Bankowe domino
Wraz z nacjonalizacją francusko-belgijskiego banku Dexia możemy mówić o
nawrocie kryzysu finansowego w najgorszej postaci, kiedy to banki, pomimo
wsparcia finansowego w 2008 i 2009 roku, ponownie sięgają po gotówkę do kieszeni
podatników.
Tymczasem w ciągu pierwszych sześciu miesięcy tego roku zadłużenie zagraniczne
Polski wzrosło, według danych NBP, o 50 mld USD! Najszybciej, o 20 proc. (w
stosunku do początku roku), rosło w sektorze bankowym (14 mld USD), co
szczególnie niepokoi ze względu na poważne kłopoty z bankami w całej strefie
euro. Skala wzrostów zadłużenia zagranicznego w wymiarze złotówkowym jest
oczywiście jeszcze większa z uwagi na znaczne osłabienie złotego w ciągu kilku
ostatnich tygodni. Słabość naszej waluty wraz z wysokim kosztem nowych kredytów
może okazać się zgubna dla polskiej gospodarki w najbliższych miesiącach.
Jako kraj przypominamy niestety coraz bardziej klienta banku wrobionego w kredyt
hipoteczny we frankach szwajcarskich, którego dług po 4-5 latach spłacania jest
dziś większy, niż kiedy kredyt brał.
Natura kryzysu
Irlandia i Grecja, oba kraje na finansowej kroplówce Unii Europejskiej, jednak
co do przyczyn kłopotów finansowych różni je wiele. Mocną gospodarczo Irlandię
rzucił na kolana rozpasany ponad miarę sektor bankowy, który – ratowany z
zapaści – obciążył nadmiernie konto państwa. Grecja, postrzegana odmiennie, jako
słaba gospodarczo, ze swoim 160-procentowym zadłużeniem w stosunku do PKB
przyprawia o drżenie rąk bankierów we Francji i Niemczech. Oni to bowiem
udzielali greckiemu rządowi coraz to większych kredytów. Jakby nie patrzeć na
przypadek Grecji i Irlandii, możemy mówić o niezaprzeczalnej symbiozie polityków
z bankierami. Jedni zwykli patrzeć przez palce na przewiny i grzechy drugich. I
tak oto sięgnęliśmy do praprzyczyny kryzysu – braku jakiejkolwiek
odpowiedzialności za błędy w zarządzaniu bankiem czy całym państwem. Wszak to
politycy obdarzyli bankierów bezkrytycznym zaufaniem, biorąc w zamian skwapliwie
nieograniczone kredyty wraz ze sztucznie pompowaną koniunkturą.
Dług publiczny Belgii sięgał z końcem roku 100 proc. PKB. Tym razem ponowna
nacjonalizacja Dexii kosztowała Belgię 4 mld euro w gotówce i 90 mld euro w
gwarancjach rządowych. Resztę rachunku, około 40 mld euro, pokryły rządy
Luksemburga i Francji. Cóż z tego, że kolejny bank uratowano przed
niekontrolowanym bankructwem, jeśli w wyniku tej operacji pozycja finansowa
zarówno Francji, jak i Belgii skokowo pogorszyła się wraz ze wzrostem długu i
deficytu finansów publicznych. Agencje ratingowe nazajutrz po nacjonalizacji
Dexii zapowiedziały obniżenie wiarygodności finansowej Belgii. Mamy więc do
czynienia z łańcuchem przyczynowo-skutkowym, którego nie sposób przechytrzyć.
Politycy dbają przy tym o to, by i inne kraje nie czuły się bezpieczne w
kryzysowym zamęcie. Biedna Słowacja udzieliła w zeszłym tygodniu 7,7 mld euro
gwarancji państwowych na ratowanie wspólnej waluty, czytaj: systemu bankowego w
strefie euro. Nikomu do głowy nie przyszło, że mała Słowacja z rocznymi
dochodami podatkowymi na poziomie 13 mld euro, gdyby przyszło co do czego (a
przyjdzie!), nie będzie w stanie takich gwarancji wypełnić.
Jakby to nie zabrzmiało, kryzys doszedł do poziomu finansowego absurdu, kiedy to
udajemy, że z jednej pustej kieszeni przekładamy do drugiej pustej kieszeni
pieniądze, których też niestety nie ma.
Jak kostki domina
W dzień po nacjonalizacji Dexii agencje ratingowe obniżyły wiarygodność
finansową 10 hiszpańskich banków, w tym największego z nich – Sandanter,
właściciela banku BZ WBK na naszym rynku. Podobny los w ciągu czterech ostatnich
tygodni spotkał 3 banki włoskie, 12 brytyjskich, 9 portugalskich i 2 francuskie.
Nie wspominając o obniżce ratingów Włoch, Hiszpanii, Irlandii i Grecji. Prezes
Narodowego Banku Polskiego Marek Belka określił na Forum Ekonomicznym w Krynicy
dwa główne zagrożenia dla systemu bankowego w Polsce: kredyty udzielone w obcych
walutach (nasz "kochany" frank szwajcarski) oraz reakcja zagranicznych
spółek-matek banków w Polsce na rozszerzający się w eurostrefie kryzys. Myślał
zapewne przede wszystkim o Pekao SA, którego właścicielem pozostaje włoski
UniCredit, Millennium w rękach portugalskich, czy o Polbanku należącym do
Greków. Jednak Marek Belka nie docenia największego ryzyka, które może wywrócić
światową gospodarkę i nasze budżety domowe – niekontrolowanego wzrostu inflacji.
Rynek kredytów hipotecznych
Pozostawmy na chwilę banki i poświęćmy naszą uwagę ich klientom. Utarło się w
Polsce upatrywać główne zagrożenia w kredytach udzielanych klientom w obcych
walutach. Nic bardziej mylnego. Równie ryzykowne są kredyty złotówkowe ze
zmienną stopą oprocentowania. Ich koszt okaże się nie do udźwignięcia, jeśli
ruszy inflacja, a stopy procentowe pójdą ostro w górę. Banki w ciągu ostatnich
10 lat przerzuciły wszelkie ryzyka na barki swoich klientów. Z instytucji
zaufania publicznego przeistoczyły się w pośredników finansowych, którzy nie
odpowiadają za wiarygodność finansową klientów, co więcej – gotowe są tych
klientów sprzedać wraz z kredytami. Poseł elekt Zbigniew Kuźmiuk wzywa do debaty
sejmowej na temat sektora bankowego w Polsce. Doszukuje się kolejnych trupów w
szafie. Chciałby zacząć od wyjaśnienia na forum Sejmu RP tzw. Projektu Chopin. W
kwietniu 2006 roku ówczesny prezes Pekao SA Jan Krzysztof Bielecki podpisał za
swój bank umowę z włoskim deweloperem Pirelli. Literą umowy oddał Pirelli prawa
majątkowe do wszystkich trudnych kredytów Banku Pekao SA, które zmaterializują
się na przestrzeni następnych 25 lat. Jeśli dojdzie do sprzedaży kredytów
hipotecznych na rzecz Pirelli, to właśnie ten włoski deweloper będzie windykował
polskich klientów Banku Pekao SA. O włoskich sposobach na dłużników przekonał
się na własnej skórze producent makaronów Malma, Michel Marbot, który od dwóch
tygodni protestuje przed Kancelarią Prezesa Rady Ministrów w Alejach
Ujazdowskich. Najpierw "gościł" w swym zakładzie we Wrocławiu krewkiego Włocha,
który z tasakiem w ręku przegonił pracowników z hali produkcyjnej. Dwa tygodnie
później syndyk (prywatnie zaprzyjaźniony z Włochem od tasaka) wymontowuje części
maszyn niezbędne do produkcji makaronu, zamyka hale produkcyjne, nie wpuszcza do
zakładu pracowników. Z dnia na dzień na bruk idzie 150 osób w Malborku i
Wrocławiu. Co ma wspólnego francuski przedsiębiorca z klientami Banku Pekao SA,
którzy zastawili swoje mieszkania pod kredyty hipoteczne? Otóż umowa wspólników
między Pirelli a Pekao SA dotyczy wszystkich kredytów powyżej 250 tys. zł
udzielonych przez Pekao SA, a zabezpieczonych na nieruchomościach klientów tego
banku.
Według Biura Informacji Gospodarczej, ponad 2 miliony Polaków ma dziś problemy
finansowe ze spłatą swoich zobowiązań na ogólną sumę 32,5 miliarda złotych. I
choć w większości przypadków chodzi o kwoty "nieduże" (do 5 tys. zł), to jednak
stanowią oni ponad 15 proc. dorosłej populacji. 700 tys. rodzin w Polsce spłaca
kredyty we franku szwajcarskim (53 proc. wartości w złotych wszystkich kredytów
hipotecznych – połowa 2011 roku). Udzielono dotychczas ponad 1 mln 600 tys.
kredytów hipotecznych na ogólną sumę ponad 300 mld złotych. A wszystkie one na
zmienną stopę oprocentowania! Sami bankowcy określają je jako polskie sub-primes
(nazwa amerykańskich kredytów hipotecznych), tykającą bombę, która prędzej czy
później wybuchnie ze zdwojoną siłą wraz z osłabieniem złotego, wzrostem
inflacji, podwyżkami stóp procentowych i spadkiem cen nieruchomości. Rację ma
poseł elekt Zbigniew Kuźmiuk, jeśli zawczasu chce przyjrzeć się działalności
banków na polskim rynku. Albowiem dziś nie jest pytaniem, czy kryzys uderzy w
nas ponownie. Co do tego nikt, nawet premier Donald Tusk, nie ma najmniejszych
wątpliwości. Pytanie sprowadza się do banalnego: kiedy? I na tę ewentualność
należy się już teraz dobrze przygotować.
Jak? Przykład daje premier Viktor Orbán na Węgrzech. Najpierw opodatkował
instytucje bankowe, potem zamroził kurs franka szwajcarskiego na poziomie 180
forintów, by następnie umożliwić Węgrom natychmiastową spłatę zadłużenia na
dogodnych, preferencyjnych warunkach.
Banki na sprzedaż
Jean-Claude Trichet określił problemy w strefie euro jako systemowe. Główne
zagrożenie upatruje w wadliwie działających instytucjach finansowych. Trudno nie
przyznać racji szefowi Europejskiego Banku Centralnego po drugiej na przestrzeni
3 lat nacjonalizacji Dexii. Kazus Dexii jest też wyznacznikiem tego, co może się
dziać w sektorze bankowym. Politycy mogą z dnia na dzień podjąć arbitralne
decyzje o nacjonalizacji dowolnego banku. Dziś wszystkie banki z kapitałem
zagranicznym działające w Polsce są w praktyce wystawione na sprzedaż z powodu
kłopotów finansowych spółek-matek. Ponieważ poważnych nabywców obecnie nie widać
(chyba że rosyjski Sberbank, któremu doradza były prezes UniCredit, Aleksandro
Profumo, architekt Projektu Chopin), należy poważnie wziąć pod uwagę, w
przypadku możliwej zapaści finansowej Włoch i włoskiego UniCredit, wymuszoną w
tych okolicznościach nacjonalizację Banku Pekao SA. Czy jak zwykle cena grałaby
niepoślednią rolę? Jeśli miałoby się okazać, że w ramach Projektu Chopin i umowy
wspólników Pekao SA z Pirelli dokonano transakcji na szkodę Pekao SA, Włosi
znaleźliby się w sytuacji nie do pozazdroszczenia. Musieliby pokryć także
dotychczasowe szkody.
Jerzy Bielewicz prezes Stowarzyszenia "Przejrzysty Rynek"
