Hodujemy sobie kryzys
Rząd planuje interwencję na rynku walutowym na kwotę co najmniej
kilkunastu miliardów euro, żeby umocnić złotego, który wciąż pozostaje pod
presją. Finansiści ostrzegają, że sztuczne umacnianie naszej waluty skończy się
pęknięciem bańki i wybuchem kryzysu finansowego w naszym kraju.
Rząd planuje w tym roku sprzedać na rynku gros środków napływających z funduszy
unijnych w wysokości 13-14 mld euro oraz – w razie potrzeby – rzucić dodatkowo
na rynek środki pozyskane z emisji obligacji walutowych – poinformował
wiceminister finansów Dominik Radziwiłł. Oznacza to, że interweniowanie przez
rząd na rynku walutowym, które w ubiegłych latach występowało sporadycznie,
obecnie nabiera cech trwałego zjawiska i niezbędnego narzędzia zarządzania
długiem publicznym. W stabilnej gospodarce polityka kursowa leży zazwyczaj w
kompetencjach banku centralnego, a nie rządu.
– Zapowiedź resortu finansów może być próbą psychologicznego oddziaływania na
rynki, aby nie podejmowały gry na osłabienie złotego, ale może też zapowiadać
realne działania na rzecz nadmiernego umocnienia złotego – komentuje dr Cezary
Mech, finansista.
– Rząd boi się ataku spekulacyjnego i robi wszystko, aby pokazać, że będzie
bronił złotego – uważa Jerzy Bielewicz, szef Stowarzyszenia "Przejrzysty Rynek".
Jeśli za tą zapowiedzią pójdą rzeczywiste kroki, tj. cykliczna wymiana na rynku
euro na złote, będziemy mieć do czynienia z tzw. sztucznym napompowaniem kursu.
Jest to zaproszenie dla funduszy spekulacyjnych do zarabiania kosztem rezerwy
rewaluacyjnej Narodowego Banku Polskiego. W razie kontynuacji tej polityki – w
bilansie banku centralnego pojawi się strata.
– Realne zyski NBP z lokowania za granicą środków rezerwowych są obecnie niskie
z powodu niskich stóp procentowych na świecie. Zyski księgowe zaś, powstałe z
przeliczenia rezerw walutowych na złote – zależą od zmienności kursów
walutowych: jeśli złoty traci na wartości – rosną, jeśli się umacnia
– maleją. To tzw. rezerwa rewaluacyjna, która jak poduszka amortyzuje zmienności
kursów. Jeśli ją oddamy funduszom spekulacyjnym – amortyzatora nie będzie –
ostrzega dr Mech. – Z jednej strony spekulanci finansowi zyskują podwójnie,
inwestując w wyższe stopy procentowe i zyskując na aprecjacji złotego, z drugiej
strony – tymi, którzy za te nadzwyczajne zyski płacą, jesteśmy my, a dzieje się
to poprzez spadek dochodów z NBP – dodaje.
Jeśli nastąpi spadek zysku banku centralnego, odbije się to na budżecie, ale
rząd tego nie uwzględnia. – Rząd zakłada, że złoty umocni się w tym roku do 3,87
za euro i do 3,69 za euro w roku przyszłym, a jednocześnie planuje wysokie
wpłaty z zysku NBP do budżetu. Tymczasem głównym składnikiem zysku NBP są tzw.
dodatnie różnice kursowe, które powstają, gdy złoty się osłabia, a nie wzmacnia
– zwraca uwagę prof. Andrzej Kaźmierczak, członek Rady Polityki Pieniężnej.
Inne elementy zysku, jak przychody z oprocentowania rezerw walutowych na kontach
zagranicznych, raczej nie skompensują ubytków spowodowanych umocnieniem złotego.
– W tym roku wzrostowi rezerw walutowych towarzyszył spadek przychodów z tych
rezerw – przypomina prof. Kaźmierczak.
Polityka pompowania złotego zwiększa też ryzyko zapaści polskiej waluty i
wybuchu kryzysu finansowego w naszym kraju. – W pewnym momencie napływ euro do
Polski może się skończyć. Przy faworyzowaniu importu kosztem eksportu kurs
złotego może polecieć w dół, a nasz dług publiczny wyrażony w euro i zadłużenie
prywatne z walutowych kredytów hipotecznych poszybuje w górę. Nieostrożni
kredytobiorcy nie będą w stanie spłacać długów. To z kolei uderzy w sektor
bankowy, co grozi kolejnym kryzysem finansowym – opisuje ten mechanizm dr Mech.
Czy złoty powinien zatem pozostać słaby? Bynajmniej. Chodzi tylko o to, by
aprecjacja miała oparcie w fundamentach. Wzmacnianie nie powinno zatem odbywać
się metodami spekulacyjnymi poprzez rzucanie miliardów unijnych euro na rynek,
lecz w sposób naturalny, tj. powinno być poparte siłą gospodarki i wzrostem
naszych możliwości eksportowych. – Cała ta filozofia, aby poprzez wysokie stopy
i niską inflację utrzymywać niskie koszty pracy, a siłę nabywczą społeczeństwa
zwiększać poprzez aprecjację (tj. umocnienie) złotego i ściąganie coraz taniej
towarów z zagranicy jest błędna i antyrozwojowa – ocenia dr Mech. Rzecz w tym,
że zarówno forsowanie importu kosztem eksportu, jak i wzmacnianie tego procesu
poprzez zaciąganie zobowiązań w obcej walucie prowadzi do utraty miejsc pracy w
kraju i wypychania młodych Polaków za granicę.
Małgorzata Goss
