Mój ojciec nazywał Maryję swoją przyjaciółką
Z prof. Erikiem McLuhanem, światowej sławy medioznawcą z Uniwersytetu w
Toronto, który jako "visiting professor" gościł w Wyższej Szkole Kultury
Społecznej Medialnej w Toruniu z cyklem wykładów "Media i religia", o jego
życiu, katolicyzmie, wizji mediów i spotkaniu z polskimi studentami rozmawia o.
dr Krzysztof Bieliński CSsR
Jakie okoliczności sprawiły, że poszedł Pan Profesor w ślady swojego ojca,
słynnego Marshalla McLuhana?
– To było dość osobliwe. Jak większość młodych ludzi w Kanadzie i USA nie mogłem
się doczekać, kiedy się usamodzielnię i odejdę z domu. Kiedy wreszcie się
doczekałem, zaciągnąłem się na kilka lat do wojsk lotniczych. Gdy wróciłem, mój
ojciec poprosił mnie, abym pomógł mu w przygotowywaniu jego prac. Gdy zacząłem
mu asystować, odkryłem dziedzinę, którą się zajmował, i zacząłem się nią
interesować. Fakt, że dodatkowo jego praca spotykała się z oporem, spowodował,
że stało się to jeszcze bardziej interesujące i naprawdę się zaangażowałem.
Miałem wówczas dwadzieścia kilka lat. Sądzę, że w wielu przypadkach dzieje się
tak, iż trzeba coś pozostawić, a potem do tego powrócić, by to coś docenić. Tak
było w moim przypadku.
Nowe media niosą ze sobą wiele zagrożeń dla współczesnego człowieka, ale mogą
stać się również skutecznym narzędziem ewangelizacji. Od czego to zależy?
– Sądzę, że największy problem polega na tym, iż na skutek oddziaływania mediów
ich współcześni odbiorcy są zdezorientowani. Nie tyle przez treść programów, ile
przez samo potężne oddziaływanie mediów, które modelują cały nasz sposób
myślenia, nasze wyobrażenia itd. Z drugiej strony media stwarzają szansę dla
chrześcijaństwa, dostarczając nowych sposobów ewangelizowania. Musimy znaleźć
drogę, która doprowadzi ludzi do Kościoła i pozwoli im odkryć, że odpowiada on
na ich pytania i problemy. Jednak ludzie muszą sami to odkryć. Zaletą nowego
Katechizmu Kościoła Katolickiego jest to, że dostarcza dużo informacji i pozwala
odkrywać prawdę. Treść nauczania Kościoła nie zmieniła się, ale zmienił się
sposób nauczania prawd wiary, by ludzie to nauczanie przyjęli. Ponadto mamy
niesłychanie bogatą tradycję: dwa tysiące lat medytacji nad Ewangeliami i dwa
tysiące lat doświadczenia głoszenia Dobrej Nowiny innym. Sądzę, że tę tradycję
należy przywrócić i udostępnić ludziom.
Wyższa Szkoła Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu podejmuje, zdaniem
Pana Profesora, to wyzwanie?
– Ludzie – jak nigdy dotąd – są spragnieni przewodnictwa duchowego i duchowej
strawy; są niesłychanie zainteresowani kwestiami duchowymi, chociaż nie myślą o
nich jako o kwestiach duchowych. Przyjrzyjmy się np. radiu, telewizji czy filmom
– treść wielu z nich związana jest z życiem po śmierci czy zdolnościami
nadprzyrodzonymi. Choć często jest to pewnego rodzaju kicz, to sam fakt ich
istnienia wskazuje na coś więcej niż tylko zainteresowanie – wskazuje na głód i
potrzebę wiedzy z tej dziedziny. Problem ten stanowi wyzwanie dla nas – ludzi
wierzących, którzy poznaliśmy prawdę i posiadamy rzetelne odpowiedzi na tego
rodzaju pytania. Wielu młodych ludzi pragnie poznać te odpowiedzi, ale się tego
boi. Ważne jest więc, by Słowo Boże i nauczanie Kościoła popularyzować w taki
sposób, by było do przyjęcia przez wszystkich. Należy tak je wyjaśniać, by
nikomu nie wydawało się kontrowersyjne. Ogromną odpowiedzialność ponoszą w tej
dziedzinie szkoły. Pielęgnując te zainteresowania i zaspokajając głód prawdy
młodego człowieka, mogą odegrać tu bardzo pozytywną rolę. Szczególnie ważne jest
też położenie nacisku na naukę modlitwy, niekoniecznie za pomocą formuł, ale
uczenie tego, jak nawiązać łączność duchową z naszym Panem i Matką Bożą oraz
świętymi, tak jak to odbywa się w Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej.
Takie uczelnie, jak ta w Toruniu, są rzadko spotykane. Wiele uczelni katolickich
niestety tkwi częściowo w tym świecie, częściowo niejako poza tym światem i są
one równie pogubione i zdezorientowane jak wszystkie inne. Nauczyciele i
wykładowcy katoliccy to zwykli ludzie, poddawani niejednokrotnie różnorodnym
wpływom i naciskom.
Czy nowe technologie medialne powinny być wykorzystywane w edukacji?
– Przypomina mi się w tym momencie historia pewnej staruszki z Anglii. Ktoś
zapytał ją, czy leciała kiedyś samolotem, a ona odpowiedziała: "Och, w żadnym
wypadku! Nigdy nie leciałam. Gdyby Bóg chciał, byśmy latali, nigdy nie dałby nam
kolei angielskich!". Tak więc wracając do postawionego pytania – problem polega
na tym, że nowe media oddalają nas od druku i zrażają do umiejętności czytania i
pisania. Nasza wrażliwość kierowana jest w inną stronę. Nie mówię tu o treściach
obecnych w nowych mediach, ale o samych tych mediach i skutkach, które powodują.
Tak więc czy technika może odgrywać pożyteczną rolę w procesie edukacji? Niegdyś
były przypadki, że misjonarze pracujący w kulturach niepiśmiennych, powiedzmy w
Afryce, stwierdzali, że by wydobyć z tubylców ich własną odrębną wrażliwość,
najpierw muszą nauczyć ich czytania. Więzi plemienne, więzy grupowe były tak
silne, że stawały się niewrażliwe na nauczenie ich jakiejkolwiek innej kultury
czy jakiegokolwiek innego zbioru idei. I dopóki nie udawało się wszczepić
tubylcom umiejętności czytania i pisania, a w szczególności alfabetu, nauczanie
misjonarzy nie robiło na nich żadnego wrażenia. Tubylcy mówili: "Tak, to bardzo
miłe", a gdy misjonarz odchodził, natychmiast wracali do swoich dawnych
przyzwyczajeń. Tymczasem umiejętność pisania i czytania ma szczególny potencjał
wyodrębniania jednostki z grupy. Wpaja indywidualną tożsamość, osobisty osąd i
daje podstawę do mówienia o osobistej odpowiedzialności i osobistym zbawieniu.
Teraz na Zachodzie mamy do czynienia z procesem odsuwania się od umiejętności
czytania i pisania. To właśnie stanowi wielkie wyzwanie. Co zrobimy w kulturze,
która nie zawiera indywidualnej tożsamości, która nie pozwala, by ludzie mieli
własne pomysły, prywatne ambicje czy osobiste cele oraz ponosili osobistą
odpowiedzialność?
Odbyło się już wiele spotkań Pana Profesora ze studentami WSKSiM. Dobrze
zapisali się w Pana pamięci?
– Jestem zachwycony, że mogłem przebywać w atmosferze panującej w tej uczelni.
Studenci okazywali mi szacunek, czego oczywiście się spodziewałem, ale to, co
pragnę podkreślić, to panujący pomiędzy nimi pewnego rodzaju pokój. Nie
wyglądali na zamartwiających się sprawami tego świata. Oczywiście byłem tu tylko
przez tydzień i mówię o pierwszym wrażeniu, ale jest ono wspaniałe. Bardzo
cieszę się z rozmów i spotkań ze studentami. Nie mogę przestać ich chwalić.
Podobnie myślę o Radiu Maryja i Telewizja Trwam – tam, gdzie mieszkam, nie mam
do nich łatwego dostępu. Poznaję je z drugiej ręki, za pośrednictwem osób, które
są w nie zaangażowane. Sam fakt, że media te w ogóle istnieją, jest
zadziwiający. To jest fantastyczne, dodaje odwagi. Mogę mówić o nich jedynie w
superlatywach. Fakt, że media te mają taki szeroki, ogólnoświatowy zasięg, jest
podwójnie zadziwiający.
Spójrzmy w kierunku Stanów Zjednoczonych Ameryki, Kanady, skąd Pan Profesor
pochodzi. Co sądzi Pan o tamtejszych katolikach?
– Sądzę, że powinniśmy przyjąć postawę nawrócenia. Moje doświadczenie – a mogę
mówić tylko za siebie – było takie, że jako młody człowiek pierwsze, co zrobiłem
po opuszczeniu domu, to przestałem chodzić do kościoła, wstawałem późno i dobrze
się bawiłem. Stopniowo jednak byłem z powrotem przyciągany do Kościoła.
Nie wiem, jak i dlaczego, ale tak było i sądzę, że tym, których nazywamy
katolikami od kołyski, którzy urodzili się w wierze, jest czasem bardzo trudno.
W okresie dorastania niejednokrotnie mają skłonność do odrzucania autorytetów,
chcąc się od nich uwolnić, odchodzą więc od Kościoła. Gdy człowiek staje się
dorosły, często nawraca się z powrotem na katolicyzm. Być może byłeś ochrzczony
i bierzmowany, ale wciąż musisz przejść przez ten intelektualny i duchowy proces
nawiązywania relacji z nauczaniem Kościoła, liturgią i innymi członkami
wspólnoty. Wielu katolików nie jest dobrymi katolikami i to jest ich problem.
Ale wezwanie do bycia dobrym katolikiem żąda pozytywnego odzewu z naszego
wnętrza. Katolicyzmu nie można odziedziczyć. Trzeba na niego zapracować. I jeśli
się żyje w społeczności, która niegdyś była katolicka i religijna, a teraz
zeświecczyła się, sądzę, że jedyną postawą jest nawracanie tych ludzi na
katolicyzm. Tak więc nasi nauczyciele, księża i siostry zakonne powinni stale
myśleć w tych kategoriach. O nawracaniu wiernych do Kościoła. O byciu
misjonarzami, a nie tylko nauczycielami. My również jesteśmy misjonarzami.
Czego życzyłby Pan polskiej młodzieży, która tak chętnie nazywa się
pokoleniem Jana Pawła II?
– Sądzę, że byłaby to rada, której udzieliłbym każdemu młodemu człowiekowi:
"Obejmij Kościół, który jest tak naprawdę kochającą matką-karmicielką, Alma
Mater, rozważaj go, ucz się go i ucz się od niego. Zamiast wykorzystywać świat
jako sposób patrzenia na Kościół, użyj Kościoła jako sposobu patrzenia na świat.
Choć znajdujemy się w świecie, nie powinniśmy być dla tego świata. Jest to
bardzo trudne, bo świat i jego atrakcje są szalenie kuszące i przemawiają do
nas. Na tym świecie satysfakcja przychodzi natychmiast; zbawienie jest odroczone
w czasie, jest perspektywą długodystansową. A młodzież nie myśli teraz
długodystansowo. Nowe media zachęcają do myślenia krótkodystansowego i nie tyle
treści przekazywane, ile sposób, w jaki organizują naszą wrażliwość, jest taki,
że zniechęca do długoterminowych planów i marzeń. W miejsce marzeń i celów
proponują fantazje. Każdy, kto gra w internecie, wie wiele na temat fantasy. Gry
RPG i gry internetowe przynoszą natychmiastową satysfakcję, nie ma satysfakcji
odsuniętej w czasie. Jest TERAZ. Bardzo trudno jest zainteresować ludzi
zbawieniem, które jest daleko, które jest gratyfikacją odroczoną w czasie.
Bardzo trudno jest zainteresować tym ludzi, ponieważ ich umysł już tak nie
pracuje. Tak więc zapraszam zarówno polską, jak i kanadyjską młodzież, by
rozwinęła zmysł dalekosiężnych planów, dalekosiężnych celów i odroczonej w
czasie gratyfikacji. Ponieważ świat właśnie w ten sposób działa, niezależnie od
tego, jak go sobie wyobrażamy. Dalekosiężność jest jednym z wielkich problemów,
któremu zawsze musieli stawiać czoła misjonarze. Może od nich powinniśmy się
uczyć, jak najlepiej zdobywać uznanie dla tego konkretnego dobra. Sądzę, że to
właśnie jest jeszcze jeden aspekt pracy misyjnej, który duchowieństwo powinno
zacząć uwzględniać w szkołach i kościołach.
Które z dzieł Papieża Polaka inspiruje Pana najbardziej?
– Szczególnie inspirują mnie dwie papieskie książki. Jedną z nich jest
"Przekroczyć próg nadziei" – wspaniały dokument. Po raz pierwszy w życiu
zetknąłem się z tym, że Papież nie mówi z katedry św. Piotra, ale mówi jako
przyjaciel, jako zwyczajny człowiek; mówi o nadziei, miłości i wierze. Do
książki tej wracam co kilka lat. Drugim dziełem Jana Pawła II, na które
natknąłem się w ostatnim roku i którym jestem zachwycony, jest książka z
teologii ciała "Mężczyzną i niewiastą stworzył ich". Mój Boże, jak niesamowicie
ważne jest to dzieło. Sądzę, że musi zostać odpowiednio opracowane, by zwykły
człowiek był w stanie je przeczytać i w pełni przyswoić. Jest to jeden z
najważniejszych tekstów, jaki kiedykolwiek przeczytałem. Zapytał Ojciec Rektor,
co jest dla mnie najbardziej inspirujące. Jestem oszołomiony tym dziełem. I
powracam do niego często, myślę nad nim. Można przeczytać jeden paragraf, a
następnie siedzieć i myśleć przez tydzień nad jego znaczeniem. Jest niemalże
niewyczerpywalny w swej ważności.
Kościół przygotowuje się do niezwykłego wydarzenia historycznego –
beatyfikacji Papieża Jana Pawła II. Co chciałby Pan Profesor przekazać z tej
okazji Polakom?
– Polacy byli i są lekcją dla reszty świata, przynajmniej przez ostatnich 50, 60
czy 70 lat, ponieważ przeszli przez mękę, byli prześladowani i osądzeni, a mimo
to Polska pozostała krajem katolickim. I już ten jeden fakt był i jest
inspirujący dla ludzi na całym świecie. Co bym chciał przekazać Polakom? Tylko
jedno, a co jest być może sprawą najważniejszą. Wobec zbliżającego się Wielkiego
Piątku wydaje się stosowne po prostu powiedzieć: "Módlcie się". Módlcie się do
naszego Pana, módlcie się za pośrednictwem Maryi, która przecież była
człowiekiem tak jak my, módlcie się o pomoc. Maryja może odegrać ogromną rolę w
życiu waszego kraju, kultury, w życiu waszych rodzin. Po prostu tylko tyle:
Módlcie się; przy każdej okazji. Wszystko może być modlitwą. To, co robicie,
może być modlitwą. Jesteś chory czy coś cię boli – ofiaruj to, uczyń to częścią
modlitwy. Nasz Pan powiedział, by wziąć swój krzyż i nieść go za Nim. I kiedy
tak uczynisz, będzie się stawał coraz lżejszy. To niesamowita rzecz, ale nadaje
ona sens cierpieniu. Nadaje cierpieniu szlachetność. Niezależnie od tego, jak
poniżający może być twój problem, może stać się szlachetną i wspaniałą rzeczą,
gdy połączysz swe cierpienie z cierpieniem Pana. I nie jest to nic nowego,
zawsze nas tego uczono, ale jest to prawda.
Jakie znaczenie ma w życiu Pana Profesora Matka Boża?
– Mój ojciec, gdy mówił o Maryi, uśmiechał się i tak prywatnie, między nami,
nazywał Maryję swoją przyjaciółką. Było to wyrazem jego osobistej relacji do
Maryi, która stała się znaczącym czynnikiem w jego nawróceniu. Początkowo nie
był katolikiem, ale protestantem. Przeszedł na katolicyzm dzięki czytaniu kilku
dzieł, wśród nich były dzieła św. Tomasza z Akwinu, który miał szczególne
nabożeństwo do Maryi. Znalazły się tam również prace Gilberta Keitha
Chestertona, a w szczególności "Ortodoksja", będąca studium nawrócenia pisarza,
oraz "Wiekuisty człowiek", książka zawierająca wiele poważnych, solidnych i
wspaniałych problemów do przemyślenia. Maryja jest nazywana Pośredniczką
Wszelkich Łask i jest to rola, o której nie rozmawia się zbyt często, ale – jak
sądzę – powinniśmy to rozważyć. Każdy z sakramentów jest również medium
komunikacji pomiędzy nami a Niebem. I dano nam ich siedem. Nie pochodzą one od
człowieka, ale od Boga. Sądzę więc, że powinniśmy otrzymywać sakramenty i w nich
uczestniczyć tak często, jak tylko możemy. Potrzebujemy każdej pomocy, którą
możemy otrzymać. Nasz Pan określił szatana jako księcia tego świata. Jest to
bardzo atrakcyjny i uwodzicielski świat. Modlitwa, wiara i pomoc z Nieba są –
jak sądzę – naszą najlepszą bronią zachowania naszych głów, gdy wszyscy wokoło
głowy tracą.
Dziękuję serdecznie za wykłady na uczelni i za tę rozmowę.
