Elastyczny rynek pracy to nie powód do dumy
Z Januszem Szewczakiem, głównym ekonomistą SKOK, rozmawia Małgorzata Goss
Donald Tusk zapowiada skok Polski wprost z kryzysu w nowoczesność –
inwestycje w oświatę, naukę, innowacyjność i w młodych. Wizja jest
zachęcająca…
– …ale całkowicie oderwana od realiów. Nie jesteśmy i nigdy nie byliśmy
"zieloną wyspą", lecz ruchomymi piaskami, które właśnie zasysają pierwsze
ofiary. Mamy blisko 800 mld zł długu publicznego, 210 mld zł długu
zagranicznego, 700 mld zł zadłużenia gospodarstw domowych i firm w bankach. A to
jeszcze niecałe zadłużenie. Długi Polaków wobec innych podmiotów – spółdzielni,
telekomów, urzędów skarbowych – Krajowy Rejestr Dłużników szacuje na blisko 90
mld złotych. Takie są realia.
Szef rządu mówi o budowie laboratoriów badawczych, podwyżkach dla
nauczycieli, także nauczycieli akademickich, wsparciu kierunków
matematyczno-przyrodniczych na uczelniach. To chyba dobry kierunek?
– Jeśli premier zapowiada większe nakłady na naukę i oświatę, to dlaczego niemal
w każdej gminie mieszkańcy protestują przeciwko zamknięciu jakiejś szkoły?
Pracownicy wyższych uczelni zapowiadają na jesień strajk, uznając reformę
szkolnictwa wyższego za katastrofalną. Jeśli premier roztacza przed młodzieżą
świetlane perspektywy, niech najpierw wyjaśni, jak to się dzieje, że prawie 50
proc. absolwentów kończących wyższe uczelnie z miejsca idzie na bezrobocie?
Dlaczego znajdują w kraju jedynie dorywczą i niewymagającą większych
kwalifikacji pracę jako kelnerzy czy ekspedienci? Dlaczego szans na rozwój
kariery muszą szukać w Irlandii albo w Anglii? Jak to się dzieje, że po
przystąpieniu do Unii Europejskiej wyemigrowało za chlebem 3 mln polskich
obywateli, a Polki wolą rodzić dzieci w Anglii czy w Niemczech? W Wielkiej
Brytanii od 2004 r. urodziło się 100 tysięcy polskich dzieci! Gołosłownymi
obietnicami premier nie ściągnie tych rodzin z powrotem.
Zapowiedzi o inwestowaniu w młodzież również są bez pokrycia?
– Rząd wprowadza właśnie odpłatność za drugi kierunek studiów. Czy tak ma
wyglądać to inwestowanie? Absolwent wyższej uczelni praktycznie nie ma w kraju
szans na stabilizację, karierę zawodową, rozwój osobisty i założenie rodziny.
Żeby rosły kolejne roczniki młodych wykształconych Polaków, rodzice muszą mieć
pieniądze, żeby ich wszechstronnie wykształcić, a po drugie – musi istnieć baza
naukowa tworzona w oparciu o krajowe zasoby. Tymczasem w Polsce zlikwidowane
zostały prawie wszystkie ośrodki naukowo-badawcze. Państwowe wyższe uczelnie
robią bokami i gdyby nie organizowanie płatnych studiów, musiałyby ogłosić
bankructwo. Pomoc państwa dla edukacji i innowacji praktycznie nie istnieje, z
wyjątkiem środków unijnych, ale i te powoli się kończą. Pani minister rozwoju
regionalnego Elżbieta Bieńkowska powiedziała, że w 2011 r. może zabraknąć
środków w programach "Kapitał ludzki" i "Innowacyjna gospodarka". A my mamy pół
miliona bezrobotnych, którzy nie ukończyli 25. roku życia, i 30-procentowe
bezrobocie wśród absolwentów szkół wyższych, którzy nie ukończyli 27 lat.
Koalicja PO – PSL chwali się za to, że mamy elastyczny rynek pracy.
– Elastyczny rynek pracy, gdzie pracownika zatrudnia się czasowo i zwalnia ad
hoc, jest domeną zacofanych krajów trzeciego świata. Tylko stabilność
zatrudnienia daje szansę kariery zawodowej, uzyskania kredytu na mieszkanie,
założenia rodziny, wychowania i wykształcenia dzieci. Dlatego blisko milion osób
– głównie ludzi wykształconych, inżynierów, informatyków – deklaruje chęć
wyjazdu po 1 maja do Niemiec i Austrii, krajów, które dbają o stabilność
finansową pracowników i ich rodzin. Dzisiaj 3,5 mln Polaków jest zatrudnionych
na umowy czasowe. To największa liczba od 20 lat! Polacy pracują dłużej niż
Niemcy czy Japończycy, przeciętnie ok. 2000 godzin rocznie, a przy tym są
skandalicznie nisko wynagradzani. Niemiec zarabia trzy-, czterokrotnie więcej od
Polaka. W Niemczech odpis podatkowy wynosi 8 tys. euro, a w Polsce ok. 3 tys.
złotych. Zasiłek jednorazowy na dziecko wynosi tam 204 euro, a w Polsce w
przeliczeniu – 10-15 euro, i to pod warunkiem, że w rodzinie nie zarabia się
więcej niż 504 zł na osobę.
Może właśnie dzięki cięższej pracy dzisiaj zbudujemy naszym dzieciom
wydajniejszą, bardziej konkurencyjną gospodarkę?
– Wbrew pozorom duża elastyczność rynku pracy nie jest też korzystna dla
gospodarki, ponieważ zwalnia przedsiębiorców z konieczności podnoszenia
konkurencyjności przez innowacyjność, wyszukiwanie talentów, inwestowanie w nowe
technologie. Po co się trudzić, skoro można osiągnąć zysk kosztem pracowników,
zmuszając ich do samozatrudnienia, zwalniając, obniżając płace?
Elastyczne formy zatrudnienia oznaczają także nieregularne wpływy podatkowe do
budżetu. Państwo zaś bez dochodów usycha. W zeszłym roku z podatku CIT wpłynęło
do budżetu o 7 mld zł mniej, niż planowano. Mieliśmy wzrost gospodarczy na
poziomie 3,8 proc. PKB, ale firmy prywatne nie podzieliły się owocami wzrostu z
państwem. Tak samo będzie w tym roku. Sprywatyzowaliśmy niemal cały majątek
państwowy, który przynosił dochód i jednocześnie mamy coraz mniej wpływów
budżetowych. Kapitał zagraniczny przejął handel, banki, przemysł motoryzacyjny.
Firmy traktują nasz kraj jako montownię i rynek zbytu, a nie miejsce rozwoju.
Państwo pozbawione dochodów przerzuca odpowiedzialność za kolejne sfery –
szkoły, oświetlenie ulic, pomoc społeczną, szpitale powiatowe – na samorządy,
nie dając w ślad za nowymi zadaniami pieniędzy na ich sfinansowanie. Samorządy
zaczynają się zadłużać. Władze publiczne nie wywiązują się dzisiaj z
podstawowych obowiązków wobec obywateli.
Premierowi marzy się, by w gminach zakwitło życie, obiecuje centra kultury,
planetaria…
– Obserwatoria astronomiczne w gminach zakrawają na ponury żart. W gminie, w
której jest 40-procentowe bezrobocie, w której zlikwidowano jedyną placówkę
pocztową, szkołę, gdzie nie ma kina ani świetlicy, gdzie nie wyremontowano drogi
i wałów przeciwpowodziowych – premier chce fundować planetarium, by mieszkańcy
mogli popatrzeć w gwiazdy…
Dziękuję za rozmowę.
