Sami z problemami

Rozmowa z Radosławem Zawrotniakiem, szpadzistą, wicemistrzem olimpijskim

Skomplikowała się nieco sprawa Pana występu na przyszłorocznych igrzyskach
olimpijskich.

– No tak, trochę punktów rankingowych mi brakuje. Do końca kwalifikacji
pozostało czworo zawodów Pucharu Świata, które potrwają od stycznia do marca.
Muszę wypaść na nich dobrze, lub nawet bardzo dobrze, aczkolwiek jestem
przekonany, że to realne. Wydawało mi się, że problem rozwiążą niedawne
mistrzostwa świata w Katanii, tak się jednak nie stało, mimo naprawdę dobrego
miejsca…

Dobrego? Był Pan przecież dopiero trzynasty, a oczekiwania były większe.
Znacznie.

– Były, ale ja pozostanę przy swoim zdaniu. Trzynasta lokata przy 227
startujących to dobry wynik. Oczywiście apetyt miałem większy, no i patrząc z
perspektywy igrzysk, trudno mówić o sukcesie, bo do Londynu specjalnie się nie
zbliżyłem. Pozostał we mnie też niedosyt z tej racji, że znalazłem się trzeci
raz w najlepszej szesnastce mistrzostw świata, ale, podobnie jak poprzednio, nie
przełamałem bariery ósemki – choć byłem np. szósty na olimpiadzie w Pekinie i
trzeci na mistrzostwach Europy. W Katanii też mogłem zajść wyżej, ale nie
dopisało mi szczęście i trafiłem w 1/8 finału na Rubena Limardo. Znamy się z
Wenezuelczykiem doskonale, długo z nim wygrywałem, jednak w ostatnich latach coś
się zacięło albo on znalazł na mnie sposób i regularnie punktuje. Potem co
prawda doszedłem do tego, gdzie popełniam błąd, lecz było już za późno.

Limardo, o czym warto pamiętać, na co dzień reprezentuje barwy Piasta
Gliwice, gdzie trenuje pod okiem selekcjonera naszej kadry Marka Julczewskiego.

– Nie chcę wylewać publicznie żalów, czy szukać tanich usprawiedliwień, ale to
chyba chora sytuacja. Niejednokrotnie zdarzało się w przeszłości, że na
krajowych zawodach stawaliśmy przeciwko sobie, a trener Julczewski dawał Limardo
wskazówki, jak ma ze mną walczyć i gdzie wynajdywać słabe punkty. Jako
szkoleniowiec klubowy miał do tego prawo, nie przeczę, ale jest też
selekcjonerem kadry zatrudnionym przez Polski Związek Szermierczy, który
powinien pamiętać o interesie narodowej drużyny. W Paryżu okazało się, że jego
wskazówki były cenne, rywal z nich skorzystał.

Na mistrzostwach świata żaden z reprezentantów Polski nie stanął na podium,
co wydarzyło się pierwszy raz od ładnych paru lat. To dowód lekkiego kryzysu?

– Mamy problem i obawiam się, że szermierka może w niedalekiej przyszłości
podzielić los dyscyplin, które praktycznie zniknęły z naszej sportowej mapy,
takich jak choćby dżudo. Brakuje nam pieniędzy, choćby na przygotowania, system
finansowania budzi coraz większy sprzeciw. Chciałem niedawno pojechać na turniej
satelitarny, by zdobyć nieco punktów do światowego rankingu, ale nie było takiej
możliwości. Od pewnego czasu pracuję bez trenera. Zbigniew Ryczek, pod którego
okiem szkoliłem się od lat, miał dość harowania za nic i na czyjeś konto. W
kontrowersyjnych okolicznościach rozstał się z kadrą, ale teoretycznie mógłby
pobierać pensje z klubu, AZS AWF Kraków. Niestety, nie obejmuje mnie już program
Akademickiego Centrum Szkolenia Sportowego, gdyż jestem za stary. Trener w końcu
nie wytrzymał, powiedział, że ma dość. Nikogo nie interesowało, że doprowadził
mnie do medalu olimpijskiego.
Selekcjoner kadry dostaje dobrą pensję, ale on z nami na co dzień nie pracuje.
Korzysta raczej z dokonań trenerów klubowych, którzy tak naprawdę szlifują naszą
formę i robią wszystko, byśmy krok po kroku poprawiali umiejętności. Najczęściej
robią to za darmo, bo to kochają. Fajnie, tyle że w pewnym momencie takie
idealistyczne podejście przestaje mieć sens, bo trzeba wyżywić rodzinę.

Wspomniany medal olimpijski miał Panu i kolegom z drużyny zapewnić spokój
przygotowań do Londynu. Tak nie jest?

– Już nie. Było dobrze do chwili, gdy Międzynarodowa Federacja Szermiercza
wykreśliła turniej drużynowy szpadzistów z programu najbliższych igrzysk.
Ministerstwo Sportu niemal natychmiast, bez żadnych konsultacji, obcięło nam
finansowanie prawie do zera. Zostaliśmy z niczym, tuż przed rozpoczęciem
kwalifikacji olimpijskich. Tymczasem zgodnie z wcześniejszymi obietnicami
mieliśmy mieć, jako medaliści z Pekinu, zapewnione środki do mistrzostw świata w
2011 roku. Nikt nawet nie wziął pod uwagę faktu, że w 2016 roku w Rio de Janeiro
zmagania zespołowe powrócą, a cykl szkoleniowy w szermierce zajmuje mniej więcej
osiem lat. Pracując dziś, pracujemy już na to, co stanie się w przyszłości.

Trenuje Pan dziś sam?
– Zlitował się nade mną Piotr Hammer. Swoją drogą nie rozumiem, dlaczego inni
mogą mieć opłacanego trenera z "urzędu", a ja nie. Choćby Ola Socha, tak jak ja
medalistka mistrzostw Europy, otrzymała pieniądze, za które może finansować
szkoleniowca w USA. Ja nawet takiej szansy nie otrzymałem, choć mój trener jest
na miejscu i ma doskonałe kwalifikacje. W ogóle problemem naszej dyscypliny jest
stale obniżający się poziom szkoleniowy. Brakuje indywidualizacji treningu, nikt
nie słucha zawodnika, który mówi, że jest przemęczony, albo chciałby coś
zmienić, albo nie chce po raz pięćdziesiąty z rzędu jechać na zgrupowanie do
Spały. Nikt nie słucha, tylko straszy odebraniem stypendium. Podczas ostatnich
mistrzostw świata mieszkaliśmy w jakimś ośrodku wypoczynkowym położonym niemalże
na przedłużeniu pasa startowego lotniska międzynarodowego. Mieliśmy w pokojach
karaluchy, nie działała klimatyzacja, jak w pewnym momencie spadł deszcz, to nas
całkowicie zalało.

Czyli nie odczuwa Pan wsparcia ze strony odpowiednich i stworzonych w tym
celu instytucji?

– Tak jak wspomniałem, jedni mają wszystko, drudzy nic. Szpadzistki z klubu
Londyn 2012 dostały na przygotowania w samym tylko 2011 roku 2,2 miliona
złotych, florecistki – 1,1 miliona, a my może 300 tysięcy. Obecność w klubie
Londyn miała dać gwarancję wyniku, tak się jednak nie stało. Przypomnę, że
podobnie było choćby w przypadku lekkoatletów w Daegu. Tomasz Motyka, aktualny
medalista mistrzostw Europy, nie otrzymał żadnego wsparcia z Ministerstwa
Sportu. Słyszałem nawet pogardliwą wypowiedź jakiegoś urzędnika, że mistrzostwa
Europy to nie są ważne zawody i że powinienem potwierdzić jeszcze swoją wartość.
To jakiś żart? A ja i moi koledzy wcale nie wymagamy gór złota i nie mamy
jakichś niewiarygodnych potrzeb. Chcielibyśmy tylko mieć taki budżet, który
pozwoliłby nam jeździć na zawody, opłacić trenera, zapewnić sobie odżywki,
lekarza, badania diagnostyczne etc. Poza tym chciałbym za swoją pracę, bo
szermierka nią przecież jest, otrzymywać wynagrodzenie. Dziennie poświęcam na
sport 10 godzin, a cały czas muszę spacerować od instytucji do instytucji, od
firmy do firmy, prosząc o wsparcie. To chyba chore. Mam tylko to szczęście, że
od pewnego czasu jestem żołnierzem zawodowym i na zawodach reprezentuję polską
armię. Jej wsparcie jest wręcz bezcenne.

Wróćmy na koniec do sprawy paszportów do Londynu. Jak daleko jest Pan od
stolicy Anglii?

– Jestem w rankingu 27., Tomek Motyka jest 25., na igrzyska pojedzie 12
najlepszych z listy światowej i dodatkowo trzech najlepszych z Europy. Tylko
jeden reprezentant z danego kraju, chyba że ktoś inny uplasuje się w czołowej
ósemce. Jestem dziś blisko i daleko. Mam na koncie 53 punkty, kwalifikacje
powinny dać 90, może nawet 80. Na liście światowej znajduje się ponad 1000
zawodników, grubo ponad 250 regularnie pojawia się na zawodach Pucharu Świata.
Poziom jest niesamowicie wysoki, i to chyba obrazuje, jak trudno wywalczyć
kwalifikacje.

Dziękuję za rozmowę.

Piotr Skrobisz

drukuj