Wszyscy przeciw jednemu
Z dr. Grzegorzem Kwaśniakiem, oficerem rezerwy, byłym pracownikiem Sztabu
Generalnego Wojska Polskiego, specjalistą z zakresu strategicznego zarządzania
bezpieczeństwem narodowym, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Zaskoczyły Pana wyniki wyborów?
– Polacy, a zwłaszcza konserwatywna, patriotyczna część społeczeństwa, mają
prawo być rozczarowani i zawiedzeni tym wynikiem. Trudno wydawać jakieś
kategoryczne sądy, bo kampania PiS nie była zła. Moim zdaniem o przegranej
zdecydowały jednak dość słabe struktury w terenie. Zabrakło bezpośredniej pracy
z ludźmi, z wyborcami, by zneutralizować, a przynajmniej zrównoważyć negatywny
wpływ części mediów. Z komunizmu jako Naród wyszliśmy poobijani moralnie i
emocjonalnie, dlatego ktoś musi wykonać pozytywistyczną pracę u podstaw i
wytłumaczyć społeczeństwu, na czym polega współczesny świat i co w życiu jest
najważniejsze. Na niechęć ludzi nakłada się również negatywny wpływ
neoliberalizmu w wydaniu zachodnioeuropejskim. Stąd trudno się dziwić, że
przeciętny obywatel, który na co dzień nie interesuje się tzw. wielką polityką,
ma problemy, by w tym współczesnym świecie się odnaleźć. Mało tego, bardzo
podatny jest na wszelkiego rodzaju manipulacje. Przeciwnikom politycznym PiS to
pasuje. Oligarchowie medialni w Polsce mają inne priorytety i inne interesy,
które niestety z interesami państwa polskiego niewiele mają wspólnego.
PO 39,18 proc. głosów, PiS 29,89 procent. Czy to już jest stały,
"zabetonowany" elektorat tych formacji?
– Wydaje się, że nie. Do zagospodarowania są wciąż ci obywatele, którzy nie
poszli na wybory, ponad połowa dorosłych Polaków. Dlatego PiS w nowej kadencji
może starać się o zdobycie i przeciągnięcie na swoją stronę nowych wyborców. I
ma na to spore szanse, pod warunkiem że dobrze przepracuje najbliższe lata. W
przypadku PO, jeżeli skutki zbliżającego się kryzysu okażą się dotkliwe, to
wówczas można się spodziewać odpływu elektoratu.
Część komentatorów, po kolejnej przegranej PiS, wietrzy spisek wewnątrz tej
formacji.
– Nie sądzę, żeby coś podobnego miało miejsce, z pewnością byłoby to niedobrze.
Jarosław Kaczyński jest liderem tej formacji i jedynie on jest w stanie
poprowadzić to ugrupowanie do zwycięstwa. Owszem, w zachodnioeuropejskiej
demokracji można by oczekiwać, że po wyborach lider ugrupowania, które
kilkakrotnie przegrało walkę o władzę, odchodzi, ale w Polsce niestety nie mamy
do czynienia z normalną demokracją. W Polsce mamy do czynienia z grą wszystkich
przeciwko jednemu. Zważywszy chociażby na tę brutalną walkę i wrogość przeciwko
jednej partii i jednemu przywódcy, 30 procent, jakie uzyskało PiS, jest wynikiem
bardzo przyzwoitym.
Po szóstej z kolei przegranej PiS jest w stanie wrócić do rządzenia?
– Na pewno jest w stanie. Po pierwsze, przed nami kryzys, który – mówiąc
brutalnie – może nauczyć Polaków rozumu. Wtedy zrozumieją, co rzeczywiście jest
ważne i potrzebne, gdzie jest prawda i kto ma rację. Po drugie, potrzebna jest
wspomniana już praca u podstaw, umacnianie struktur terenowych, gdzie trzeba
ludzi przekonywać do swoich racji. Spoty czy billboardy już do ludzi nie
trafiają.
Z czego wynika tak duże poparcie dla przybudówki PO, Ruchu Palikota?
– To ruch, który został celowo wykreowany przez media i towarzyszące im układy.
Wszystko po to, aby stworzyć blokująco-kontrolującą mniejszość na wzór dawnej
Samoobrony. To ruch, który bazuje na niewielkiej mniejszości społecznej, która
podziela poglądy lidera. Takie lewicowo-liberalne poglądy mają miejsce w wielu
społeczeństwach. Ruch Palikota uzurpuje sobie prawo do bycia reprezentantem
społeczeństwa.
Ta formacja ma szanse na dłuższy żywot polityczny?
– Mam nadzieję, że nie. I szczerze tego życzę Polsce. Z drugiej jednak strony,
biorąc pod uwagę poparcie mediów, może to trwać długo i wyrządzić sporo zła w
Polsce.
Palikot lubi szokować, zaczął od zapowiedzi zdjęcia krzyża z sejmowej sali
posiedzeń.
– To nic innego jak przejaw, czy próba – mam nadzieję nieudana – zaszczepienia w
Polsce zapateryzmu hiszpańskiego. Niestety, są u nas środowiska podatne na tego
typu ideologie, a nasze elity polityczne skrzętnie to wykorzystują do realizacji
swoich osobistych, bardzo koniunkturalnych celów politycznych.
Czy coś jeszcze może wstrząsnąć Polakami, skoro nie poruszyła nas nawet
katastrofa smoleńska?
– Prawdę mówiąc, nie wiem… Chyba tylko jakiś wielki kryzys, kiedy ludzie nie
będą mieli co do garnka włożyć. Na tę chwilę innego wyjścia chyba nie ma.
48,92-proc. frekwencja podczas niedzielnych wyborów, mniejsza niż przed
czterema laty. Z czego to wynika?
– Prawdę powiedziawszy, wbrew temu, co partie głoszą oficjalnie, chyba nikomu
dziś zbytnio nie zależy na wysokiej frekwencji wyborczej. Utrzymywanie
społeczeństwa w niechęci do polityki, w atmosferze rozczarowania i apatii jest
liberalnej stronie bardzo na rękę. Mamy zatem do czynienia z fałszowaniem
rzeczywistości. Ponadto ludzi coraz mniej interesuje pojmowanie polityki tylko i
wyłącznie jako walki. Ludzie wbrew temu, co się im serwuje, instynktownie
odczuwają, że polityka powinna być czymś dobrym, polityka jako troska o dobro
wspólne powinna wypływać z szacunku do własnego państwa i własnego narodu.
Natomiast elity przy wsparciu mediów celowo robią taką wojnę, by zniechęcić
ludzi do udziału w polityce i rozbudzić w nich negatywne emocje, które potem
przekładają się na wynik wyborczy.
Czy wobec zapowiadanej drugiej fali kryzysu koalicja PO – PSL daje Polakom
poczucie bezpieczeństwa ekonomicznego?
– W mojej ocenie nie daje. Cudem, bez udziału rządu udało nam się w miarę dobrze
przeżyć pierwszą falę kryzysu. W efekcie społeczeństwo nie podejmuje
racjonalnych ekonomiczno-politycznych wyborów, a zetknięcie z rzeczywistością
może się okazać tragiczne. To sprawiło, że ludzie w zbyt idealistycznym
postrzeganiu polityki rządu premiera Tuska nie nabrali szacunku do tego, co może
się zdarzyć, i nadal żyją w nieświadomości, w błogim oczekiwaniu na kolejny cud.
Wewnętrzne spory mają wpływ na bezpieczeństwo państwa?
– Każdy rząd ma wpływ na politykę zagraniczną i politykę bezpieczeństwa państwa.
Dlatego nasze wewnętrzne wybory przekładają się także na kształt polityki
zewnętrznej. Po polityce prowadzonej przez rząd PO można odnieść wrażenie, że
nic nam nie grozi. Tymczasem w kontekście zmiany sytuacji geopolitycznej i
geostrategicznej Polski jestem pełen najgorszych obaw. Po latach 90., kiedy
wydawało się, że świat pójdzie w kierunku rozwoju demokracji, wolnego rynku,
kiedy wydawało się, że Rosja będzie państwem demokratycznym, wolnorynkowym, z
pełną swobodą i wolnością, niestety przyszedł okres rozczarowania. Widać, że
postrzeganie polityki z tamtego okresu jest już nieaktualne, a do naszych drzwi
puka realizm i coraz bardziej twarda walka państw o własne interesy. W tej
sytuacji, w mojej ocenie, rząd PO nie dostrzega bądź nie chce dostrzegać nowej
rzeczywistości politycznej w kontekście stosunków międzynarodowych. Twierdzenie
chociażby prezydenta Komorowskiego, że sojusznicy nam pomogą, że nic nam nie
grozi, podczas gdy rzeczywistość się zmienia, i to coraz bardziej, na naszą
niekorzyść jest dużym błędem. Nie bierze się pod uwagę, że zagrożenia
ekonomiczne mogą się przerodzić w polityczne, a te z kolei w zagrożenia typowo
militarne. A na to nie jesteśmy w ogóle przygotowani.
Bezpieczeństwo Polski to mit, zresztą tak jak cały ten rząd. Bezpieczeństwo
Polski to oszustwo tworzone na użytek wewnętrzny, by uśpić czujność Polaków i
przykryć rzeczywisty stan. Tymczasem inne państwa stoją twardo na gruncie
realizmu i na miny naszego rządu się nie nabierają, realizując swoje interesy
narodowe.
Co ma być tym kluczem do poprawy stanu bezpieczeństwa?
– Przede wszystkim nasze elity publiczno-wojskowe muszą spojrzeć prawdzie w
oczy, zrzucić wreszcie tę rybią łuskę z oczu i nie oszukiwać, mamiąc Naród, że
jest wszystko w porządku, skoro nie jest. Mało tego – będzie coraz gorzej.
Konieczna jest zmiana naszej doktryny obronnej, która opiera się na założeniu,
że w razie czego sojusznicy nam pomogą. Niestety, widać coraz wyraźniej, że
sojusznicy mają coraz mniej ochoty do pomocy, a zatem ta pomoc staje się powoli
iluzją. Prawda jest taka, że jeżeli sami sobie nie pomożemy, to inni nam nie
pomogą. Trzeba zatem odbudować polski system obronny, który został niestety
zaniedbany. Przypomnę tylko, że ustawa o powszechnym obowiązku obrony pochodzi z
1967 roku. Należy też zmienić model polskich Sił Zbrojnych, który niebezpiecznie
ewoluuje w kierunku modelu ekspedycyjnego, na model obronny i skoncentrować się
na obronie terytorium własnego kraju, co zresztą wynika z Konstytucji, a w
misjach zagranicznych brać udział w miarę możliwości. Kluczem do sukcesu jest
jednak oparcie naszych działań na racjonalnych i naukowych podstawach, ponadto
zmiana nastawienia i sposobu postrzegania stosunków międzynarodowych. To
niestety twarda walka sił i interesów, w której nie ma miejsca na idealistyczne
"kochajmy się".
Awaryjnie wrzucony do rządu po kompromitacji ministra Klicha Tomasz Siemoniak
gwarantuje stabilny rozwój armii?
– Przykro to mówić, ale minister Siemoniak nie zna się niestety na Siłach
Zbrojnych i była to przypadkowa nominacja, podyktowana względami propagandowymi
– zresztą typowa dla rządu Donalda Tuska. Ponadto minister Siemoniak nie jest w
ogóle znany w środowisku żołnierzy, nie ma też wiedzy na temat kierowania i
zarządzania wojskiem. Sama polityka w tej materii i zagrywki PR-owskie PO nie
wystarczają.
Dziękuję za rozmowę.
