Dzielni i wierni
Z Marcelem Riedim, członkiem Gwardii Szwajcarskiej, rozmawia Agnieszka
Żurek
Czy to prawda, że błogosławiony Jan Paweł II nazywał Watykan "najbardziej
zmilitaryzowanym krajem świata", ponieważ 10 proc. jego mieszkańców stanowią
członkowie Gwardii Szwajcarskiej?
– Tak, to prawda. Papież bardzo lubił sobie z tego żartować, ta anegdota
przeszła już do historii. Jednocześnie jest prawdą, że Watykan to istotnie
najbardziej zmilitaryzowane państwo świata – 110 członków Gwardii Szwajcarskiej
rzeczywiście stanowi 10 proc. jego mieszkańców.
Z pewnością pamięta Pan swoje pierwsze spotkanie z Ojcem Świętym. To
wydarzenie zaważyło na Pańskiej drodze życiowej?
– Moje pierwsze spotkanie z Janem Pawłem II odbyło się w 1992 roku, kiedy
przyjechałem do Rzymu z moją matką i grupą pielgrzymów ze Szwajcarii.
Uczestniczyliśmy w modlitwie różańcowej prowadzonej przez Ojca Świętego w Auli
Błogosławieństw. Stałem przy barierce, w pierwszym rzędzie, i kiedy Jan Paweł II
przechodził koło mnie, zwróciłem się do Niego w swoim ojczystym języku –
retoromańskim. Papież minął mnie, ale zawrócił po chwili, żeby zapytać, jaki to
był język. Odpowiedziałem mu: "Ladyński, czwarty język urzędowy Szwajcarii".
Ojciec Święty spojrzał na mnie i powiedział: "Aaa, Szwajcar. No to wkrótce
widzimy się znowu w tym samym miejscu". To spotkanie zrobiło na mnie wielkie
wrażenie i w tamtym momencie po raz pierwszy poczułem pragnienie przyjechania do
Watykanu, aby służyć Papieżowi.
Kiedy zatem rozpoczął Pan służbę?
– Przyjechałem do Rzymu trzy lata po spotkaniu z Papieżem, podczas którego
zdecydowałem się podjąć służbę w Gwardii Szwajcarskiej. Moja decyzja była ściśle
związana ze spotkaniem z Janem Pawłem II.
Został Pan "pasowany na rycerza" podczas audiencji u Ojca Świętego – jak
wspomina Pan dzień zaprzysiężenia na członka Gwardii Szwajcarskiej?
– Dzień złożenia przysięgi jest absolutnie wyjątkowy, jedyny dla każdego
rekruta, który decyduje się rozpocząć służbę gwardzisty. Był także dla mnie
dniem szczególnym, pełnym emocji, poruszenia, a zarazem przekonania o słuszności
misji, której się podejmowałem. Kładąc rękę na sztandarze Gwardii, złożyłem
przysięgę, że będę zawsze wiernie i honorowo służył Ojcu Świętemu Janowi Pawłowi
II i wszystkim Jego następcom, nawet jeśli będzie to ode mnie wymagało narażenia
swojego życia. Służba w Gwardii Szwajcarskiej nie jest zwykłą pracą. Jest
powołaniem, misją, którą wypełniamy każdego dnia. Przebywanie na co dzień w
pobliżu Papieża, widywanie Go przechodzącego tak blisko, że prawie muskającego
cię swoją białą sutanną, sprawia, że nasza służba jest czymś zupełnie
wyjątkowym.
Zadaniem członków Gwardii Szwajcarskiej jest bycie "Defensores Ecclesiae
Libertatis" – obrońcami wolności Kościoła. Co oznaczają dla Pana te słowa?
– Świadomość bycia obrońcą wolności Kościoła napełnia mnie radością i przede
wszystkim dumą z tego, że pełnię swoją służbę w sercu chrześcijaństwa, mieszkam
naprzeciwko Pałacu Papieskiego, widzę światła w oknach Papieża – kiedy Ojciec
Święty pracuje albo odpoczywa. Jestem żywym członkiem wielkiej historii
Kościoła, która rozgrywa się tuż obok mnie każdego dnia. Ta służba jest
powołaniem – uświadamiam to sobie za każdym razem, kiedy wstaję, wkładam mundur
i idę pracować dla Ojca Świętego.
Mottem Gwardii Szwajcarskiej są słowa "Tapfer und Treu" – Dzielni i wierni.
Czy nauczanie Papieża Polaka pomogło Panu wcielić te słowa w życie?
– Jan Paweł II był wielki w każdym wymiarze swojej osoby. Każdym swoim gestem,
każdym krokiem, jaki podejmował, i każdym swoim słowem dawał nam przykład
najwyższych cnót chrześcijańskich i ludzkich. Codzienna służba Ojcu Świętemu,
codzienne przebywanie u Jego boku napełniało mnie szczególną siłą, która
pomagała mi mierzyć się z trudnościami życia codziennego.
Jaki stosunek do członków Gwardii Szwajcarskiej miał Jan Paweł II?
– Był Papieżem wyjątkowym w każdym wymiarze. Przejawiało się to także w Jego
stosunku do nas, członków Gwardii. Nigdy nie przeszedł obok prostego
halabardnika pełniącego służbę przy wejściu do Apartamentu Papieskiego bez
dyskretnego gestu pozdrowienia, uśmiechu, a czasem także jakiegoś żartu.
Zdarzało się, że końcem laski, którą się podpierał, kiedy chodził, dotykał buta
stojącego nieruchomo gwardzisty, żeby w ten sposób dać mu znak, że o nim
pamięta. W ten sposób Papież podkreślał także, iż docenia pracę każdego zwykłego
chłopaka. Gwardziści wyróżnieni w ten sposób byli w siódmym niebie.
Co najbardziej urzekało Pana w osobowości Ojca Świętego?
– Błogosławiony Jan Paweł II w nadzwyczajny sposób godził swoją swobodę w
kontaktach z innymi z niezwykłą duchowością. Z jednej strony widziało się Go
całkowicie pochłoniętego przez morze ludzi, z którymi czuł się świetnie i z
którymi nawiązywał doskonały kontakt. Z drugiej zaś strony widzieliśmy, w jaki
sposób Ojciec Święty się modli, jak bez reszty pogrąża się w dialogu z Bogiem.
Był wtedy daleko od spraw ziemskich, nieruchomy i całkowicie zanurzony w innym
wymiarze rzeczywistości.
Czego nauczył się Pan od Papieża?
– W ciągu dziesięciu lat spędzonych na służbie u Jego boku nauczyłem się od
Niego wielu rzeczy. Był wyjątkową osobą, człowiekiem niepowtarzalnym, który
wszystkich nas napełnił bardzo wieloma wartościami. Będą nas one prowadzić już
przez całe życie.
Miał Pan okazję podróżować u boku Ojca Świętego?
– Nie miałem, niestety, tego szczęścia, ponieważ w czasie trwania pontyfikatu
Jana Pawła II byłem na to za młody. W pielgrzymkach papieskich biorą udział
tylko członkowie Gwardii z bardzo długim stażem. Służyłem u boku Ojca Świętego
dziesięć lat, ale nawet ten staż był jeszcze za krótki, aby móc podróżować z
Papieżem.
Jak wspomina Pan dzień śmierci Jana Pawła II?
– Pamiętam ten dzień – a raczej te dni – z taką wyrazistością, jakby to było
wczoraj. Zdrowie Ojca Świętego wyraźnie pogorszyło się już w środę, 30 marca.
Wszyscy, którzy przebywaliśmy w obrębie murów Watykanu, wiedzieliśmy, że dni
Papieża są już policzone i że zostało ich niewiele. Z okien apartamentu, w
którym mieszkam z żoną i dwiema córeczkami, widać doskonale okna prywatnego
apartamentu i sypialni Ojca Świętego. Palące się tam całą noc światło robiło na
nas wielkie wrażenie – jednoczyliśmy się w tym czuwaniu, staliśmy przy oknie
tak, jakbyśmy czekali na jakiś znak. W czwartek wieczorem, a już szczególnie w
piątek, z placu Świętego Piotra do naszego domu dochodziło echo obecności
tysięcy młodych ludzi, którzy czuwali, nie chcąc pozostawić Papieża samego w
tych ostatnich godzinach Jego ziemskiej drogi. W sobotni wieczór, 2 kwietnia,
zgromadziliśmy się całą rodziną – razem z moimi rodzicami, którzy przyjechali ze
Szwajcarii, i z rodzicami mojej żony, którzy przybyli z Warszawy. Około godziny
21.15 udaliśmy się na plac Świętego Piotra. Panowała tam atmosfera niepokoju,
poruszenia. W końcu usłyszeliśmy wiadomość przekazaną całemu światu w imieniu
Sekretariatu Stanu przez ks. kard. Leonarda Sandriego, który oznajmił nam, że
nasz umiłowany Ojciec Święty powrócił do Domu Ojca.
Jak zapamiętał Pan pogrzeb Ojca Świętego?
– Pogrzeb Jana Pawła II był dla nas – członków Gwardii Szwajcarskiej – dniem
ogromnej pracy. Musieliśmy zapanować nad milionami osób napływającymi zewsząd do
Watykanu. Był to jednak zarazem bardzo piękny dzień, niezapomniany. Pogrzeb
Papieża był wielkim duchowym przeżyciem.
Czy doświadcza Pan nadal obecności Jana Pawła II w swoim życiu?
– Tak, nadal czuję Jego obecność. Ojciec Święty bardzo mi pomógł, był ze mną i z
moją żoną w trudnych chwilach, kiedy staraliśmy się o dziecko i kiedy nie
mogliśmy się go doczekać. W drugą rocznicę śmierci Jana Pawła II
uczestniczyliśmy we Mszy Świętej odprawianej po polsku w Grotach Watykańskich i
intensywnie modliliśmy się o dziecko, prosząc Ojca Świętego o wstawiennictwo.
Miesiąc później okazało się, że moja żona jest w ciąży z naszą śliczną
pierworodną córeczką, która teraz ma już trzy lata.
Dziękuję za rozmowę.
