Demokratyzacja czy islamizacja?

Znaczenia i symboliki wyborów parlamentarnych w Tunezji z 23 października
br. nie można nie doceniać. Tunezja zainicjowała masowe protesty o charakterze
politycznym, społecznym i gospodarczym, do których doszło w niemalże wszystkich
krajach arabskich i które w wielu z nich przemieniły się w rewolucję. Była
pierwszym krajem arabskim, gdzie dokonał się bunt obywateli przeciwko
skorumpowanemu systemowi władzy autorytarnej. Za Tunezją podążyły Algieria,
Jemen, Jordania, Egipt, Libia oraz inne kraje. Woń jaśminu rozprzestrzeniła się
szeroko w Afryce Północnej i na Bliskim Wschodzie. Bez przemocy i
nieprawidłowości, a raczej w atmosferze zdrowej konkurencji między licznymi
partiami politycznymi, w Tunezji odbyły się pierwsze prawdziwie demokratyczne
wybory parlamentarne. O ironio, najwięcej, gdyż prawie 40 proc. głosów, zdobyła
islamska Partia Odrodzenia (Hizb an-Nahda). Na odzew nie trzeba było długo
czekać. Już kilka dni po wyborach na ulicę wyszły kobiety, aby zamanifestować
swoje zaniepokojenie groźbą narzucenia im praw wynikających z islamu i
odebraniem wcześniej zdobytych wolności. Prowadzi nas to do pytań o przyszłość
Tunezji i o ogólne skutki przebudzenia arabskiego. Czy obserwujemy długo
oczekiwany początek demokracji w muzułmańskich krajach arabskich, czy też krok w
kierunku ich głębszej islamizacji? Czy demokracja w ogóle da się pogodzić z
islamem?

Islam a demokracja
Z krajów w rejonie Bliskiego Wschodu, w których muzułmanie stanowią większość,
jedynie Turcja i Liban zasługują na miano demokracji. Obydwa reprezentują jednak
przypadki nietypowe. Powstała w roku 1923 Republika Turcji jest państwem
świeckim i zawdzięcza swą nowożytną, laicką państwowość drastycznym reformom
Kemala Atatźrka. Utworzona zaś w 1926 r. z inicjatywy Francji Republika Libańska
jest na mocy paktu narodowego z 1943 r. państwem wieloreligijnym i dopiero po
zmianach demograficznych spowodowanych wyczerpującą wojną domową (1975-1990)
oraz innymi czynnikami jego silna społeczność chrześcijańska znalazła się w
mniejszości wobec muzułmanów i utraciła swoje dawne wpływy. Ponadto demokracja w
obydwu krajach daleka jest od doskonałości. Kemalistyczna, świecka idea państwa,
na której opiera się turecka demokracja, jest zagrożona po dojściu do władzy w
Turcji islamskiej partii Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP). Z prawdziwym
machiawelskim kunsztem, wykorzystując posiadaną władzę, manipulując informacją
oraz prawiąc komplementy Unii Europejskiej, AKP zmierza do celu, jakim jest
zmiana konstytucji oraz zwiększenie roli islamu w sferze publicznej.
Aresztowania niewygodnych dziennikarzy i emerytowanych generałów (tych w służbie
czynnej nie można aresztować) budzą strach i paraliżują działania opozycji. Z
kolei w Libanie społeczeństwo jest podzielone na wrogie sobie frakcje
polityczno-religijne, z tym że główna linia podziału przebiega między sunnitami
(Sojusz 8 marca) i szyitami (Sojusz 14 marca) a między popierającymi jednych lub
drugich skłóconymi ze sobą partiami chrześcijańskimi. W rezultacie ma miejsce
paraliż władzy. Słabość państwa, a wręcz erozja jego wewnętrznej suwerenności,
uwidacznia się w działalności szyickiej organizacji zbrojnej Hezbollah,
wspieranej przez Iran i Syrię oraz oskarżanej o terroryzm, której rząd libański
ani ze względów politycznych (Hezbollah stanowi trzon Sojuszu 8 marca), ani też
ze względu na brak faktycznej siły nie jest w stanie obezwładnić ani nawet
kontrolować.
Systemy państwowe Turcji i Libanu, dzieła kemalistów i prawników francuskich,
utworzone zostały niejako "z góry". Na ulicach Tunisu, a potem Kairu, Trypolisu
i innych miast zawiał inny wiatr. To ruch oddolny tysięcy ludzi,
reprezentujących nierzadko różne światopoglądy i różne motywacje, które
połączone hasłem demokratyzacji doprowadziły do obalenia tyranów. Tu demokracja
będzie się dopiero tworzyć. Ale czy powstanie?
Na temat demokracji i islamu wyrażane są różne opinie. Niektórzy badacze
podkreślają, że obecność w islamie takich pojęć jak baj´ah (wybór), szura
(porada) czy idżma (wykładnia) sugeruje możliwość dyskusji i uczestnictwa w
polityce, a co za tym idzie – budowy systemu raczej demokratycznego niż
autorytarnego. Wszystkie jednak te pojęcia odnoszą się do interpretacji prawa
islamskiego (szariatu), które jest prawdą niepodważalną. Demokracja w pojęciu
zachodnim jest wyrazem suwerenności narodu. Odnosi się do systemu politycznego,
w którym obywatele danego państwa, bezpośrednio lub za pośrednictwem swoich
wybranych w wolnych wyborach przedstawicieli, tworzą własne prawa. Zgodnie z
ukształtowanym w tradycji myśli politycznej Zachodu rozdziałem między religią a
państwem tworzony w ten sposób porządek prawny nie może być skierowany przeciwko
dobru wspólnemu i religii. Z drugiej zaś strony, jak długo uchwalane przez
legislaturę prawo reguluje świeckie aspekty życia, religie nie powinny w nie
ingerować. Tymczasem w islamie porządek polityczny oparty jest na idei
suwerenności Boga, czyli faktycznie na prawie islamskim, które reguluje
wszystkie aspekty ludzkiego życia, łącznie z polityką. Patrząc z tej
perspektywy, idea suwerenności narodu, istota demokracji, brzmi jak herezja. Tak
zwana demokracja islamska, oparta na szariacie, może więc być uznana wyłącznie
za demokrację z nazwy; prawdziwą demokracją nie będzie.

Przestrzeń dla pragmatyzmu
Odpowiedź, że to islamizacja, a nie demokratyzacja będzie skutkiem przewrotu
arabskiego, byłaby jednak zbyt pochopna i zbyt pesymistyczna. Nie uwzględniałaby
różnorodnych pragnień, aspiracji i marzeń uczestniczących w niej ludzi ani też
kierunku, w jakim obecnie rozwija się świat. Ruch w kierunku demokracji wydaje
się nieunikniony w sytuacji masowej komunikacji międzyludzkiej i coraz lepiej
wykształconych społeczeństw. Ważną rolę w czasie rewolucji w Tunezji, a potem w
Egipcie odegrał internet. Przyczynił się on do organizacji wystąpień,
rozpowszechniania informacji i mobilizacji uczestników manifestacji. Dla osób
posługujących się na co dzień internetem, komunikujących się ze sobą często z
odległych krańców naszego globu, wymieniających informację i kształtujących
własne poglądy autorytarny system polityczny, świecki czy religijny musi się
wydawać absurdalny. Odpowiedź, jakie będą skutki rewolucji, zależeć więc będzie
od modelu islamu, jaki wygra w danym państwie: czy będzie to islam
fundamentalistyczny, wyrażający się w terroryzmie i ekscesach sfanatyzowanych
tłumów, czy islam otwarty na świat i wykształcony. Jeżeli w Tunezji, Egipcie,
Libii i innych państwach, w których pojawił się jaśminowy powiew, zagórują
wykształcone elity pragnące poprawy jakości życia społecznego i awansu
gospodarczego i politycznego swoich państw oraz mające pragmatyczne nastawienie
zarówno do islamu, jak i do współpracy z Zachodem, demokratyzacja i poprawa
jakościowa jest możliwa. Jeżeli zaś zagóruje fundamentalizm Braci Muzułmańskich
i innych podobnych grup, wrogich wobec lokalnych społeczności chrześcijańskich i
Zachodu, przebudzenie arabskie i jaśminowe doświadczenie z demokracją okaże się
smutną pomyłką.
Kierunek pragmatyczny ma również swój wyraz w prawie islamskim. Przywiduje
bowiem ono, że szczególne prawa mogą ulec modyfikacji w zależności od miejsca,
czasu i okoliczności. Takie nastawienie wydaje się reprezentować w Tunezji lider
islamskiej Partii Odrodzenia Raszid Al-Ghannuszi, który w swoich wypowiedziach
podkreśla potrzebę innowacyjności, znaczenie kultury lokalnej i wagę związków
zawodowych oraz samorządności. Wiele lat spędził on za granicą, kształcąc się
między innymi na Sorbonie. Komentując sukces wyborczy, jaki odniosła jego
partia, ogłosił, że nie ma ona zamiaru wprowadzać obowiązku noszenia przez
kobiety chust islamskich ani innych zasad zmieniających styl życia
Tunezyjczyków.

Egipskie zagrożenie
Z większymi obawami należy spojrzeć na październikowe wydarzenia w Egipcie.
Zburzenie kościoła koptyjskiego przez gniewny tłum i masakra protestujących
chrześcijan dokonana przez policję, w wyniku której dwadzieścia pięć osób
zginęło i wiele odniosło rany, oraz brak odpowiedniej reakcji ze strony władz
napawają zrozumiałym niepokojem. Jeszcze tak niedawno na ulicach Kairu
chrześcijanie i muzułmanie wspólnie protestowali przeciwko rządom Hosniego
Mubaraka i domagali się jego odejścia. Nierzadko połączone
chrześcijańsko-muzułmańskie patrole utrzymywały porządek i broniły świątyń przed
ekscesami islamskich ekstremistów. Dziś coraz częściej wśród egipskich
chrześcijan pojawia się pytanie, czy ich pragnienie, by Egipt stał się krajem
demokratycznym, szanującym podstawowe prawa jednostki do wolności wyznania,
zostanie zrealizowane i czy da się powstrzymać zwrot nastrojów społecznych w
kierunku nietolerancji i fanatyzmu. Te obawy o przyszłość nie są nieuzasadnione.
W Iraku po inwazji amerykańskiej w roku 2003 i odsunięciu od władzy Saddama
Husajna zamiast demokratyzacji nastąpiła fala terroru, w wyniku której ogromną
szkodę ponieśli iraccy chrześcijanie. W ciągu zaledwie kilku lat społeczność
chrześcijańska, tradycjami sięgająca do wczesnego chrześcijaństwa, zmniejszyła
się o połowę.
Można by na koniec zapytać, jakie stanowisko powinni w obliczu tych wydarzeń
przyjąć Polacy. Jako kraj, w którym miała miejsce rewolucja "Solidarności" i
demokratyzacja uwieńczona sukcesem, Polska cieszy się szczególnym autorytetem w
krajach, które obecnie wkroczyły na drogę demokratyzacji. Jako kraj
chrześcijański o wielowiekowych tradycjach ma zaś szczególne niepisane obowiązki
wobec prześladowań chrześcijan, w każdym miejscu na świecie. Popieranie
demokratyzacji krajów arabskich oraz obrona znajdujących się tam mniejszości
chrześcijańskich powinny zostać uznane za priorytet polskiej polityki
zagranicznej.

 

Prof. Włodzimierz J. Korab-Karpowicz
 


Autor jest profesorem stosunków międzynarodowych na Angloamerykańskim
Uniwersytecie w Pradze (Republika Czeska) i profesorem wizytującym na Libańskim
Uniwersytecie Amerykańskim (Liban).

drukuj