Polska między Hitlerem a Stalinem

Kolejny raz powracamy do wydarzeń z początku II wojny światowej: IV rozbioru
Polski dokonanego w wyniku zmowy Niemców i Sowietów. Omawiamy okoliczności
zawarcia paktu Ribbentrop-Mołotow i jego praktyczną realizację na ziemiach
polskich zajętych przez obu agresorów i okupantów. Przedstawiamy niemiecką akcję
propagandową demaskującą niedawnego sojusznika – Związek Sowiecki – jako sprawcę
zbrodni na polskich oficerach w Katyniu.

 

* * *

 

Pakt Ribbentrop-Mołotow i jego następstwa


Już starty z map wersalski bękart,
Już wolny Żyd i Białorusin,
Już nigdy więcej polska ręka
Ich do niczego nie przymusi.

Nową im wolność głosi "Prawda",
Świat cały wieść obiega w lot,
Że jeden odtąd łączy sztandar
Gwiazdę, sierp, hackenkreuz i młot!
Jacek Kaczmarski, Ballada wrześniowa

Pod koniec sierpnia 1939 r. w Moskwie wylądował samolot Focke Wulf 200 z
wypisaną na burcie nazwą "Grenzmark". Na jego pokładzie przyleciał do stolicy
ZSRS Joachim von Ribbentrop, minister spraw zagranicznych III Rzeszy, by
podpisać pieczętujący los małych i średnich państw europejskich
niemiecko-sowiecki pakt o nieagresji, nazwany później w polskiej historiografii
paktem Ribbentrop-Mołotow, choć w istocie był to pakt Hitlera ze Stalinem. Układ
kończył na długie lata niepodległy byt wielu europejskich państw, w tym także
Polski. W tajnym protokole załączonym do paktu postanowiono: "W wypadku
przekształceń terytorialnych i politycznych na terenach należących do państwa
polskiego granica stref interesów Niemiec i ZSRS przebiegać będzie w
przybliżeniu wzdłuż rzek Narew-Wisła-San. Kwestia, czy w interesie obu stron
będzie pożądane utrzymanie niepodległego państwa polskiego i jakie będą granice
tego państwa zostanie definitywnie rozstrzygnięta w toku dalszych wydarzeń
politycznych".
Trzeba stwierdzić, że ład wersalski tworzący nową rzeczywistość w Europie nie
zadawalał de facto nikogo. Szczególnie trudny był do zaakceptowania przez
powojenne Niemcy i powstający właśnie z rewolucyjnej zawieruchy Związek
Sowiecki. Paradoksalnie także państwa wyłaniające się z niebytu nie były do
końca zadowolone z tego, co osiągnęły. Tworzyło to sytuację, w której uzyskane
ostatecznie rozwiązania polityczne nie mogły utrzymać się na dłuższą metę i
nosiły w sobie zalążek przyszłego kryzysu wojennego (jak się okazało, potwornego
w skutkach, kosztującego miliony istnień ludzkich). Zmienić status quo mogły
tylko państwa silne i zdeterminowane, by to zrobić. Takimi były III Rzesza i
ZSRS. Pod koniec lat trzydziestych ubiegłego stulecia oba miały potencjał, by
rozpocząć konflikt prowadzący do wymarzonego zwycięstwa, władztwa w Europie i w
dalszej kolejności na świecie.
Patrząc na dysproporcje rozwojowe między Niemcami i ZSRS a Polską, mozolnie krok
po kroku budującą swoją niepodległość i wzmacniającą struktury państwa, którego
nie było ponad sto lat, trudno było mieć wątpliwości, kto z tej konfrontacji
mógł wyjść zwycięsko. Siły niemieckie w dniu 1 września 1939 r. liczyły 2750 000
żołnierzy (na Polskę uderzyło 1 850 000), 3000 czołgów i pojazdów opancerzonych,
ponad 1600 samolotów i z górą 10 000 różnego rodzaju dział. Polacy mogli
przeciwstawić tej potędze około 1 200 000 żołnierzy, siły pancerne
Rzeczypospolitej liczyły około 600 czołgów i 11 pociągów pancernych, lotnictwo
posiadało 400 maszyn. Biorąc jeszcze pod uwagę polityczną słabość Francji i
Wielkiej Brytanii, rokowania musiały być złe. Niespodziewane porozumienie
sowiecko-niemieckie oznaczało bowiem kres francusko-angielskich zabiegów o
pozyskanie do koalicji antyniemieckiej grających na dwie strony Sowietów i w
zasadzie przesądziło o wybuchu wojny. Najbardziej interesujące nas fragmenty
paktu Hitler-Stalin dotyczące Polski mówiły w tajnej klauzuli o podziale stref
wpływów obydwu państw w Europie Środkowej i Wschodniej. W sowieckiej strefie
interesów znalazły się Finlandia, Estonia oraz Łotwa, a także pośrednio Rumunia
i Polska. Niemcy zaakceptowali pretensje ZSRS do Besarabii i Północnej Bukowiny
– części Rumunii, które przed I wojną światową znajdowały się w granicach
Cesarstwa Rosyjskiego. W Polsce granice interesów Moskwy stanowiły rzeki Wisła,
Narew i San, o czym wspomniałem wyżej. III Rzesza zadowoliła się terenami
zachodniej części Rzeczypospolitej oraz wpływami na Litwie. Znaczenie paktu oraz
zagrożenie, jakie ze sobą niósł, zostało przez Polskę zignorowane, z drugiej
strony trzeba mocno podkreślić, że możliwość jakiejkolwiek skutecznej reakcji
była mocno ograniczona. Niesprowokowany niczym atak nie byłby możliwy, gdyby nie
zawarte wcześniej porozumienie niemiecko-rosyjskie, dzielące Polskę na dwie
części. Związek Sowiecki motywował swoje włączenie się w likwidację polskiej
państwowości, w sposób kłamliwy, rozpadem państwa polskiego. Argumentacja ta –
co ciekawe i smutne – powtarza się w rosyjskich publikacjach naukowych, filmach
i publicystyce do dzisiaj; przypomnę choćby "wojnę historyczną 2009" przed
okrągłą rocznicą wybuchu II wojny światowej: Federacja Rosyjska oskarżyła Polskę
o czynny i przestępczy współudział w wywołaniu wojny.

* * *

Polska w 1939 roku przeżywała swoiste déjá vu, niby powtórkę ze swojej
XVIII-wiecznej historii. Jest piątek, 1 września, godzina 4.45 rano. Rozpoczyna
się II wojna światowa. Stają w niej naprzeciwko siebie dwa państwa o
nieporównywalnych potencjałach ekonomicznych i demograficznych. Różnice te mają
swoje odbicie w wykazanej wyżej dysproporcji sił. Opracowany dość późno polski
plan obronny zakładał możliwie długie stawianie oporu armii niemieckiej, by
ewentualnie w drugiej fazie działań wojennych wycofać wojsko w głąb kraju i
oczekiwać na skuteczną kontrakcję sojuszników z Zachodu (przypomnijmy tu, że
Wielka Brytania i Francja wypowiedziały Niemcom wojnę 3 września, jednakże wbrew
zobowiązaniom i – jak się wkrótce okazało – także swoim żywotnym interesom nie
rozpoczęły faktycznych działań zbrojnych). Mimo przewagi technicznej strony
niemieckiej i zupełnie nowych, nieznanych do tej pory, metod prowadzenia wojny
przez Wehrmacht, polski opór, jak na warunki, w których przyszło go stawiać, był
bardzo silny. Znacznie lepiej wyekwipowana i liczniejsza od polskiej armia
francuska kapitulowała w 1940 roku przed Wehrmachtem szybciej niż Wojsko
Polskie, a tempo poruszania się niemieckiej armii w czerwcu 1941 roku na terenie
ZSRS było dużo szybsze niż w Polsce w 1939 roku – w czasie 2-3 tygodni
realizowania planu Barbarossa zajęto obszar wielkości państwa polskiego.
W tym czasie Stalin, który od swych agentów na Zachodzie dowiedział się o
postanowieniach konferencji w Abbeville, zrozumiał, iż dostał zielone światło w
kwestii zobowiązań zawartych w pakcie Ribbentrop-Mołotow. III Rzesza już od 8
września nalegała na szybkie włączenie się ZSRS do walki. Po pierwszych ośmiu
dniach działań militarnych na frontach w Polsce wojna nie była jeszcze
rozstrzygnięta. Tydzień późnej już tak… Decyzja o tak późnym rozpoczęciu
sowieckich działań wojennych miała uzasadnienie militarne i polityczne. Po
pierwsze, nie było pewności, czy marsz Armii Czerwonej nie napotka na swej
drodze zbyt dużego oporu. W związku z tym odwlekano moment inwazji, aby mieć
czas na lepsze rozeznanie się w sytuacji i większą koncentrację sił, która
stworzyłaby możliwość optymalnego przeprowadzenia planowanej operacji. Druga
przyczyna była funkcją kalkulacji politycznej. W kilka dni po ataku na Polskę
Francja i Wielka Brytania wypowiedziały, jak już wyżej zauważyłem, III Rzeszy
wojnę. Należało więc zorientować się, czy pozostanie to jedynie formalnym aktem,
czy też poparte będzie efektywną pomocą wojskową. Z punktu widzenia Moskwy było
zbyt wiele niepewnych elementów, by za wcześnie ryzykować marsz na Zachód.
Sowiecka agresja wynikająca w najprostszy sposób z paktu Ribbentrop-Mołotow
mogła rozpocząć się bezzwłocznie po zawarciu 16 września 1939 r. w Moskwie
ostatecznego układu rozejmowego pomiędzy ZSRS a Japonią, kończącego nieformalną
wojnę sowiecko-japońską na pograniczu cesarstwa Mandżukuo i Mongolii – serię
starć pomiędzy japońską Armią Kwantuńską a Armią Czerwoną, rozpoczętych 15 maja
1939 roku, których kulminacyjnym momentem była rozpoczęta 20 sierpnia 1939 roku
i zakończona 27 sierpnia zwycięstwem wojsk sowieckich bitwa nad rzeką
Chałchin-Goł. Żelazną zasadą strategii Stalina było bowiem prowadzenie działań
wojennych wyłącznie na jednym froncie. Oficjalne uzasadnienie sowieckiego
najazdu było zawarte w przekazanej o godzinie 3.00 w nocy 17 września przez
zastępcę ludowego komisarza spraw zagranicznych Potiomkina ambasadorowi
Grzybowskiemu nocie dyplomatycznej: zamieszczono tam nieprawdziwe stwierdzenie o
rozpadzie państwa polskiego, ucieczce rządu polskiego, konieczności ochrony
mienia i życia zamieszkujących wschodnie tereny polskie Ukraińców i Białorusinów
oraz uwalnianiu ludu polskiego od wojny. Ambasador odmówił przyjęcia noty i
natychmiast zażądał wiz wyjazdowych dla dyplomatów polskich. Rząd
Rzeczypospolitej opuścił teren państwa dopiero późnym wieczorem.
W konsekwencji ZSRS uznał wszystkie układy zawarte uprzednio z Polską (w tym
traktat ryski z 1921 r., a także pakt o nieagresji z 1932 r.) za nieobowiązujące
– zawarte bowiem z nieistniejącym państwem. Dlatego też później odmawiano
wziętym do niewoli polskim żołnierzom statusu jeńców wojennych. Władze ZSRS
próbowały tymczasem wbrew prawu międzynarodowemu (naruszając genewską konwencję
dyplomatyczną) uniemożliwić opuszczenie kraju polskim dyplomatom i aresztować
ich (stwierdzając utratę statusu dyplomatycznego). Paradoksalnie, Polaków
uratował dziekan korpusu dyplomatycznego w Moskwie, ambasador Rzeszy hr.
Friedrich Werner von der Schulenburg, osobiście wymuszając na rządzie ZSRS zgodę
na ich wyjazd. Prezydent Ignacy Mościcki w wydanym w Kosowie orędziu do narodu
określił jednoznacznie sowieckie działania wojskowe jako akt agresji. Tak więc
polska obrona stała się beznadziejna, gdy 17 września 1939 roku na wschodnie
obszary Rzeczypospolitej wtargnęło milion żołnierzy ZSRS, zrywając obowiązujący
pakt o nieagresji między Polską a Rosją Sowiecką z 1932 roku, prolongowany
następnie w maju 1934 roku. O godz. 3.00 nad ranem wojska sowieckie przekroczyły
granicę polską.
Ich wejście różniło się całkowicie od tego niemieckiego sprzed dwóch tygodni.
Mijając posterunki graniczne, czerwonoarmiści wymachiwali do zaskoczonych
żołnierzy KOP-u białymi flagami, czołgiści w otwartych wieżyczkach czołgów
wykrzykiwali: Wpieriod, na giermanca, riebiata! Do Sztabu Generalnego pierwsze
wiadomości o przekroczeniu granicy przez Sowietów nadeszły około godz. 6.00. W
wyniku narady z ministrem spraw zagranicznych Józefem Beckiem oraz premierem
Felicjanem Sławojem-Składkowskim marszałek Śmigły-Rydz zrezygnował z planów
utworzenia obrony na linii Dniestru, na tzw. przedmościu rumuńskim, gdzie
zamierzał czekać na ofensywę sojuszników z Zachodu – i wydał kontrowersyjny do
dziś rozkaz: "Sowiety wkroczyły. Nakazuję ogólne wycofanie na Rumunię i Węgry,
najkrótszymi drogami. Z bolszewikami nie walczyć, chyba w razie natarcia z ich
strony lub prób rozbrajania oddziałów. Zadanie Warszawy i miast, które miały się
bronić przed Niemcami – bez zmian. Miasta, do których podejdą bolszewicy,
powinny z nimi pertraktować w sprawie wyjścia garnizonów do Węgier lub Rumunii".
Dyrektywa ta nie była kategoryczna. Nakazywała, aby nie walczyć z Sowietami,
dopóki nie będzie to konieczne w obronie własnej. Nie wykluczała jednak
możliwości oporu. Zasadą miało być niepodejmowanie walki z agresorami, przez
wzgląd na jej bezcelowość, co jednak nie było powiedziane wprost. Stanowisko
Naczelnego Wodza spowodowało wiele niejasności dotyczących charakteru wkroczenia
Armii Czerwonej. Także polski rząd, który znalazł się na emigracji, nie
stwierdził jednoznacznie, czy jesteśmy w stanie wojny ze wschodnim sąsiadem. Do
starć doszło dlatego, że przygraniczne formacje, takie jak Korpus Ochrony
Pogranicza, miały naturalny obowiązek podjęcia takiej walki. Czasami była to
walka symboliczna, kiedy indziej bardziej efektywna. Zgrupowania Wojska
Polskiego próbowały przede wszystkim uniknąć dostania się do niewoli sowieckiej.
Starcia były więc nieuchronne. Jeszcze w czasie wojny pojawiły się w polskiej
historiografii komunistycznej próby usprawiedliwienia agresji 17 września 1939
roku koniecznością ochrony terytorium ZSRS w przewidywaniu przyszłej napaści
niemieckiej na ten kraj. W świetle wyników obecnych badań historycznych jest to
pozbawione jakichkolwiek podstaw. W oficjalnej historiografii ZSRS wydarzenia te
przedstawiano jako wyzwoleńczy pochód na tereny "Zachodniej Ukrainy" i
"Zachodniej Białorusi".
Tajne protokoły do paktu Ribbentrop-Mołotow, mówiące o wkroczeniu Sowietów na
terytorium Polski w razie wojny, były nieznane opinii publicznej w Polsce bardzo
długo. Wiedzieli o nich natomiast prawie od początku przywódcy Wielkiej
Brytanii, Francji i USA. Udawano jednak zaskoczenie, ponieważ Zachód nie chciał
faktycznie nic zrobić – poza werbalnym potępieniem sowieckiego najazdu.
Potępienie nie było szczególnie mocne. Dosyć szybko zaczęto dowodzić, iż nie
można w identyczny sposób traktować III Rzeszy i Sowietów, gdyż ci drudzy mieli
określone racje, jako że granica polsko-sowiecka nie była w pełni sprawiedliwa –
choć wynikała formalnie z traktatu ryskiego. Pozostawiła bowiem po stronie
polskiej skupiska ludności białoruskiej i ukraińskiej, które winny być połączone
w jednym państwie. Były to opinie nieoficjalne, gdyż Polska początkowo odgrywała
rolę ważnego sojusznika Francji i Wielkiej Brytanii. Tego typu interpretacje
nasiliły się z chwilą ataku Hitlera na Związek Sowiecki, kiedy to Rosja stała
się dla Zachodu partnerem pierwszoplanowym. Jeśli wojna z III Rzeszą miała być
wygrana, musiała włączyć się w nią również Moskwa i Zachód gotów był zapłacić
każdą cenę za jej udział w walce. Z kolei w oficjalnej historiografii polskiej
późnego PRL-u wydarzeń tych nie eksponowano bądź przedstawiano je eufemistycznie
jako pokojowe "wkroczenie" wojsk sowieckich w celu "ochrony" ludności na
wschodnich terenach. Pomijano przy tym wszelkie archiwalia i opracowania
publikowane przez polskich badaczy na Zachodzie i "podziemnych" w kraju (lata
siedemdziesiąte i osiemdziesiąte XX wieku). Nie wspominano oczywiście o pracach
wybitnych fachowców z Zachodu, w tym z Niemiec.
Z punktu widzenia prawa międzynarodowego było oczywiste, że wejście Armii
Czerwonej stanowiło agresję łamiącą postanowienia polsko-sowieckiego układu o
nieagresji i wyczerpującą definicję obowiązującej Polskę i ZSRS konwencji o
określeniu napaści (1933). W ZSRS agresję usprawiedliwiano za pomocą
ideologicznej retoryki o sprawiedliwości dziejowej wobec burżuazyjnego państwa
polskiego i wymuszonego traktatu ryskiego (do podpisywania którego nikt Sowietów
nie zmuszał) oraz o wyzwoleniu uciskanych i rozdzielonych narodów – echa tych
"ekstrawaganckich intelektualnie" pomysłów brzmią w oficjalnej propagandzie
państwa rosyjskiego do dziś, z różnym natężeniem. Trzeba stwierdzić, że są i
głosy odmienne, płynące ze środowisk marginalizowanych przez władze Federacji
Rosyjskiej, takich jak "Memoriał" i niezależni historycy, jak na przykład
Nikołaj Iwanow, który w swej książce o Powstaniu Warszawskim widzianym z Moskwy
twierdzi, że pakt Ribbentrop-Mołotow odżył na dwa miesiące w sierpniu 1944 roku
podczas walk powstańców z niemieckimi oddziałami w Warszawie. Obecnie w Polsce
uważa się podpisanie tego układu za faktyczny IV rozbiór Polski, a 17 września
1939 roku większość historyków traktuje jako agresję wojskową "w cieniu" agresji
hitlerowskich Niemiec, i to podjętą – podobnie jak ta pierwsza – bez
wypowiedzenia wojny. Wszyscy są przy tym zgodni, że dla Stalina, jego
współpracowników i generałów oba te zdarzenia były również osobistą zemstą za
niepowodzenie najazdu na Polskę w sierpniu 1920 roku. 17 września 1939 ZSRS stał
się faktycznie uczestnikiem II wojny światowej jako sojusznik III Rzeszy.

* * *

Zwróćmy tu uwagę na fakt, że jeszcze w tej chwili wspomina się o "napaści"
Niemiec na Polskę i o "wkroczeniu" do niej Sowietów. To ślady długotrwałej
indoktrynacji i kłamstwa w języku PRL-u. Używa się niektórych sformułowań, zda
się, w sposób nie w pełni świadomy; "wkroczenie", a nie "napaść" ZSRS to
pozostałość starego kanonu wartości, wpajanego Polakom przez komunistów, które
znalazło swoje odbicie w sferze językowej.
Zatrzymajmy się na chwilę nad kwestiami związanymi z polską pamięcią
historyczną, nie tylko zresztą w odniesieniu do paktu Ribbentrop-Mołotow. Otóż
sam pakt, jako że nie były znane jego tajne protokoły (ich istnienia polska
opinia publiczna mogła się tylko domyślać), nie jest w polskiej pamięci zapisany
mocno. Miast niego koncentrowaliśmy się na tym, co "było widać", co Polacy
odczuli bezpośrednio: na 17 września 1939 roku i Katyniu, a potem narzuconej
"miłości" i dekretowanej sympatii do "braci Słowian". Jak już zauważyłem, polska
historiografia krajowa, do 1989 roku znajdująca się cęgach cenzury, nie mogła
nieść prawdy, co jest podstawowym zadaniem historyka, naród budował więc i
utrzymywał świadomość zdarzeń z lat 1939-1945 dzięki zachowanej pamięci
rodziców, dziadków, znajomych. Część wiedzy zachowano też dzięki literaturze
"drugiego obiegu" i audycjom Radia Wolna Europa, Głosu Ameryki, BBC, nadawanym
do kraju w języku polskim. Jest jasne, że taki przekaz w połączeniu z natrętną
propagandą komunistyczną i późniejszymi poprawnymi politycznie opiniami musiał
wywoływać intelektualny i faktograficzny bałagan, czasem też narzucaną przez
zmianę znaczenia konkretnych słów zmianę hierarchii wartości.

* * *

Brak publicznego formalnego ogłoszenia przez prezydenta i rząd RP faktu
istnienia stanu wojny pomiędzy ZSRS a Polską i brak jednoznacznego rozkazu
Naczelnego Wodza stawiania oporu najeźdźcy doprowadziły do dezorientacji
dowódców i żołnierzy. Przykładem jest tu obrona Lwowa w 1939 roku. Polski
dowódca wysłał parlamentariuszy z warunkami kapitulacji, które zapewniały
zachowanie broni osobistej oraz swobodny przemarsz do Rumunii. Sowiecki dowódca
zgodził się na te warunki, ale gdy tylko żołnierze polscy opuścili koszary,
oznajmił, że "na skutek zmian w sytuacji międzynarodowej oficerowie muszą złożyć
broń i od tej chwili są uważani za jeńców wojennych". W umowie kapitulacyjnej,
na mocy której przekazano miasto Armii Czerwonej, punkt 8 gwarantował oficerom
wolność osobistą i nietykalność własności. Generał Władysław Langner po
podpisaniu dokumentu miał powiedzieć: "Z Niemcami prowadzimy wojnę. Miasto biło
się z nimi przez 10 dni. Oni, Germanie, wrogowie całej Słowiańszczyzny. Wy
jesteście Słowianie…". Mimo tej deklaracji o słowiańskiej wspólnocieSowieci
złamali postanowienia zapisane w punkcie 8 i wielu oficerów broniących Lwowa
zostało potem wymordowanych w Starobielsku.
Dalszą konsekwencją było wzięcie do niewoli około 250 tysięcy żołnierzy i
oficerów (w większości niestawiających oporu) i pośrednio zbrodnia katyńska na
kilkunastu tysiącach osób. 29 września, gdy klęska Polski była już pewna, po
burzliwych negocjacjach w Moskwie (dyplomacja III Rzeszy proponowała pozostawić
kadłubowe państwo polskie – bez Pomorza, Wielkopolski i Śląska, ze wschodnią
granicą od Grodna po Przemyśl; na takie rozwiązanie nie godził się Stalin,
argumentując, że może to stanowić w przyszłości niebezpieczeństwo dla dobrych
stosunków między III Rzeszą a Związkiem Sowieckim) podpisano trzy protokoły
regulujące nową granicę między obydwoma państwami. Niemcy w zamian za ziemie
między Wisłą, Bugiem i Sanem zgodzili się przekazać Litwę sowieckiej strefie
wpływów. Obie strony zobowiązały się wspólnie walczyć z polskim podziemiem
niepodległościowym oraz nie tolerować żadnej polskiej agitacji dotyczącej
terytorium drugiej strony.
W 1992 roku rosyjskie ministerstwo obrony wydało książkę "Grif siekrietnosti
sniat" (Klauzulę tajności zniesiono), w której podano dokładną ilość sprzętu
wojennego zdobytego we wrześniu i październiku 1939 roku w Polsce. Oto bilans:
247 325 karabinów, 8566 ciężkich karabinów maszynowych, 12 783 szable, 740 dział
różnych kalibrów, 36 czołgów, 64 samochody pancerne, 131 samolotów oraz 4579
innych pojazdów mechanicznych. Łącznie stanowi to uzbrojenie co najmniej trzech
armii z 1939 roku! Te dane charakteryzują doskonale rolę, jaką odegrał pakt
Ribbentrop-Mołotow, a później sowiecka agresja na Polskę. Pokazują też
możliwości ewentualnego polskiego oporu w konfrontacji z Wehrmachtem, w
przypadku gdyby Sowieci nie wkroczyli.
Jeśli jednak zadamy pytanie, czy w obliczu całkowitej klęski na froncie
zachodniej i centralnej Polski wielka bitwa na wschodzie miałaby jakieś
znaczenie, odpowiedź musi brzmieć: w obliczu dwóch tak potężnych przeciwników –
nie! Przedłużyłoby to kampanię o kilka tygodni, lecz na jej wynik nie byłoby w
stanie wpłynąć. Niektórzy historycy, szczególnie młodego pokolenia, dowodzą, że
gdyby nie inwazja Sowietów, opór Polski trwałby dłużej, co z kolei przyczyniłoby
się do zmiany stanowiska aliantów zachodnich, którzy widząc przeciągające się
walki, nie mogliby zupełnie odmówić Polsce pomocy – tak jak to ostatecznie
zrobili. W tym sensie należy to podkreślić bardzo mocno, atak sowiecki był
ciosem w plecy o dwojakim charakterze – zarówno wojskowym, jak i politycznym.

* * *

Kolejnym nieopisanym do tej pory w pełni elementem układanki historycznej z
sierpnia i września 1939 roku są zdarzenia na polskich Kresach Wschodnich po
wkroczeniu na nie Sowietów. Widoczne były tam dramatyczne konsekwencje
wieloetnicznej struktury Polski. Tereny północno-wschodnie i Małopolska
zamieszkane były przez ludność różnych narodowości. W niektórych rejonach Polacy
stanowili zdecydowaną mniejszość. Wojnę postrzegano różnie, zależnie od
przynależności etnicznej. Żydzi, Białorusini i Ukraińcy nie wystąpili wprawdzie
w sposób jednoznaczny przeciwko Rzeczypospolitej, jednak często nie utożsamiali
się z polską racją stanu, nie czuli się więc w obowiązku, by stawiać opór
agresji. Widziane było to przez Polaków, tak ciężko doświadczanych w danym
momencie, jako zdrada. Część tej ludności, powodowana niechęcią do państwa
polskiego, motywowana komunistycznymi sympatiami, przyjęła wkroczenie Sowietów z
zadowoleniem, niekiedy nawet euforią. Zdarzało się, że obsypywano sowieckie
czołgi kwiatami, budowano bramy powitalne, czego świadectwa zachowały się w
materiale źródłowym. Określenie skali tego zjawiska jest kwestią drugorzędną.
Sam fakt występowania prosowieckich zachowań rzutował na ogólne wyobrażenie o
postawach Białorusinów, Ukraińców i Żydów. Polacy odnosili wrażenie, że nacje te
w trudnej dla Polski chwili przeszły na stronę wroga (co faktycznie w wielu
przypadkach miało miejsce).
Po zakończeniu działań wojennych i przeprowadzeniu delimitacji granicznej w
strefie niemieckiej okupacji znalazło się ponad 48 proc. obszaru Polski i
zdecydowanie ponad 20 000 000 ludności, ZSRS zagrabił ponad 50 proc. terytorium
i 14 000 000 obywateli polskich. Sowiecki komisarz spraw zagranicznych
Wiaczesław Mołotow mówił o "końcu pokracznego bękarta traktatu wersalskiego" i
wyzwoleniu bratnich narodów białoruskiego i ukraińskiego spod narzuconego jarzma
"polskich panów". Do niewoli dostało się 630 000 polskich żołnierzy, z czego 230
000 do sowieckiej. W efekcie najazdu obu totalitarnych potęg Rzeczpospolita
przestawała istnieć jako niepodległe państwo. Niemcy wydzielili z ziem polskich
Generalne Gubernatorstwo zajmujące 145 tysięcy kilometrów kwadratowych i
zamieszkiwane przez 16,5 miliona mieszkańców, pozostałą zaś część wcielili do
Rzeszy (Pomorze, Wielkopolska, Górny Śląsk, Zagłębie Dąbrowskie, Suwalszczyzna,
Łódź). ZSRS oddał Wileńszczyznę Litwie, by w roku następnym zagarnąć całe
państwo litewskie, z pozostałych zaś terenów II RP (zachodnia Ukraina i
Białoruś) utworzono po sfałszowanych "wyborach" (październik 1939 roku)
Republikę Zachodniej Ukrainy lub włączono je do Białorusi, tworząc Republikę
Zachodniej Białorusi, generalnie weszły one w skład ZSRS. Krok po kroku
rozpoczynało się wymazywanie niepodległego państwa polskiego z mapy świata.
Obaj okupanci stosowali wobec Polaków na terenie swych stref wpływów różne
techniki postępowania – zamiar był jednakże jeden i realizowany był, o czym nie
wolno dziś zapomnieć, wspólnie. Całkowite podporządkowanie sobie podbitego
społeczeństwa i wykorzenienie polskości, a tym samym wzmocnienie swojej strefy
wpływów na podbitym obszarze. Było oczywiste, że Polacy wychowywani przez całe
dwudziestolecie międzywojenne w kulcie wolności i przywiązani do wartości
własnego państwa nie będą mogli pogodzić się z wprowadzanym przez okupantów
nowym porządkiem, tym bardziej że opierał się on na terrorze, donosicielstwie i
próbie sprowadzenia suwerennego narodu do poziomu niewolników, potem zaś do
fizycznego wyeliminowania. Na terenie obu okupacji rozpoczęto, niewątpliwie w
porozumieniu, planowe niszczenie polskich warstw przywódczych. Los obywateli
Rzeczypospolitej na terenach zajętych przez ZSRS wyglądał równie dramatycznie
jak tych, którzy pozostali na obszarze okupowanym przez III Rzeszę – krótko po
napaści na Polskę rozpoczęły się masowe aresztowania, zsyłki, deportacje (w
czterech falach objęły one razem około 320 000 ludzi – choć wspomina się i o
liczbach sięgających 1500 000). Pociągnęły one za sobą liczne ofiary śmiertelne,
liczone w setkach tysięcy. Nie było przypadkowym określenie "białe krematoria",
charakteryzujące dramatycznie trudne warunki egzystencji w miejscach zsyłek czy
w trakcie dojazdu do nich. Tu, podobnie jak na terenach "niemieckich", uderzano
głównie w elity, groźne dla systemu poprzez swą polskość. Na pierwszy ogień szli
urzędnicy administracji państwowej, politycy, działacze gospodarczy, lekarze,
księża, służba leśna. Jako częstą metodę stosowano eliminację fizyczną tych,
których uznano za wrogów "ojczyzny światowego proletariatu". Osobną kategorię
stanowili zagarnięci do sowieckiej niewoli polscy żołnierze (w tym szczególnie
oficerowie) i policjanci. Było ich ponad 200 tysięcy, z czego później
wymordowano ponad 10 proc. korpusu oficerskiego (wśród nich kwiat inteligencji
polskiej, w tym wielu oficerów rezerwy – lekarzy, naukowców, prawników). Tych
ludzi, gwałcąc wszelkie normy prawa międzynarodowego, wymordowano potajemnie na
podstawie rozkazu Stalina z 5 marca, wczesną wiosną 1940 roku w kilku miejscach
(Katyń, Miednoje, Charków). Alianci zachodni zdawali sobie doskonale sprawę, kto
dokonał tej zbrodni, postanowili jednak poświęcić na ołtarzu walki z III Rzeszą
prawdę o tej potworności.
Przykładem na instrumentalne traktowanie tej sprawy niech będzie historia
George´a Howarda Earle´a, bliskiego przyjaciela prezydenta USA – do momentu
zainteresowania się zbrodnią katyńską. Wcześniej był dyplomatą w Bułgarii i
Austrii, w 1943 r. awansował na specjalnego wysłannika Roosevelta ds. spraw
bałkańskich, rezydującego w Turcji. Był także oficerem w amerykańskiej marynarce
wojennej. Poprzez swoje kontakty w Rumunii i Bułgarii zdobył materiały na temat
zbrodni katyńskiej, w tym zdjęcia zwłok i mogił podczas prac ekshumacyjnych.
Wiedząc, że sprawa Katynia była oficjalnym powodem zerwania stosunków
polsko-sowieckich, swoje materiały postanowił osobiście przekazać Rooseveltowi.
Został przyjęty przez prezydenta w maju 1944 roku. Po prezentacji materiałów
powiedział, że jest przekonany o winie Sowietów. Reakcja omal nie zwaliła go z
nóg: "George, to wszystko niemiecka propaganda i niemiecki spisek. Jestem
absolutnie pewien, że Rosjanie tego nie zrobili. Zapomnij o tym". Earle wrócił
do Turcji, ale nie zapomniał. 22 marca 1945 r. skierował do prezydenta osobisty
list, w którym stwierdził, że jeśli do 28 marca prezydent nie postanowi inaczej,
opublikuje artykuł oKatyniu. W odpowiedzi Roosevelt napisał: "Stanowczo
zabraniam ci publikowania jakichkolwiek informacji czy opinii o którymkolwiek z
naszych sojuszników, jakie mógłbyś zdobyć podczas pracy lub służby w marynarce
wojennej Stanów Zjednoczonych". Po tygodniu Earle dostał rozkaz udania się na
Samoa. Dla zdolnego dyplomaty, człowieka wielkiej energii i wysokich standardów
etycznych, była to klęska życiowa.

* * *

Zbieżność mordu katyńskiego z Akcją AB przeciwko polskiej inteligencji
realizowaną przez gestapo i SD na terenie Generalnego Gubernatorstwa
niewątpliwie nie była przypadkiem. Wędrując w czasie, dodać należy, że później
korzystając z polskiego wystąpienia do Międzynarodowego Czerwonego Krzyża w
sprawie pomordowanych oficerów ZSRS zerwał stosunki z legalnym Rządem RP. Śmierć
Wodza Naczelnego i premiera Sikorskiego w katastrofie lotniczej w Gibraltarze i
aresztowanie generała Stefana Grota-Roweckiego (1943) w Warszawie kapitalnie
osłabiły pozycję Polski na arenie międzynarodowej i otworzyły drogę do
instalacji komunizmu w Polsce. Łącząc tę sekwencję zdarzeń z paktem
Hitler-Stalin, można zadać pytanie, czy były to tylko nakładające się na siebie
przypadki, czy efekt długofalowej planowanej polityki Stalina. Precyzyjnej
odpowiedzi na te pytania nikt do dziś nie udzielił.
Rok 1945 przyniósł ze sobą zakończenie wojny. Polska formalnie znajdująca się w
zwycięskiej koalicji wychodziła z rozpętanego przez dwa totalitaryzmy konfliktu
z głębokim ranami. A do kwestii widzenia dziejów i ich recepcji historia
dopisała niedawno następującą puentę: "Poglądy, jakie zaprezentowali Rosjanie,
wprawiły ich polskich rozmówców i obecnych na konferencji dziennikarzy w
zakłopotanie. Niewiele różniły się bowiem od tego, co o powstaniu mówiła
komunistyczna propaganda. A więc szeregowi żołnierze AK bili się dzielnie, ale
padli ofiarą politycznych, "niemoralnych" kalkulacji swojego dowództwa.
Dowództwu miało zaś chodzić o przechwycenie władzy w Polsce i wykołowanie PKWN.
Armia Czerwona oczywiście chciała powstaniu przyjść z pomocą, ale nie mogła, bo
była zbyt zmęczona i musiała odpocząć. Poza tym Polacy nie raczyli poinformować
Stalina o swoich planach – przekonywali rosyjscy historycy…" (Piotr Zychowicz,
Kto wyzwolił Polskę, "Rzeczpospolita", 2.08.2010). Było to na polsko-rosyjskiej
konferencji dotyczącej powstania warszawskiego.
Czy zdziwilibyśmy się więc, gdyby w polsko-rosyjskiej dyskusji o pakcie
Hitler-Stalin pojawiły się ponownie demony przeszłości opowiadające nam, że
został on zawarty dla dobra Polski?

Dr Piotr Łysakowski, IPN Centrala

drukuj