Hydra terroryzmu

Osama bin Laden nie cieszył się poparciem żadnego legalnego rządu i w
nieporównanie większym stopniu zaszkodził interesom świata islamu i jego
mieszkańców niż interesom Zachodu. Jego śmierć może wywołać odwet w postaci
ataków na bezbronnych chrześcijan na Bliskim Wschodzie.

Śmierć Osamy bin Ladena od wielu lat wydawała się nieuchronna. Ogrom środków
zaangażowanych przez administrację waszyngtońską, monstrualna nagroda, wreszcie
topniejące poparcie ze strony szeroko pojętych talibów skazywały "terrorystę nr
1" na postępującą izolację. Każda próba kontaktu ze światem zewnętrznym
pociągała za sobą rosnące ryzyko wytropienia przez Amerykanów, ich sojuszników
czy niedawnych sprzymierzeńców samego bin Ladena, dla których stał się on
bardziej ciężarem niż pomocą. Osamotniony przywódca Al-Kaidy przebywał w swojej
kryjówce w Abbottabadzie praktycznie odcięty od świata, pozbawiony jakichkolwiek
środków łączności, a ostatnia nić łącząca go z "towarzyszami broni" – kurier Abu
Ahmed al-Kuwaiti – nie był w stanie ujść pogoni.

Egzekucja z zimną krwią
Śmierć Osamy wywołała euforię w USA (niekoniecznie godną naśladowania) oraz w
wielu miejscach na świecie. Kiedy minęły pierwsze chwile uniesienia, nadeszła
nieunikniona refleksja. Jednym politykom (np. kanclerz Niemiec Angeli Merkel)
słusznie wyrzucano publiczne wyrażanie radości ze śmierci człowieka. Minister
spraw zagranicznych Radosław Sikorski z iście "dyplomatycznym umiarem" nazwał
lidera Al-Kaidy "największym zbirem stulecia" (ciekaw jestem kryteriów –
osobiście obstawiałbym Saddama Husajna i wielu innych, mających na rękach
niepomiernie więcej krwi Kurdów, Arabów, Irańczyków czy innych mieszkańców
krajów Trzeciego Świata). Umiar w polityce to rzecz godna polecenia, tym
bardziej że nie wiemy, czy pod pomnikiem niedawnego "zbira" nie przyjdzie za 10
lat złożyć wieńca w trakcie wizyty międzypaństwowej – tak jak z umiarem należy
się wypowiadać o więzach przyjaźni – obściskiwany wczoraj polityk, dziś może się
okazać skazanym zbrodniarzem. A w dobie internetu pamięć zbiorową cechuje długi
żywot.
Z kolei Barackowi Obamie wypomniano dokonanie egzekucji zamiast przeprowadzenia
sprawiedliwego procesu, którego efekt finalny byłby taki sam – przynajmniej dla
Osamy bin Ladena. Przypomnijmy, że autor zamachów na World Trade Center nie był
w stanie się bronić i jego ujęcie nie stanowiło dla znakomicie wyszkolonych
komandosów z Navy Seals najmniejszego problemu. Nie zamierzam dokonywać
definitywnej oceny strony etycznej takiego posunięcia Obamy – przynajmniej
dopóki światła dziennego nie ujrzą wszystkie fakty dotyczące procesu powstawania
decyzji. Z pewnością nie była ona łatwa i z pewnością stoi w jawnej sprzeczności
z jakimikolwiek zasadami prawa międzynarodowego. W przypadku działań USA po 11
września 2001 r. takie działania stają się, niestety, regułą i w rosnącym tempie
nabierają cech terroryzmu państwowego, żywcem zapożyczonego od najbliższego
sojusznika Waszyngtonu na Bliskim Wschodzie. Była to z premedytacją zaplanowana
i z zimną krwią przeprowadzona egzekucja.
Ważne są jej skutki dla świata islamu i całego świata. Narodził się nowy
męczennik – szahid, z którego imieniem na ustach mogą umierać kolejne rzesze
bojowników otumanionych szaloną ideą fałszywie rozumianego islamu. Nasuwa się
przewrotne pytanie: Czyżby "prorok nienawiści" naszych czasów zwyciężył?

Kto skorzystał
Osama bin Laden od dawna liczył się już tylko jako ojciec duchowy, a nie
rzeczywisty lider ekstremistów spod znaku Al-Kaidy – o ile luźna organizacja o
charakterze sieciowym może mieć przywódcę w realnym wymiarze; jak się wydaje,
termin "międzynarodówka ekstremistów muzułmańskich" najbliżej oddaje charakter
Al-Kaidy. Z rzadka docierające do opinii publicznej na antenie telewizji
Al-Dżazira wypowiedzi, odezwy i wezwania saudyjskiego potentata (chociaż
korzenie jego rodziny tkwią w Jemenie) pozostawały w cieniu rzeczywiście
dominującej grupy, na czele z równie charyzmatycznym Egipcjaninem Ajmanem
az-Zawahirim, który automatycznie z "numeru 2" awansował na pozycję pierwszą –
oto pierwsza odpowiedź na pytanie, kto najbardziej skorzystał na śmierci Osamy
bin Ladena.
Następnym zwycięzcą jest sam zabity, dla którego męczeńska śmierć stanowiła
uwieńczenie kariery ślepo oddanego sprawie ekstremisty i uwolnienie od marnej
egzystencji tropionej zwierzyny, na jaką skazany był do końca swoich dni.
Ogromnie "zyskuje" sama Al-Kaida, która z zaścianka pakistańsko-afgańskiego
znowu wypłynie na szerokie wody – pod sztandarami nowego męczennika…
Ekstremiści muzułmańscy – z Osamą bin Ladenem na czele – już raz przerabiali ten
scenariusz, kiedy po zakończonej wojnie z Sowietami w Afganistanie rozszerzyli
swoją działalność na cały świat.
Zyskali dotychczasowi sojusznicy Osamy bin Ladena w Afganistanie i
północno-zachodnim Pakistanie. Zawarty jeszcze w latach 90. ubiegłego wieku
sojusz coraz bardziej ciążył przywódcom plemiennym, uniemożliwiając im skuteczne
negocjacje zarówno z rządem Hamida Karzaja (a raczej z Amerykanami, rząd
afgański stanowi bowiem praktycznie przeżartą korupcją marionetkę), jak i z
władzami Pakistanu. W tradycji muzułmańskiej, wyrastającej jeszcze z
beduińskiego kodeksu honorowego umowa wiążąca obie strony wygasa wraz ze
śmiercią szajchów plemiennych, którzy je zawarli, i wymaga odnowienia. Podobnie
stanowi pasztuński kodeks Pasztunwali. Wątpliwe jest, aby przywódcy plemienni,
na których niechętne poparcie mogła liczyć Al-Kaida i którzy przez lata ukrywali
jej lidera, odnowili przymierze. W dłuższym czasie skorzystali lub skorzystają
mieszkańcy Afganistanu i Pakistanu.
Ogromną korzyść odniesie Barack Obama, którego niezdecydowanie w sprawach
międzynarodowych spotykało się z rosnącą krytyką w Stanach Zjednoczonych –
zwłaszcza ze strony Republikanów. Notowania prezydenta już znacząco podskoczyły.

Odwet na chrześcijanach
Kto straci? Na krótką metę główni beneficjenci – Al-Kaida, którą czeka
reorientacja celów i terenu działania. Również w Pakistanie i Afganistanie można
się spodziewać nasilenia akcji odwetowych, chociaż będą one raczej chaotyczne.
Rząd Pakistanu, z trudem manewrujący pomiędzy młotem a kowadłem niełatwych
stosunków z USA i jeszcze trudniejszych z wewnętrzną opozycją muzułmańską, może
tego ciosu nie przetrwać – autorytet władzy, a przede wszystkim armii
pakistańskiej, stojącej na straży w części chociaż świeckiego charakteru
państwa, doznały bolesnego uszczerbku. Ataki takie mogą również dotknąć szeroko
pojętych celów amerykańskich i natowskich na całym świecie. Na działania
zorganizowane przyjdzie czas później.
W najbliższej przyszłości spodziewać się można odwetu na chrześcijanach na
Bliskim Wschodzie. Jak zwykle nastąpią ataki na Asyryjczyków w Iraku i Koptów w
Egipcie – cel bliski i łatwy. Ucierpi wiarygodność USA i Europa w świecie
muzułmańskim, stracą też Palestyńczycy, wśród których nasilają się głosy
ekstremistów. Stracą Izraelczycy, bo okazywany po śmierci Osamy bin Ladena
triumfalizm pogłębi przepaść dzielącą ich od Palestyńczyków. Z pewnością
wypowiedzi liderów Hamasu, potępiających egzekucję, rząd Benjamina Netanjahu
wykorzysta jako wygodny pretekst do zaostrzenia kursu wobec Autonomii
Palestyńskiej i dalszej blokady Strefy Gazy. Stracą ludzie dialogu i pojednania,
których cywilizacja Zachodu od dziesięcioleci karmi opowieściami o
sprawiedliwości, prawie międzynarodowym, prawach człowieka, równości wobec
prawa, prawa do sprawiedliwego procesu itd. Straci kolejne młode pokolenie
mieszkańców ubogich dzielnic krajów muzułmańskich, gdzie wizerunki
wyidealizowanego bin Ladena posłużą do rozsiewania nienawiści. Stracą młodzi
muzułmanie w Wielkiej Brytanii i innych państwach europejskich, wśród których
fundamentalistyczni kaznodzieje już teraz prowadzą werbunek bez ograniczeń,
korzystając z zadziwiającej bierności rządów – potrząsają szabelką na arenie
międzynarodowej, jednocześnie pozwalając na tworzenie "Londonistanu" i innych
przyczółków "świętej wojny" u swego boku. Straci umiar i rozsądek, zyska
natomiast zacietrzewienie i ekstremizm – zarówno w stosunkach międzynarodowych,
jak i międzyludzkich.
Nie należy się natomiast spodziewać gwałtownych reakcji ze strony państw
muzułmańskich. Osama bin Laden nie cieszył się poparciem żadnego legalnego rządu
i w nieporównanie większym stopniu zaszkodził interesom świata islamu i jego
mieszkańców niż Zachodu. Na pewno rządy niektórych krajów będą musiały
zdystansować się od egzekucji z uwagi na opinię publiczną i opozycję
fundamentalistyczną – zwłaszcza w trakcie tzw. arabskiej wiosny ludów –
paradoksalnie nie jest wykluczone, że na pewien czas amerykańska akcja zahamuje
jej postęp, tworząc temat zastępczy, odwracający uwagę społeczeństw Bliskiego
Wschodu i Afryki Północnej od rzeczywistych problemów społecznych, ekonomicznych
i politycznych. Reakcji należy się jednak spodziewać ze strony wszelkiej maści
fundamentalistów, populistów i innych zwolenników łowienia ryb w mętnej wodzie.
Już mamy do czynienia z demonstracjami, a dla opozycyjnych ekstremistycznych
ugrupowań islamistów imię lidera Al-Kaidy i autora jedynego udanego zamachu na
Stany Zjednoczone stanie się wzrastającym w siłę symbolem.

 

Dr hab. Adam Bieniek
 


Autor jest adiunktem w Instytucie Filologii Orientalnej na Wydziale
Filologicznym Uniwersytetu Jagiellońskiego. W obszarze jego zainteresowań
znajdują się: arabistyka, iranistyka, islam, historia Bliskiego i Środkowego
Wschodu oraz kultura ludów muzułmańskich.

drukuj