Norweski sposób na bogactwo
Jeśli potwierdzą się dane opublikowane niedawno przez amerykańską Agencję
Informacji ds. Energii, Polska będzie bardziej zasobna w gaz niż Norwegia. Czy
jednak jesteśmy przygotowani do wykorzystania takich zasobów? Eksperci alarmują,
że brakuje m.in. reguł i mechanizmów podziału ryzyka poszukiwań i eksploatacji
między państwem a firmami sektora ropy i gazu. Wiele cennych rozwiązań możemy
podpatrzeć właśnie w Norwegii – kraju, który restrykcyjnie reguluje działalność
firm wydobywczych na swoim terytorium.
Norwegia to drugi pod względem wielkości eksporter netto gazu na świecie i
siódmy eksporter ropy naftowej. Dochody z eksploatacji tych surowców zapewniają
około jednej trzeciej wpływów budżetowych państwa i stanowią blisko 25 proc. PKB.
W ciągu 40 lat eksploatacji surowców energetycznych sektor ten przyczynił się do
rozwoju całej norweskiej gospodarki. Dziś generuje 26 proc. inwestycji i stanowi
prawie połowę wartości krajowego eksportu. Licząca niespełna 5 mln ludności
Norwegia nawet w trudnym dla światowej gospodarki, kryzysowym 2008 r. miała PKB
przekraczający 2,5 biliona norweskich koron (NOK), czyli ponad 1,2 biliona
złotych.
Warunki twarde, ale opłacalne
Po latach doświadczeń wypracowane w Norwegii rozwiązania technologiczne,
infrastrukturalne, a także organizacyjno-prawne dotyczące eksploatacji surowców
energetycznych są dziś uznawane za wzorcowe, choć niezwykle rygorystyczne.
Pierwsza selekcja chętnych do eksploatacji tamtejszych bogactw naturalnych
odbywa się już na etapie przyznawania koncesji. Rozdzielane są one na drodze
konkursu. Zwykle jedną koncesję otrzymują 3-4 firmy na zasadzie podziału
udziałów w niej. Wielkość udziałów decyduje zarówno o udziale w kosztach, jak i
zyskach z inwestycji. Jedna wskazana przez władze firma uzyskuje tytuł
operatora, który organizuje pracę na danej koncesji. Państwo przyznaje je tym
firmom, które przedstawią najlepsze projekty zagospodarowania i eksploatacji
złoża. Projekty muszą być zatwierdzone przez rząd, a w przypadku inwestycji
powyżej 10 miliardów NOK – nawet przez parlament.
Spółka chcąca eksploatować tamtejsze złoża podwodne musi być zarejestrowana w
Norwegii lub w innym państwie stanowiącym stronę Porozumienia o Europejskim
Obszarze Gospodarczym, a minimalna wartość jej kapitału zakładowego musi wynosić
1 mln NOK (lub równowartość tej kwoty).
Od firm ubiegających się o koncesję wymaga się też wiedzy technicznej, m.in. w
takich dziedzinach, jak: prace rozwojowe, badania, bezpieczeństwo i środowisko,
a także konieczne są doświadczenie w prowadzeniu poszukiwań na norweskim szelfie
kontynentalnym lub równoważne doświadczenia zdobyte w innych obszarach. Zaś
podmioty chcące prowadzić poszukiwania w ramach konsorcjum firm muszą
przedstawić jego dokładny skład i kompetencje. Dzięki temu państwo norweskie ma
cały czas kontrolę nad tym, kto prowadzi eksploatację jego złóż. Do państwa
należą też wyniki z badań poszukiwawczych. Firmy mają wyłączność na korzystanie
z nich do czasu eksploatacji złoża.
Pod czujnym okiem państwa
To twarde warunki, ale konieczne, jeśli chce się zapobiec np. katastrofom
ekologicznym, o które bardzo łatwo w tak trudnym do eksploatacji terenie pod
dnem morskim, w dodatku na obszarach o bardzo trudnych warunkach pogodowych.
Przypomniała o tym dobitnie niedawna katastrofa ekologiczna z udziałem koncernu
BP w Zatoce Meksykańskiej.
Udziały w złożach na norweskim szelfie kontynentalnym mają Polskie Górnictwo
Naftowe i Gazownictwo oraz Lotos. Piotr Woźniak, który był pomysłodawcą
inwestycji na szelfie norweskim, zauważa, że Norwedzy nie tylko stworzyli twarde
przepisy, ale też równie konsekwentnie je egzekwują. – Gdy w latach 2006-2007
PGNiG kupowało udziały w złożach na szelfie norweskim, przedstawiciele państwa
norweskiego monitorowali każdy etap tej transakcji. PGNiG SA jako nabywca
musiało przejść wtedy szereg audytów, w tym np. z warunków pracy dla załóg i
środowiskowy – wspomina były szef resortu gospodarki.
Norweskie urzędy ściśle nadzorują także poszukiwania i eksploatację tamtejszych
złóż. Sporządzane kwartalne i roczne raporty dokładnie pokazują, jaka firma ile
wydobyła surowców na danym złożu, czy przestrzegała określonych norm itp. Jeśli
nie są one respektowane, państwo może odebrać koncesję, i to się już zdarzało, a
mimo to decyzje z reguły nie są podważane. Państwo korzysta z takiego
rozwiązania zwłaszcza wtedy, gdy firma nie wywiązuje się z nałożonych w koncesji
zobowiązań. To zapobiega m.in. spekulacji koncesjami, czyli sytuacjom, które
zdarzają się w Polsce, gdy jakaś firma dostaje kilkadziesiąt koncesji
obowiązujących przez wiele lat, którymi może handlować, podnosząc tym samym
koszty inwestowania w Polsce i odwlekając w czasie eksploatację złóż.
– Mimo że system norweski zawiera bardzo wyśrubowane warunki inwestycji i
eksploatacji, to nie odstrasza inwestorów – zauważa Piotr Woźniak. Dodaje, że są
tam obecne przedsiębiorstwa z całego świata, od małych – po prawdziwe giganty.
Zarabiają firmy i państwo
Wszyscy cenią sobie jasne i przejrzyste reguły, w tym podatkowe. Państwo
norweskie czerpie zyski nie tyle z opłat za koncesje, ile z podatków – tyle że w
sposób rozłożony w czasie. Nominalnie podatki są tam bardzo wysokie – oprócz
zwykłego 28-proc. podatku od działalności gospodarczej nakładany jest podatek od
wydobycia surowców w wysokości 50 procent. Opłaty za koncesje są relatywnie
niskie (ostatnio było to ok. 109 tys. NOK).
Jednak inwestor może od razu odliczyć wszystkie koszty inwestycji oraz ulgę
inwestycyjną. – W ten sposób np. na 100 mln USD wydanych na inwestycję firma
natychmiast odzyskuje w formie ulgi podatkowej 93 mln USD – opowiada ekspert
pracujący w firmie prowadzącej wydobycie na szelfie norweskim, zastrzegając
sobie anonimowość. Jeśli zaś inwestycja okaże się nietrafiona z powodu braku
opłacalnych do wydobycia złóż surowców, suma ta jest zwracana inwestorowi w
gotówce. W praktyce firmy nie płacą w ogóle podatków, dopóki ponoszą wydatki na
inwestycje. Jednak gdy je kończą, muszą zapłacić – w sumie 78-proc. podatek od
dochodu. Takie rozwiązanie, choć znacznie oddala w czasie wpływy do budżetu
państwa, jest korzystne dla kraju, któremu zależy na stałym rozwijaniu wydobycia
surowców. Jednak w obecnej sytuacji polskiego budżetu nasi urzędnicy zapewne nie
chcieliby się na nim wzorować.
Interesującym, zwłaszcza dla Polski, rozwiązaniem jest zapobieganie transferowi
zysków przez spółki córki prowadzące wydobycie na szelfie do firm macierzystych
w innych krajach. Jak pilnują tego Norwedzy? W przypadku wydobycia ropy naftowej
państwo publikuje dla każdego złoża, na każdy miesiąc roku administracyjną,
średnią cenę sprzedaży surowca, która stanowi podstawę opodatkowania. W ten
sposób spółki córki nie mogą odprowadzać zysków, sprzedając wydobywaną ropę do
macierzystego kraju po cenie znacznie niższej niż rynkowa.
Mimo to firmy nie narzekają na opłacalność inwestycji w norweskie złoża. Według
naszych informacji, stopa zwrotu dla PGNiG z jego norweskich inwestycji
przekracza średnio 20 procent.
Na brak dochodów nie narzeka też państwo norweskie. W ubiegłym roku tylko z
tytułu opodatkowania wydobycia ropy i gazu do norweskiego budżetu trafiło ponad
165 mld NOK (ponad 82 mld zł). Budżet zarabia też na bezpośrednich udziałach w
złożach oraz w infrastrukturze przesyłowej, a także dywidendzie z paliwowego
giganta – Statoilu, w którym państwo norweskie zachowało większość udziałów,
oraz na różnych dodatkowych opłatach, w tym środowiskowej. W sumie 2 lata temu
wpływy podatkowe z tego sektora oraz z państwowych udziałów w nim wyniosły
prawie 280 mld NOK.
Pytani o rozwiązania podatkowe eksperci są zgodni, że obecny polski system
koncesyjny i podatkowy należałoby całkowicie przebudować, gdyby potwierdziły się
dane o gigantycznych zasobach gazu niekonwencjonalnego w naszym kraju tak, by
przynosił korzyści państwu i społeczeństwu, a nie tylko firmom wydobywczym.
Nadzór, czyli reforma służb
Przebudować należałoby także służby nadzorujące wydobywanie zwłaszcza surowców
mineralnych. – W Polsce takie służby nadzoru nad eksploatacją surowców
energetycznych należałoby zbudować od podstaw – mówi wprost Piotr Woźniak.
Dodaje, że nie powinno być z tym problemu. – Ekspertów od dozoru i nadzoru
geologicznego mamy wielu, i to bardzo dobrych, zarówno w krajowych
przedsiębiorstwach, jak i w Państwowym Instytucie Geologicznym – zauważa.
Dodaje, że problemu nie powinno być także z wykwalifikowanymi służbami w
kontroli i nadzorze podatkowo-finansowym. – Brakuje natomiast reguł i
mechanizmów podziału ryzyka poszukiwań i eksploatacji między państwem a firmami
sektora ropy i gazu – wskazuje były minister gospodarki. Zastrzega, że nie ma
złudzeń, iż od razu nie da się stworzyć doskonałego systemu, ale im wcześniej
zaczniemy to robić, tym lepiej.
– Agencja NPD norweskiego ministerstwa ropy i energii, która zarządza z ramienia
państwa zasobami węglowodorów, publikuje corocznie raport zasobów. Gdybyśmy
mieli taką służbę, to pewnie od niej, a nie od amerykańskiej Agencji Informacji
ds. Energii [opublikowała ona ostatnio raport, w którym oszacowała polskie
zasoby gazu łupkowego na 5,3 biliona metrów sześc. – red.] dowiedzielibyśmy się
o prognozowanych zasobach gazu łupkowego w Polsce – mówi były szef resortu
gospodarki.
Już obecnie w Polsce kilkadziesiąt światowych firm poszukuje niekonwencjonalnych
złóż gazu, co oznacza, że odpowiedzialne służby powinny monitorować te
poszukiwania, by nie tylko pilnować przestrzegania norm, m.in. środowiskowych,
ale by również mieć informacje o rzeczywistych zasobach surowca.
Nie tylko ropa i gaz
Norwegia jest również ciekawym przykładem kraju, który niezwykle oszczędnie i
perspektywicznie gospodaruje swoim bogactwem. W przeciwieństwie do wielu innych
państw eksportujących ropę i gaz, norweska gospodarka nie jest uzależniona
jedynie od tych surowców. Powód? Rozwój sektora naftowego i gazowego przyczynił
się do rozwoju innych dziedzin gospodarki.
Po 40 latach eksploatacji złóż ropy i gazu Norwegowie zarabiają już na swoich
technologiach i urządzeniach. Z danych ujawnionych przez ambasadę Norwegii w
Polsce wynika, że w 2007 r. sektor norweskich dostawców dla branży naftowej
odnotował obroty rzędu 195 miliardów NOK (ok. 98 mld zł), z czego połowę
stanowiły przychody pochodzące z rynków zewnętrznych.
Norwegia ma też niezwykle rozwinięty przemysł morski. W niespełna 5-milionowym
kraju funkcjonuje ok. 50 dużych i małych stoczni. Duża część przychodów kraju
pochodzi z handlu owocami morza, z przetwórstwa ryb i usług dla gospodarki
morskiej. Rybołówstwo, akwakultura i przetwórstwo rybne dają zatrudnienie ponad
30 tys. ludzi. Roczna wysokość eksportu ryb i produktów rybnych wynosi około 30
miliardów NOK (ok. 15 mld zł), co czyni ten przemysł jednym z największych
sektorów norweskiego eksportu.
Norwegowie inwestują także w rozwój nauki. W roku 1999 rząd utworzył fundusz na
rzecz badań i innowacji, który w 2004 r. wyniósł około 36 mld NOK. Badania
naukowe wykorzystywane są z kolei do dalszego rozwoju tamtejszej gospodarki.
Energetyka zależy od… wody
Kolejnym przykładem niezależności od ropy i gazu jest norweska energetyka.
Niemal całość zapotrzebowania na energię elektryczną pokrywają tam elektrownie
wodne.
Norwegia jest szóstym pod względem wielkości producentem energii wodnej na
świecie. Rozwojowi elektrowni wodnych sprzyjały korzystne warunki naturalne –
bogactwo zbiorników wodnych i rzek oraz górzysty teren, umożliwiający
wykorzystanie naturalnego spadku wody. Dzięki odpowiedniej regulacji jej
przepływów, poprzez zapory, zbiorniki retencyjne itd. dostosowuje się produkcję
energii elektrycznej do sezonowych wahań zapotrzebowania na prąd. Co prawda
funkcjonują tam również elektrownie gazowe, ale wykorzystuje się je głównie do
pokrywania niedoborów mocy wynikających z warunków przyrodniczych i pogodowych
(niższe przepływy wody).
Oprócz tego Norwegowie inwestują w budowę elektrowni wiatrowych oraz biogazowni.
Oszczędzają dla przyszłych pokoleń
Na co więc przeznaczają największą część dochodów z wydobycia ropy i gazu? Na
swoją przyszłość. Większość przychodów ze sprzedaży ropy naftowej trafia do
gigantycznego Rządowego Funduszu Emerytalno-Globalnego, nazywanego także
"naftowym". Po ponad 20 latach działalności wartość rynkowa zgromadzonych w nim
środków wzrosła w ubiegłym roku do ponad 3 bilionów koron (ok. 1,5 biliona zł).
Fundusz inwestuje w akcje firm z różnych części świata i obligacje emitowane
przez różne kraje.
Z reguły robi to poza granicami kraju, w tym w Polsce. W naszym kraju fundusz
zainwestował już prawie 7 mld koron (ok. 3,5 mld zł), z czego 1,7 mld ulokował w
obligacjach skarbowych, a 5 mld NOK w akcjach 41 firm, m.in. KGHM Polska Miedź,
PKO Bank Polski, Bank Pekao, PZU, TVN, PGNiG, PKN Orlen i PGE.
Zarobione w ten sposób pieniądze mają finansować w przyszłości emerytury i
oczekiwane wyższe koszty leczenia dla starzejącego się społeczeństwa. Jednak na
razie nie wiadomo nawet, kiedy pieniądze zostaną uruchomione na ten cel. Po
prostu rozwinięta gospodarka zapewnia wszystkim i tak spore dochody.
Mariusz Bober
