
"nadepnął na odcisk" prezydentowi, bo jak się dowiedzieliśmy, Sikorski i Tusk
wspólnie ustalili, że nie trzeba na temat unijnych projektów rozmawiać z
prezydentem. Teraz więc urażony Komorowski będzie się domagał wyjaśnień. Jak
wynika z naszych nieoficjalnych informacji, Kancelaria Prezydenta wystąpiła do
premiera i ministra spraw zagranicznych o konsultacje. Odpowiedzi na razie nie
ma. – Kontynuowana jest tradycja odsuwania prezydenta od wpływu na politykę
zagraniczną. Rząd robił to w czasie, gdy prezydentem był Lech Kaczyński, ale i
gdy PO ma swojego prezydenta, tych praktyk nie zaniechano – komentuje poseł
Witold Waszczykowski (PiS), wiceprzewodniczący sejmowej Komisji Spraw
Zagranicznych.
Znaczące jest jednak to, że Komorowski zaprosił na rozmowę posła Schetynę, co
może świadczyć o odnowieniu sojuszu prezydenta ze "schetynowcami", przynajmniej
w tej materii. Od jednego z urzędników prezydenckiej kancelarii usłyszeliśmy
nawet, że Bronisław Komorowski chce przeprowadzić z premierem i szefem
dyplomacji "zasadniczą rozmowę", bo już kilka razy był stawiany przez MSZ w co
najmniej bardzo niezręcznej sytuacji. Przykładem takich działań w przeszłości
była choćby sprawa usunięcia przez Rosjan tablicy, którą na miejscu katastrofy
rządowego Tu-154M postawiły rodziny ofiar. Stało się to tuż przed wizytą
Komorowskiego i Dmitrija Miedwiediewa w Smoleńsku i choć MSZ wiedziało o sprawie
i zamiarach Rosjan, Sikorski nie uprzedził o tym prezydenta.
Krzysztof Losz
