Raport MAK wkładam między bajki

Z mjr. rez. Sławomirem Kusewiczem, byłym zastępcą dowódcy ds. szkolenia
40. Pułku Lotnictwa Myśliwsko-Bombowego w Świdwinie, rozmawia Piotr
Czartoryski-Sziler

W Świdwinie poznał Pan gen. Andrzeja Błasika?
– Tak. Był to rok 1987. Andrzej trafił do Świdwina po promocji w Dęblinie, tu
rozpoczynał swoją karierę lotniczą. Był najpierw starszym pilotem, później
dowódcą klucza, oficerem nawigatorem eskadry, zastępcą dowódcy eskadry i w końcu
dowódcą eskadry. Sam byłem już wówczas przeszkolony na Su-22, latałem także na
samolotach Lim-2, Lim-5, TS-8 Bies, TS-11 Iskra. Szybko zaczęliśmy szkolenie z
nowymi pilotami, w tym właśnie z Andrzejem, jak również m.in. z późniejszym
generałem Andrzejem Andrzejewskim, który zginął w katastrofie CASY.

Był Pan instruktorem gen. Błasika?
– Raczej go nie szkoliłem, ale wykonywałem z nim niektóre loty, głównie
egzaminowe. Andrzej przygotowywał się do wszystkich lotów perfekcyjnie. Każdy
pilot zobowiązany był do wykonania specjalnego planu lotu po to, by mógł na
niego zerknąć, gdyby o czymś zapomniał. Pamiętam, że plan Andrzeja był zrobiony
kaligraficznie – zawsze bardzo dokładny, perfekcyjny pod każdym względem. On
ujmował w szczegółach każdy detal, bardzo sumiennie do tego podchodził, aż miło
było popatrzeć. Ponadto miał wiedzę i szybko przyswajał wszelkie nasze
wskazówki. Był ambitny, chciał coś osiągnąć, do wszystkiego bardzo się
przykładał, stąd szczególnie właśnie Andrzeja wszyscy ze Świdwina dobrze
zapamiętali.

W 1991 r. został w Świdwinie "pilotem roku".
– Tak, i to jednogłośnie! Wyniki w nauce i oceny z poszczególnych lotów
zadecydowały o tym. Zawsze – jak wspominałem – bardzo przykładał się do lotów.
Latał bardzo rozważnie, precyzyjnie i bezpiecznie, a bezpieczeństwo w lotnictwie
liczy się najbardziej. Przywiązuje się do niego szczególną wagę nie tylko u nas
w Polsce, ale również na Zachodzie czy w Stanach Zjednoczonych. Gdy Andrzej
został "pilotem roku", dowódcą 40. Pułku Lotnictwa Myśliwsko-Bombowego w
Świdwinie był gen. Stanisław Targosz, późniejszy dowódca Sił Powietrznych. Był
to bardzo doświadczony pilot, ale i wymagający przełożony. Wymagał wiedzy nie
tylko od młodych pilotów, ale również od starszych, doświadczonych, co było
cenione, bo wszystkim na dobre wychodziło. Mówiło się u nas, co wiesz na ziemi
na 5, to w powietrzu na 4, ewentualnie +3. W tamtym czasie w naszym pułku nie
zdarzyło się, by kiedykolwiek złapano ciała obce do silnika, by ktoś się
katapultował czy by doszło do jakiejkolwiek katastrofy. Andrzej natomiast był
dla innych przykładnym pilotem, mężem i ojcem kochającym bardzo swoją rodzinę.
Śmiało można powiedzieć, że można było stawiać go za wzór. Zachowałem o nim
bardzo dobre wspomnienia, jak rzadko o kim.

Powiedział Pan, że gen. Błasik przykładał się do lotów. Jak zachowywał się w
powietrzu?

– Był zawsze bardzo opanowany, wszystko robił dokładnie. Z nim naprawdę leciało
się bardzo bezpiecznie, bo ten człowiek wiedział, co robi i co chce osiągnąć.
Pomimo że w Świdwinie był przecież jeszcze młodym pilotem, latał po mistrzowsku.
Nikt nie miał wobec niego żadnych zarzutów. Gdyby popełniał jakieś błędy, nie
zostałby "pilotem roku", bo dyskwalifikowałyby go one. Był to pilot nie tyle z
powołania, ile z krwi i kości. Szybko został zauważony i doceniony przez swoich
przełożonych, zajmował kolejno wysokie stanowiska w Siłach Powietrznych. Z rąk
swojego dowódcy, gen. Targosza przejmował dowodzenie Siłami Powietrznymi.

Generał Błasik implementował m.in. dla polskich Sił Powietrznych program
F-16.

– Nie tylko wprowadzenie F-16 do Polski to jego zasługa, ale również naprawienie
tych obszarów w lotnictwie, które pilnie tego wymagały. Nie wszystko bowiem
grało w lotnictwie przed objęciem przez Andrzeja dowództwa Sił Powietrznych.
Myślę, że dobrze się ze wszystkim uporał. Poza tym znał angielski, świetnie
współpracował z Amerykanami. Bardzo dobrze, że taki człowiek był dowódcą Sił
Powietrznych. Szkoda tylko, że tak krótko. Gdyby żył, zrobiłby jeszcze dużo
dobrego nie tylko dla naszych Sił Powietrznych, ale również mógłby przekazywać
swoje doświadczenie dla celów NATO. Trzeba pamiętać, że Andrzej miał bardzo
dobre opinie u generałów NATO-wskich, którzy go szanowali i chwalili. Nie
wspomnę już o Legii Zasługi, którą Andrzej dostał od prezydenta Stanów
Zjednoczonych. Bez niego Siły Powietrzne będą bardzo osłabione, bo wiedział, co
czynić, by lotnictwo było nowocześniejsze i bezpieczniejsze.

W jaki sposób dotarła do Pana informacja o katastrofie 10 kwietnia 2010 roku?
– Byłem z moją chorą, 87-letnią mamą w domu. O katastrofie Tu-154M usłyszałem w
mediach. Ta straszna informacja sparaliżowała mnie. Gdy podali, kto zginął, włos
mi się zjeżył na głowie. Później usłyszałem o winie pilotów, naciskach Andrzeja
na nich, nie mieściło mi się to w głowie.

Uwierzył Pan w wersję podaną tuż po katastrofie przez Rosjan?
– Ależ skąd! To była ewidentna nagonka Rosjan na naszych pilotów i Andrzeja.
Ręce mi opadły, gdy Rosjanie prezentowali swój raport MAK. Przecież to, co
podawali, to było jawne oszczerstwo. Ten raport można, przynajmniej częściowo,
między bajki włożyć. Nie rozumiem, dlaczego pan premier Donald Tusk, jak również
minister Bogdan Klich tak mało zajmowali się tą katastrofą w przeciwieństwie do
Putina. Nie powinni dopuścić do tego, by w świat poszła nieprawdziwa informacja,
że gen. Błasik był pijany. Rosjanie w osobie gen. Andrzeja Błasika znaleźli
kozła ofiarnego, zrzucenie winy na niego i naszych pilotów jest dla nich bardzo
wygodne, bo odsuwa podejrzenia od nich samych i ich kontrolerów, których wina
jest ewidentna.

Jak ocenia Pan pracę kontrolerów z "Korsarza", tłumaczenia MAK, że ich
komendy mieściły się w kanonie postępowania?

– Gdy lecę w chmurach czy we mgle i słyszę "jesteś na ścieżce" – mówię to jako
pilot – niczego więcej mi nie potrzeba. Wiem wtedy, że zaraz ujrzę pas i
wyląduję. Gdybym siedział za sterami, czekałbym głównie na głos kontrolera. Z
tego, co słychać, kontrolerzy na Siewiernym poddani byli naciskom z góry, z
Moskwy, by za wszelką cenę ten samolot posadzić. Nie wspomnę tu o samym lotnisku
Siewiernyj. To nie lotnisko, a raczej klepisko, na którym nie ma nawet systemu
ILS. Gdyby były na tam środki, nawet takie, które stosowano jeszcze w byłym
Układzie Warszawskim i gdyby one sprawnie funkcjonowały, to może skończyłoby się
to inaczej.

Jak ważna dla pilotów jest pomoc kontrolerów, szczególnie w trudnych
warunkach meteorologicznych?

– Bardzo ważna. Jeśli środki naziemne dobrze pracują i prawidłowo działają
urządzenia w samolocie, można mówić o komfortowych warunkach. Wtedy, jeśli nie
ma żadnych zakłóceń, człowiek dzięki pomocy kontrolera "idzie jak po sznurku".
Tak było, gdy lądowałem w trudnych warunkach na Su-22 w Mirosławcu. Działo się
tak jednak, bo środki naziemne i te w samolocie współpracowały prawidłowo.
Jeżeli jednak przyrządy w samolocie mówią co innego, a kontroler na lotnisku co
innego, jak było na Siewiernym, to ja dziękuję. Przecież te środki naziemne,
które są na lotnisku w Smoleńsku, to wraki z czasów komuny, które pokazują z
odchyleniem stu czy dwustu metrów w jedną stronę, dwa stopnie w górę czy w dół.

Jak ocenia Pan śledztwo smoleńskie? Myśli Pan, że poznamy jeszcze prawdę o
katastrofie?

– Moim zdaniem, przegraliśmy to śledztwo. Mija prawie rok od katastrofy, a
oficjalnie nie mamy dostępu do oryginalnych czarnych skrzynek, bo przecież kopie
przy oryginałach zawsze przegrywają. Być może Rosjanie, dając nam kopie, nie
przegrali jakichś fragmentów. Teraz środki techniczne są takie, że praktycznie
wszystko można zrobić. Od początku powinniśmy mieć większy wpływ na to śledztwo,
premier Tusk powinien był tego dopilnować. Jeśli chce pan coś osiągnąć, cały
czas musi chodzić koło swojej sprawy, tutaj tego zabrakło. Nie było jasnego
stanowiska, co trzeba dopiąć, żeby wszystko miało ręce i nogi. Czekam jeszcze na
raport Millera, zobaczymy, co w nim się znajdzie. Myślę, że Polacy będą bardziej
dociekliwi i wyjaśnią wszystkie sprawy. Nasze komisje są bardzo dobre, myślę
więc, że Polska ujawni znacznie więcej niż Rosja, która od początku ma do tej
katastrofy lekceważące podejście. Z całą pewnością powinno się już dawno odwołać
ministra Bogdana Klicha.

Minister Klich nie poczuwa się jednak do jakiejkolwiek odpowiedzialności za
katastrofę smoleńską. Słuchając jego wystąpienia w Sejmie, można było odnieść
wrażenie, że jest z siebie bardzo zadowolony.

– W trakcie ostatniej debaty w Sejmie nad odwołaniem ministra Klicha sam
zainteresowany wykręcał się sianem, mówiąc, ile on to zrobił dla wojska. Prawda
jest taka, że nic nie zrobił. Ja wiem, że funkcjonuje słynne powiedzenie, że
polski pilot poleci nawet na drzwiach od hangaru czy stodoły. Raz poleci, drugi
raz już nie. Andrzej starał się, jak mógł, by zrobić, co się da przy niedużym
budżecie. Ale ile można łatać? W końcu i łata pęknie, i znowu będzie dziura. I
Salomon z pustego nie naleje, a później zdziwienie, że są katastrofy, że coś
złego się dzieje. Co taki Andrzej mógł zrobić, skoro cały czas krojono mu
budżet, nie było pieniędzy na szkolenie, na symulatory, szły na to jedynie
minimalne środki? A teraz trwa nagonka na niego, obarcza się go za wszystko złe,
co było w wojsku.

Dziennikarze co jakiś czas reaktywują tezę o domniemanych naciskach gen.
Błasika na załogę, podpierają się nagraniem z kamery przemysłowej z Okęcia.

– Gdy usłyszałem, że niby jakiś chorąży BOR po prawie roku nagle przypomniał
sobie o jakimś zdarzeniu z Okęcia, to ręce mi opadły. Być może został przez
kogoś nakłoniony, żeby powiedzieć, że miała miejsce rzekoma awantura między gen.
Błasikiem a mjr. Protasiukiem. Jest to bardzo prawdopodobne, bo gdyby miał coś
takiego powiedzieć, zrobiłby to dużo wcześniej. Pamięć ludzka jest ułomna, a tu
nagle, ni stąd, ni zowąd takie odświeżenie pamięci? Andrzej nie żyje i wszystko
najlepiej zwalić na niego. Nie tędy droga! Tu trzeba wszystko wyjaśnić, ustalić
fakty. Dziś chce się odczytać z ruchu warg domniemaną awanturę między dowódcą
Sił Powietrznych a dowódcą załogi Tu-154M. Przecież to jakiś absurd! Z nagrania
z kamery przemysłowej, z takiej odległości można odczytać, co się chce. Gdyby
zwierzchnik Sił Powietrznych miał jakąś uwagę do mjr. Protasiuka, zwróciłby mu
ją wcześniej. Czas przed wylotem samolotu to nie miejsce ani pora na to. Poza
tym Andrzej absolutnie nie był człowiekiem konfliktowym, lecz niezwykle
taktownym, nigdy więc nie uwierzę w sugestie o jakiejś awanturze na lotnisku
przed wylotem do Katynia.

Ale mógł wywierać presję na załogę, jak orzekli Rosjanie?
– Absolutnie nie. Andrzej sam był przecież pilotem i niejeden statek powietrzny
pilotował. Wiedział, że pilot przed lądowaniem musi być szczególnie skupiony, bo
lądowanie to jeden z trudniejszych elementów lotu. Nie uwierzę w to, że wtrącał
się do pracy kapitana załogi i przeszkadzał pilotom. W tym samolocie leciały
najważniejsze osoby w państwie, Andrzej nie mógłby odwracać uwagi pilotów,
narażając w jakikolwiek sposób ich bezpieczeństwo. Wiem, że w mediach pojawiły
się kłamliwe informacje, że Andrzej wyrzucał pilotów z kabiny i siadał na ich
miejscu za sterami. On nikogo nie wyrzucał z fotela. To są wierutne bzdury!
Czasami sam musiał siąść za stery, bo musiał mieć swoje godziny nalotu, ale
nikogo ordynarnie nie wyrzucał, to wszystko było wcześniej zaplanowane i
uwzględnione w planie lotu. Podczas lotu w samolocie najważniejszy jest dowódca
statku, a po nim drugi pilot. To kapitan załogi o wszystkim decyduje. Andrzej
znał te przepisy. Mało tego, wymagał ich bezwzględnego przestrzegania. Pamiętam
doskonale katastrofę CASY i to, jak przeżywał śmierć swoich kolegów. Był
szczerym, wspaniałym człowiekiem i dowódcą. To straszne, że dziś odsądza się go
od czci i wiary.

Minister Klich deklarował na pogrzebie gen. Błasika, że będzie bronił jego
honoru…

– Widać, jak broni, ale nie gen. Błasika, tylko siebie. Pan minister Klich
powinien zrobić rachunek sumienia i odpowiedzieć na pytanie, dlaczego tak
nieodpowiedzialnie ciął budżet MON. Niestety, jak wiemy, zupełnie nie poczuwa
się do moralnej odpowiedzialności ani za katastrofę CASY, ani Tu-154M, a
powinien. Jakoś nie sprzeciwia się też medialnej nagonce na Andrzeja, a przecież
opowiada się o nim takie bzdury, że gdy ich słyszę, to nóż w kieszeni się
otwiera. Jeśli ktoś nie znał Andrzeja, może uwierzyć w to, że był takim, jakim
go dziś kreują media. Znałem go osobiście wiele lat. Gdy mieszkaliśmy w
Świdwinie, często się odwiedzaliśmy, moja żona, która jest ginekologiem,
odbierała poród jego syna Michała. Mieliśmy więc ze sobą częsty kontakt. Mogę
więc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że próbuje się wykreować jego
nieprawdziwy obrazy. To był przykładny, solidny i uczciwy człowiek. Nie można go
oczerniać pośmiertnie – wręcz przeciwnie, powinno się brać z niego przykład.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj